Około pół roku temu poznałam X. Poznałam go w sposób "nowoczesny" = portal internetowy. Nie będę ukrywac, że chodziło mi głównie o pocieszenie się po bardzo toksycznym związku i o seks.Jednocześnie "na boku" kręciłam z kilkoma innymi. Także też nie byłam święta. O co jemu chodziło nie wiem, w łóżku było nam super, zgrywaliśmy się baaardzo, do tego odrobina szaleństwa, wspólne pasje i... kręcenie. Jego kręcenie, moim zdaniem miał kogoś w tym czasie, dodatkowo różne dziwne kłamstewka które miały coś zatuszować itp. Wkurzało mnie to, bo jednak lubie jasne sytuacje, a nie ciągłe łapanie kogoś na "plątaniu się w zeznaniach", znajomość umarła śmiercią naturalną.
Minęło pół roku. Odezwał się do mnie KTOŚ, od słowa do słowa, okazało się, że to X, który kombinując jak mnie znaleźć po tak długim czasie, zaczął przeszukiwać portal przez który się poznaliśmy, wiedząc ze nie odpisze na jego wiadomość, założył fikcyjne konto i pod jego przykrywką próbował mnie "czarować".
Skończyło się to tak, że zorientowałam się kim jest, i mimo wszystko umówiłam się z nim na piwo, było jakoś tak inaczej niż poprzednio. Siedzieliśmy, gadaliśmy, był szczery, przeprosił za poprzednie kręcenie, stwierdził, że bardzo chciałby żebym mu zaufała... Wieczór skończył się w jego mieszkaniu, nie było seksu, jedynie pocałunki, przytulanie, rozmowy, jakieś pieszczoty. Rano śniadanko, spanie, przytulanie, wspólny obiad. Wyszłam do domu o 20.00, po prawie 24 h "randce". Była jedna sytuacja która powinna dac mi do myslenia. Zdjęcia. Jego eks, w ramkach, na ścianie... Zwróciłam mu na to uwagę, skończyło się to tak, że zdjęcia podarte poleciały do śmietnika.
Następnego dnia ciągłe gadanie na gg, smsy, tym razem nie łapałam go na "kręceniu", jedyne co spowodowało mój niepokój i włączyło "czerwoną lampkę" była jego usilna niechęc do dodania mnie do znajomych na fb. Może to dziecinne, ale wydaje mi sie to w tych czasach tak oczywiste, że jeżeli ktoś robi z tego problem, to ewidentnie ma coś do ukrycia...
No ale minął dzień, o 24.00 napisał do mnie ze chciałby się spotkac, na spacer, rower, plażę, bo bardzo mnie potrzebuje, potrzebuje się przy mnie obudzić itp. Zgodziłam się, spędziliśmy bardzo fajny wieczór, noc. Kolejny raz bez seksu. Ale z przytulaniem, rozmowami itp. Kilkukrotnie podkreślił, że chce ze mną być, normlanie, jako para, no ale..
Wszystko było fajnie aż do rana, kiedy przyłapałam go na pisaniu smsa do "kochanej XX". Wkurzyłam się niemiłosiernie, ale nie chciałam dac po sobie poznać że zaglądam mu przez ramię... Położył tel tak ze dokładnie go widziałam i w tym momencie zadzowniła ww ex. Wkurzyłam się koszmarnie, probował się tłumaczyć że dzwoniłą w sprawie oddania sobie rzeczy po związku, ale... Skończyło się to tak, że zrobiło się "drętwo", poleciały mi łzy... Poleżeliśmy jeszcze chwilę, potem ja się zebrałam pojechałam do domu, dalej piszemy ze soba prawie non stop itp, ale zasiane zostało ziarnko nieufności...
Nie potrafie mu w pełni zaufać, nie chce zrobić z siebie kretynki... Ciągle mam wrażenie, że on coś ukrywa, kręci itp. Podejrzewam zresztą, ze słusznie. Sam ma dziwną manię, podejrzewania mnie "Bóg wie o co" . Najchętniej przetrzepał by mi telefon, fb, gg itp, fakt też nie jestem święta. Umawiając się z nim na spotkanie, miałam "kilku" w zanadrzu, ale jak zobaczyłam "że coś się kroi", odwołałam spotkania...
Mam wrażenie, że to jakiś cyrk, z jednej strony świetnie się dogadujemy, zaśmiewamy do łez, wiem że jesteśmy dopasowani w łóżku itp itd, ale mu nie ufam, za cholere... Nie potrafie ani tego jakoś mądrze rozegrać, ani zakończyć, ani "głupio zaufać"... co o tym myślicie?