Od października zaczyna się kolejny rok akademicki. A dla mnie kolejne przykrości, niska samoocena, wieczorny płacz i samotne weekendy.
Ja zawsze miałam normalne podejście do wszystkiego, w tym do nauki. Uczę się tyle, żeby zdać na 4, a nie siedzieć nocami i nie rezygnować z czegoś, na co mam ochotę, na poczet nauki. Wydaje mi się, że mam zdrowe podejście.
Natomiast ludzie na moim roku przesadzają jak cholera. Z nikim normalnym nie można się umówić na popołudnie albo weekend, bo albo się uczą, albo wracają do domu. Jakby poszukać głębiej to pewnie kogoś by się znalazło - szkoda tylko, że dla niego wyjście ze znajomą = idziemy pić.
Oprócz tego zaangażowania wkurza mnie jeszcze, że każda dziewczyna na moim kierunku ma bliżej do ideału niż ja. Jestem dziewczyną ze słabymi proporcjami ciała (duży brzuch, duże nogi), nie mam jakiejś specjalnie ładnej twarzy, mam zniszczone włosy i na co dzień ubieram się w koszulę i trampki. Nie jestem spontaniczna, głupio mi zagadać kogoś obcego.
A 90% dziewczyn z mojego roku to super laski o nogach do nieba, połowa z nich mogłaby startować w wyborach miss, mają po 170 cm wzrostu, są ładne z twarzy, zawsze zadbane i umalowane, chodzą w sukienkach, nie mają problemów z zagadywaniem innych.
Ja to trochę taka ,,czarna owca". A osoby, które były mi pokrewne, nie zdały roku. Co za ironia.
Nie jestem fanką alkoholu. Znacznie bardziej wolę się wybrać na turniej tańca towarzyskiego (chociaż nie tańczę) niż na imprezę w klubie.
Także na roku koleżanek nie mam. Czasem kogoś zagadam o coś, ale z nikim się nie spotykam poza uczelnią. Wieczory spędzam przed komputerem albo na samotnym spacerze.
Próbowałam już znaleźć znajomych spoza roku ale to jest ciężkie, kiedy nie ma się nikogo na start. Odpowiedziałam na kilka ogłoszeń na internecie w stylu ,,szukam koleżanki", ale z nikim nie udało mi się nawiązać kontaktu (ten ktoś po jakimś czasie przestawał odpisywać).
I jak tu nie czuć się niepotrzebną i nielubianą?