Chciałabym się wam pożalić, chciałabym, żeby ktoś z boku spojrzał na moje życie i skopmlikowane relacje z mamą. Mój problem tkwi w tym, że choć jestem już po 30-ce, to nie potrafię poradzić sobie z poczuciem krzywdy i niesprawiedliwości ze strony mojej mamy. Zacznę może od niej. Miała bardzo trudne dzieciństwo, była adoptowanym dzieckiem, które chciał mieć dziadek, ale babcia nie bardzo ją kochała. Mama doznała od mojej babci wiele krzywd jako dziecko (babcia nie była dla niej czuła, biła ją). Została nauczycielką i wyprowadziła się do innego miasta. Pojawiłam się ja. Byłam wpadką. Mama wyszła za tatę, ale nie była szczęsliwa - ojciec był alkoholikiem, nie miała oparcia w nim ani w jego rodzinie. Jednocześnie była niejako osobą publiczną i bardzo wstydziła się swojego życia z pijącym mężem. Ja, z bliżej nie wyjaśnionych powodów (oficjalnie brak przedszkola), wychowywałam się u dziadków (ze strony mamy) do 6 roku życia. Od zawsze wiedziałam, że coś jest ze mną nie tak - ja byłam u dziadków, a moja urodzona później siostra mieszkała z rodzicami. Babcia bardzo mnie kochała i chyba tutaj zaczyna się mój problem, bo byłam pomiędzy młotem a kowadłem - mnie dziadkowie kochali i rozpieszczali. Mama twierdzi, że nie chcieli mnie oddać. W końcu jednak, wraz z pójściem do szkoły, zamieszkałam z rodzicami. Moje beztroskie dzieciństwo skończyło się. Mama jest i zawsze była bardzo apodyktyczną osobą, nigdy nie powiedziała, że mnie kocha, a ja chcąc zaskarbić jej uczucie zrobiłabym wszystko. Starałam się być osobą cichą, nie sprawiającą problemow, ale czułam, że nie jestem kochana, a przynajmniej nie tak jak siostra. Musiałam jej ustępować, pomagać we wszystkim do dorosłości, bo inaczej byłam złą siostrą. Zrobiłabym wszystko, żeby rodzice mnie pokochali. Moja sistra jest i była zawsze typową ,,złośnicą'' wpadającą w furie z byle powodu, wiele przez nią wycierpiałam, ale zawsze mogła i może na mnie liczyć. Bardzo dużo jej pomagałam we wszystkim i nadal tak jest. Ale nigdy mnie jakoś szczególnie nie kochała, a już na pewno nigdy nie stanęła po mojej stronie wobec rodziców. Czułam się niekochana. Pamiętam, że bardzo lubiłam jeździć na kolonie lub do dziadków, bo sądziłam, że rodzicom lepiej jest, kiedy jestem daleko. Oni wtedy spędzali wakacje z siostrą. Nigdy nie zapytali, czy zamiast na kolonie wolałabym pojechać z nimi. Jest mi nadal bardzo przykro, kiedy oglądam zdjęcia wakacyjne, na których oni są we trójkę. Moje dzieciństwo nie było szcześliwe (z pozoru było) - miałam problemy w grupie rówieśniczej, bo zawsze byłam gruba, czego nie akceptowali rodzice i dziadkowie ze strony ojca. Byłam też bardzo nieśmiała, co sprawiało wrażenie, że jestem niedostępna. Nigdy nie okazywałam uczuć - chowałam głęboko swoje poczucie krzywdy.
Jak wspomniałam, moja mama jest wyjątkowo apodyktyczna, nigdy mnie nie wysłuchała, mogłam płakać całe noce, a ona nigdy nie przyszła, żeby mnie pocieszyć. A miałam powody do płaczu, bo moja siostra była egoistką i manipulatorką i wszczynała awantury, kiedy nie robiłam wszystkiego po jej myśli. Mogłam jedynie płakać. Płakałam z żalu, że jestem brzydka, gruba, nie mam nikogo po swojej stronie (oprócz dziadków, którzy byli daleko) i żebym nie wiem jak się starała wchodzić wszystkim w t...łek, to i tak mnie nie zaakceptują.
Obecnie jestem na pozór wesołą osobą, empatyczną, mam znakomite relacje z ludźmi, szczególnie z dziećmi - jestem nauczycielką, tak jak mama, bo zawsze chciałam być taka jak ona, tak bardzo ją kochałam. Jestem bardzo dobrą nauczycielką i praca sprawia mi dużą frajdę. Ale to są pozory. Nie potrafię pogodzić się z przeszłością, nie wiem, jak to zrobić, nadal jestem tą gorszą w rodzinie, wszyscy oczekują ode mnie pomocy, ale ja nie mogę nią liczyć. Rodzice oczekują ode mnie ciągłej pomocy siostrze, choć ona traktuje mnie jak służącą, a nawet jak śmiecia. Na wszelkie próby poskarżenia, mama tak sprawia sprawę, że wina jest zawsze moja. Mama ciągle daje mi do zrozumienia, że jestem złym człowiekiem, że zawsze byłam zła, że się na niej mszczę (to jej ulubione), że ją dołuję. Ostatnio zapytałam ją, co ja robię źle, dlaczego twierdzi, że się mszczę - usłyszałam, że ją emocjonalnie szantażuję takimi pytaniami, że przeze mnie znów jest chora, że nigdy nie podziękowałam, za wszystko, co dla mnie zrobiła. Kiedy mówię jej, że przecież zawsze może liczyć na moją pomoc, że zawsze pomagam jej i siostrze, nie odpowiada nic lub mówi, że nie o to jej chodzi, ale nie chce powiedzieć, o co.
Awantury ze strony mojej siostry wybuchają cyklicznie, regularnie. Ostatnio pojechałyśmy razem na wakacje z jej i moją rodziną. Wszystko musiało być po jej myśli, żostałam zwyzywana przez nią na tych wakacjach wiele razy. Pogniewałam się na nią po powrocie. Czekałam na słowo przeprosin. Nic. Teraz siostra potrzebuje znów mojej pomocy i zaczeła urabiać mamę, żeby się za nią u mnie wstawiła. Mama się oczywiście wstawia. Twierdzi, że jestem zawzięta, bo nie odzywam się do siostry, więc ona też nie będzie się do mnie odzywać. Nigdy nie przyznała, że siostra zawchowuję się czesto źle w stosunku do mnie.
Na szczeście mam oparcie w mężu i synu. Oni obydwoje stają po mojej stronie, ale to mi nie pomaga, bo czuję się ciągle odrzucona, wykorzystywana i niekochana przez swoą rodzinę. Przepłakane noce są normą w moim życiu.
Przepraszam za tak długi i chaotyczny post, ale to i tak tylko strzępek tego, co mnie spotkało. Chciałam się po prostu wyżalić... i może poradzić?
Podobne tematy
Zapomniałam nadmienić, że zawsze uczyłam się bardzo dobrze. Kiedy jednak poszłam do liceum, nauka z niewyjaśnionych przyczyn zaczęła mi iść źle. Nie umiem tego wyjaśnić, może chciałam zwrócić na siebie uwagę? Mama po konsultacji z nauczycielami powiedziała mi, że jeśli nadal nie będę się uczyć, pójdę mieszkać do babci. To był jej częsty szantaż - jeśli bedę się zachowywać nie tak - będę mieszkać znów z babcią. Maturę zdałam jednak bardzo dobrze. Na studiach sytuacja się powtórzyła - znów miałam kłopoty z zaliczaniem sesji. choć byłam wystarczająco zdolna, studia nie były dla mnie trudne, czułam niewyjaśnioną niemoc. Nauczyciele uznali, że jestem leniwa, ale to nie było to. Skończyłam w końcu 2 kierunki studiów, ale pierwsze z dużym opóźnieniem. To też powód, dla którego zmarnowałam mamie życie, bo martwiła się o moją naukę...
Ten problem pozostaje dla mnie niewyjaśniony, choć jestem nauczycielką. Potrafiłam się nauczyć, ale zdać sesję już nie. Drugie studia, które zrobiłam już jako pracująca osoba z dzieckiem i mężem poszły gładko. Na szczęście.
arleno! Rozumiem cię doskonale. Wychowywałam sie w bardzo podobnych warunkach, u mnie dochodziła do tego jeszcze choroba alkoholowa rodziców.
Po przeczytaniu twojej smutnej historii nasuwają mi sie następujące wnioski:
Po pierwsze - NIE JESTEŚ ODPOWIEDZIALNA ZA MAMĘ I SIOSTRĘ! Wiem, że tak ci wmówiono, wiem że cię zdołowano i zmanipulowano, ale prawda jest inna. One są obie dorosłe, a ty nie masz wobec nich żadnych zobowiązań. Masz swoje życie, swoje odrębne sprawy i obowiązki. To czym się kierujesz, to niezdrowe poczucie lojalności. Niezdrowe, bo powstałe wyniku manipulacji.
Po drugie - mimo tego, że nie miałaś łatwo osiągnęłaś bardzo wiele. Spójrz gdzie jesteś. Masz męża, syna, udane życie osobiste, świetną pracę. Zdobyłaś to sama mimo niesprzyjających warunków. Przetrwałaś. Jesteś bardzo silna.
Po trzecie - przeszłość niestety powraca do nas w najmniej oczekiwanym momencie. Tak jest zwłaszcza z traumami z dzieciństwa. Wiem to z doświadczenia i wiem też, że jeśli nie podejmiesz próby przepracowania tego wszystkiego i uporania się z tym, to będzie cie to męczyć i wiercić dziurę w mózgu.Masz tez spore szanse zachorować na nerwicę lub depresję. Z tego co piszesz, to już jesteś na skraju załamania. Czy rozważasz możliwość pójścia na terapię? Polecam ci takie właśnie rozwiązanie.
Bardzo dziękuję ci za wsparcie. Tak, wiem, ze jestem silna na zewnątrz. znajomi mają mnie za pogodną, dowcipną osobę, nawet wyluzowaną. Nie mam jednak przyjaciółki, nigdy nie miałam, nie mogłam i nie wolno mi było nikomu się skarżyć. Mam wiele znajomych dziewczyn, uprawiam sport, spotykam się z ludźmi. moje relacje z synem są znakomite (teraz mieszka w internacie i tęsknię, ale nie mogę przecież trzymać go przy sobie
). Syn był wpadką, ale gdyby sie nie pojawił, nie wiem, jak potoczyłoby się moje życie. Często jako dziecko chciałam umrzeć. Syn się pojawił i mnie ocalił.
Tak, myślę, że potrzebuję jakiejś terapii. W moim mieście to wykluczone - wszyscy mnie znają. Musiałabym chyba trafić na genialnego psychologa, żeby się z tym uporać. Nie wiem za bardzo, gdzie się zgłasza w takich przypadkach. Może prywatnie?
Nie rozumiem też tych wiecznych oskarżeń, że się mszczę na mamie, bo chcę np. żeby przyznała mi rację, kiedy siostra mi dokuczy/zwyzywa. Za co się MSZCZĘ i o co w ogóle chodzi, nie chce mi powiedzieć.
Jesteś silna nie tylko na zewnątrz. Przetrwałaś bardzo wiele. Gdybyś była słaba nie dałabyś rady.
Kochana, psycholog historii takich jak twoja słyszał mnóstwo i nie zdziwi go ona ani nie zaszokuje. Wcale nie musi być genialny. Ja spotykam sie ze swoją terapeutką przez skype więc nawet nie wychodzę z domu
Jeśli masz możliwości finansowe, to poszukaj dobrego, prywatnego terapeuty. Poczytaj o terapii poznawczo-behawioralnej i o EMDR. Ta ostania forma jest bardzo rzadko stosowana w Polsce, ale może akurat uda ci sie coś znaleźć. Zrób to dla siebie. Inaczej spojrzysz na świat, zobaczysz że odżyjesz ![]()
Z mamą nie wdawałabym sie w żadne dyskusje i nie wypytywałabym dlaczego, po co itp. Ona nie jest gotowa na takie rozmowy z tobą i prawdopodobnie nigdy nie będzie, a może cię jedynie zranić. Po co ci to? Odetnij sie od nie trochę, zajmij się sobą i swoimi emocjami.
Uważam,że powinnaś skupić się osobach, które są dla Ciebie wsparciem. Twoja matka i siostra raczej już się nie zmienią, więc szkoda Twoich nerwów.Moja matka oddała mnie babci gdy miałam 3 miesiące...po latach usłyszałam od mojej matki, że "gdybym to ja cie wychowała, to byłabyś lepszym człowiekiem, a nie taka jak jesteś". Cóż, też mam młodszą siostrę, która jest "oczkiem w głowie" i chociaż minęło już 40 lat, to nigdy nie usłyszałam na swój temat dobrego słowa od rodziców. Moje wnioski: " Nie Ta, która urodziła, ale Ta która wychowała w miłości, jest prawdziwą matką".
Kiedyś myślałam, że mam zaburzenia pamięci, bo jak przypomniałam mamie, że straszyła mnie odesłaniem do babci, uderzyła mnie i krzyczała, że jak mogę wymyślać takie straszne rzeczy. Wtedy pomyślałam, że coś sobie uroiłam i że to naprawdę nie miało miejsca. Ale syt. powtórzyła się, kiedy zarzuciłam matce, że nie stanęła po mojej stronie nawet w dzień mojego ślubu, kiedy siostra chciała ode mnie pomocy w układaniu fryzury, a ja odmówiłam, bo w dzień własnego ślubu chciałam zająć się sobą (siostra wtedy strasznie się wściekła). Mama znów mnie uderzyła i powiedziała, że zmyśliłam to. No, ale wtedy świadkiem był mój mąż. Wiem więc, że tak było naprawdę.
Nie mogę powiedzieć, że nie miałam od mamy żadnej pomocy - miałam finansową. Mama do tej pory pyta, czy mam na rachunki i chce mi dawać pieniądze, czasem mi je daje nawet jak nie chcę, choć pracuję i mam. Bywa czasami serdeczna, pyta o poradę w sprawie ubrań, rozmawiamy o codziennych czynnościach, o moim synu. Jeśli jednak chodzi o sferę uczuciową, to jest tragedia - ona zachowuje się, jakby miała jakieś zadawnione urazy związane z moją osobą, jakbym w przeszłości wyrządziła jej jakąś straszną krzywdę, o której nie wiem. Ciągle powtarza, że ja jej za nic nie przepraszam, ani mojej siostry - tylko nie mogę się dowiedzieć za co, bo ja nic złego nigdy siostrze nie wyrządziłam, a ona mi tak. Jak pytam, to mama twierdzi, że się nad nią znęcam, że się mszczę. To wszystko jest tak pokręcone, że sama się gubię.
Witaj. Po przeczytaniu Twoich postów mam wrażenie jakbym po części czytała o swojej matce.
Moja matka chyba mnie w jakiś tam sposób kochała, ale jej czyny tego nie pokazywały. Do przedszkola chyba było w porządku w moim życiu. Jednak kiedy poszłam do szkoły i miałam problemy np z czytaniem to jedyny sposób jaki moja matka miała do bicie. Doszło do tego, że panicznie bałam się odrabiania lekcji i zaczęłam kłamać. Mówiłam, że nic nie mam zadane i że w szkole wszystko dobrze choć nie było.
Sporadycznie odrabiałam lekcje z tatą bo niestety pracował w innym mieście i go nie było. Odrabianie lekcji z tatą było przyjemne. Jest spokojnym, kochanym i czułym człowiekiem. Obecnie moi rodzice od dawna są po rozwodzie. Matka ma beznadziejne nowe życie a tacie się ułożyło. Po środku tego wszystkiego jestem JA. Dorosła kobieta, która bała sie postawić matce i musiala się ze wszystkiego tłumaczyć.
Kilka dni temu matka się mnie wyrzekła, co mnie w jakiś sposób uszczęśliwiło, ale jakoś do końca nie umiem sobie z tym poradzić. Mieszkałyśmy razem, przy rozwodzie tata przepisał na mnie mieszkanie pozwalając jej nadal mieszkać. Miała jedynie meldunek i z całej swojej wściekłości życiowej myslala, że jest na takich samych prawach do mieszkania co ja. Dotarło do niej dopiero wtedy kiedy wezwalam policje (rzucila sie na mnie z łapami bo w końcu się postawiłam) i własnie policja czytając papiery potwierdziła moja rację. Matka się wyniosła, wyrzekła jedynego dziecka. A ja nadal się jej boję, czuję żal, strach i nie wiem czemu ale wyrzuty sumienia.
To moja krótka historia, która po części jest podobna do Twojej. Toksyczne matki...
PS. Moja też mi nie mówiła, że mnie kocha i obwinia mnie za nasze złe relacje..
No to jest nas już kilka ![]()
Mnie też mama biła za dwóje w szkole. Tylko, że mi nic nie dawało kłamanie - uczyła w tej samej szkole, jesli dostałam dwóję, wiedziała wcześniej niż ja. W młodszych klasach miałam wredną wychowawczynię, która nie lubiła mojej mamy. Jak mi nie poszło, prawie od razu biegła do pokoju nauczycielskiego i z radością zdawała relację. A dwóje dostawałam za zapominanie, zapominałam notorycznie przynosić różne rzeczy do szkoły albo nie usłyszalam o czymś na lekcji. Dostawałam kablem.
Moja matka nigdy nie widziała swojej winy, odkąd pamiętam musiałam to ja ją przepraszać. Jest tak do tej pory. Moja matka mnie nie akceptuje (bo ja niestety kocham "inaczej"). Jest to dla niej temat nie do ogarnięcia gdyż uważa, że jest to kwestia wychowania. Nie rozumie, że człowiek rodzi się z orientacją taka a nie inną. Nigdy jednak nie wymagałam od niej żeby to akceptowała, ale szacunek powinna mieć do mnie jak i do mojej partnerki. Ostatecznie wyrzekła się mnie, chce zniknąć z mojego życia. Czasami myślę że dla mnie to lepiej bo czułam się przez nią stłamszona i nieszczęśliwa. Z drugiej strony ciężko jest przyjmować takie słowa od matka, która jak twierdzi życie by za mnie oddała (czego akurat nie widać po ostatnich wydarzeniach). Relacje z ojcem mam świetne i tak naprawdę tylko na niego mogłam zawsze liczyć.
Moja matka biła mnie bardzo długo i bardzo boleśnie. Kilka razy nawet wyrzuciła mnie z domu. Przeszłam całe miasto (byłam dzieckiem) do dziadków, żeby zanocować. Bicie skończyło się kiedy tata zjechał na stałe do domu i zajął się mną.
Nie wiem co mam myśleć o swojej matce i nie wiem czy ją kocham
Wybacz żart, ale twoja matka moją ,,przebiła''. Moja nigdy nie wyrzuciła mnie wprost (oprócz oddania babci na wychowanie we wczesnym dzieciństwie), straszyła tylko, że zamieszkam z babcią, bo wiedziała, jak bardzo chcę być blisko niej. Nadal jestem od niej uzależniona. Moja chyba by za to zaakceptowała odmienność seksualną (była przecież nauczycielką, a to zobowiązuje do bycia postępową, światłą i tolerancyjną
, jaką w swoim mniemaniu jest ). Choć z drugiej strony, dla niej zawsze było ważne, co ludzie powiedzą. Ciekawe, co by przeważyło
Toksyczne matki nie widzą swojej winy, tzn może i widzą ale nie ma co liczyć, że kiedyś to przyznają. Moim zdaniem bez sensu jest wchodzić w dyskusje z matką i dopytywać ją o cokolwiek, a już na pewno o relacje i powody dla których jest jak jest. Ja do pewnego czasu próbowałam. Kończyło się to zawsze dramatycznymi scenami, płaczem, nerwowym szukaniem kropli na serce, poniewieraniem mojej osoby. Od dawna tego nie robię. Nie widzę w tym najmniejszego sensu. Ja jestem na etapie żegnania nadziei, że mama będzie kiedykolwiek obecna w moim życiu na jakichś normalnych warunkach. To jest trochę jak żałoba po stracie - boli, ale jestem w stanie to przełknąć. Też odczułam ulgę gdy zaczęłam sie od niej emocjonalnie odcinać, dlatego rozumiem cie iLoveMyLambs. Toksyczną relację z matką pożegnać łatwiej niż to co po sobie zostawia, czyli poczucie winy, strach, zerowe poczucie własnej wartości. Ja nad tym pracuje ciągle podczas terapii. Wychodzę na prostą, w zasadzie to mogę powiedzieć, że wierze w to, iż zasługuje na miłość i szacunek mimo że nie dostałam tego od matki.Nie czuję sie już odpowiedzialna za jej życie, pozbywam sie poczucia winy i niezdrowej lojalności. Staję sie osoba emocjonalnie samodzielną i ...szczęśliwą ![]()
Wybacz żart, ale twoja matka moją ,,przebiła''. Moja nigdy nie wyrzuciła mnie wprost (oprócz oddania babci na wychowanie we wczesnym dzieciństwie), straszyła tylko, że zamieszkam z babcią, bo wiedziała, jak bardzo chcę być blisko niej. Nadal jestem od niej uzależniona. Moja chyba by za to zaakceptowała odmienność seksualną (była przecież nauczycielką, a to zobowiązuje do bycia postępową, światłą i tolerancyjną
, jaką w swoim mniemaniu jest ). Choć z drugiej strony, dla niej zawsze było ważne, co ludzie powiedzą. Ciekawe, co by przeważyło
Moja wrzeszczała najpierw, że to taki wstyd a teraz chodzi po mieście i to rozpowiada.. Gdzie tu logika?
Wybaczam żart.
Według mnie toksyczne matki nigdy nie widzą swojej winy i nigdy też jej nie zobaczą. Moja matka nigdy mnie nie przeprosiła, zawsze potrafiła idealnie odwrócić sytuacje, że to ja byłam winna.
Sytuacja: zabrakło wody w bloku, podstawili samochód z baniakiem, sąsiedzi wyszli z wiadrami aby ją nabrać. Był ranek, wakacje. Obudziła mnie matka z wrzaskiem, żebym szybko poleciała nabrać wody, więc ja się zerwałam z łóżka, wskoczyłam w kapcie i jakąś bluzę i poleciałam. Kiedy wróciłam dostałam lanie bo wyszłam "jak ta ostatnia wieśniara w nieuczesanych włosach". Jedna historia z wielu..
przeczytałam co napisałaś i tak sobie myślę, że sytuacja jest bardziej skomplikowana ...
zadam pytania na które możesz odpowiedzieć w poście albo samej sobie
jak silne masz relacje uczuciowe, emocjonalne z mężem?
czy problem "odrzucenia" ze strony matki nasilił brak na co dzień syna?
dlaczego będąc dorosłą, dojrzałą kobietą (sama jesteś matką) tak podporządkowujesz
się matce?
dlaczego nie zbudowałaś sobie relacji przyjacielskich, co stało na przeszkodzie?
jak radzisz sobie jako nauczycielka zarządzając czasem, przestrzenią, uczniami ? dlaczego nie przenosisz tego "zarządzania" na grunt swojej rodziny?
tych pytań może być więcej ale skończę ...
to TY decydujesz o swoim życiu i to TY budujesz relacje z ludźmi
na ile sobie pozwolisz na tyle oni będą z tego korzystać, może czas powiedzieć DOŚĆ
dorosła kobieta, którą jesteś niech zaopiekuje się małą nieszczęśliwą dziewczynką, którą nosisz w sobie, przeszłości nie zmienisz ale teraźniejszość jest w TWOICH rękach
przeczytałam co napisałaś i tak sobie myślę, że sytuacja jest bardziej skomplikowana ...
zadam pytania na które możesz odpowiedzieć w poście albo samej sobie
jak silne masz relacje uczuciowe, emocjonalne z mężem?
czy problem "odrzucenia" ze strony matki nasilił brak na co dzień syna?
dlaczego będąc dorosłą, dojrzałą kobietą (sama jesteś matką) tak podporządkowujesz
się matce?
dlaczego nie zbudowałaś sobie relacji przyjacielskich, co stało na przeszkodzie?
jak radzisz sobie jako nauczycielka zarządzając czasem, przestrzenią, uczniami ? dlaczego nie przenosisz tego "zarządzania" na grunt swojej rodziny?
tych pytań może być więcej ale skończę ...to TY decydujesz o swoim życiu i to TY budujesz relacje z ludźmi
na ile sobie pozwolisz na tyle oni będą z tego korzystać, może czas powiedzieć DOŚĆ
dorosła kobieta, którą jesteś niech zaopiekuje się małą nieszczęśliwą dziewczynką, którą nosisz w sobie, przeszłości nie zmienisz ale teraźniejszość jest w TWOICH rękach
1. Nie wyszłam za mąż z miłości, raczej przyszła z czasem
2. To nie brak syna jest problemem. Cyklicznie pojawiają się okoliczności, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że nie liczę się dla matki, a na pewno nie tak, jak siostra. Wystarczy, że coś jej nie pasuje, a mama już jest przeciwko mnie.
3. Z miłości. Od zawsze byłam uzależniona od jej akceptacji, podziwiałam ją i chciałam być blisko niej, jednocześnie nienawidziłam jej apodyktycznego zachowania, bałam się ją rozzłościć
4. Nie wiem. Mam bliskiego kolegę (właściwie przyjaciela) i wiele koleżanek, ale bliskiej przyjaciółki nie mam.
5. Znakomicie radzę sobie w pracy i wśród najbliższej rodziny. Na gruncie zawodowym nie ma śladu po mojej dawnej nieśmiałości. Potrafię dogadać się z ludźmi, uczniowie mnie lubią. W obecności matki jestem nadal bojaźliwą dziewczynką, jestem kimś innym
że nie liczę się dla matki, a na pewno nie tak, jak siostra.
Od zawsze byłam uzależniona od jej akceptacji, podziwiałam ją i chciałam być blisko niej, jednocześnie nienawidziłam jej apodyktycznego zachowania, bałam się ją rozzłościć
W obecności matki jestem nadal bojaźliwą dziewczynką, jestem kimś innym
nazwałaś jasno swój problem
przeczytaj te zdania
na co masz wpływ i co możesz zmienić,
co pozostaje ... zaakceptować
od czego możesz się oderwać