Obejrzałam filmik o dziewczynie Brittany Maynard, która jest chora na raka (nie ma żadnej szansy wyleczenia) i zdecydowała się na przyśpieszenie swoje śmierci, tak by móc umrzeć bez cierpienia, z rodziną, "na własnych warunkach". Co o tym myślicie?
Czy to jest forma samobójstwa? - przyśpiesza coś, co i tak wkrótce się wydarzy, pomija w ten sposób cierpienie towarzyszące naturalnej śmierci. W filmiku dziewczyna powiedziała, że spotkała się z krytyką wierzących, że tylko Bóg ma prawo odbierać życie, ale z drugiej strony są postaci np. M. Kolbe, który oddał swoje życie za innego człowieka, trochę przechytrzył Boga robiąc podmianę. Takich niespójności można mnożyć, ale gdzieś musi być sens!
Czy sensem jest samo cierpienie, czy może całe życie, czy może jeden bohaterski, wzniosły czyn, a może to co zostaje po zmarłym - rodzina?
Już było kilka podobnych dyskusji na temat np eutanazji ale zastanawia mnie, co w tym wszystkim jest najważniejsze. Rozumiem, że dla katolika, wierzącego, że tylko Bóg ma prawo decydować o śmierci, będzie to naturalna śmierć, dla kogoś innego, kto np. osieroca malutkie dzieci może być ważne - łagodnie odejść, by zostać w pamięci najbliższych, nie jako wrak człowieka, umęczony cierpieniem, lecz jako osoba, jaką była do tej pory w tej rodzinie.