Drogie kobietki, liczę tu na wasze porady (pewnie okażą się dość oczywiste) wywodzące się głównie z waszej autopsji. Otóż jesteśmy razem od 9 miesięcy, niby nic ale powagi temu związkowi nadaje fakt iż nie mamy żadnych oporów przed spędzaniem czasu z naszymi rodzinami co do tej pory było nie do pomyślenia w naszych poprzednich związkach (trochę takie dzikusy z nas). Wg mnie to było coś szalenie poważnego ale jak widać się myliłam. Ostatnio ciągle się kłóciliśmy, mieliśmy złe humory i nie potrafiliśmy do siebie dotrzeć w konsekwencji kilka następnych dni toczyliśmy wojnę w postaci ciszy. Teraz wiem że ciche dni to najgorszy błąd. W mojej głowie zaczęły się kłębić myśli że kurde, nie potrzebujesz go, dasz sobie bez niego radę, ale szybko się ulotniły bo to guzik prawda i wyciągnęłam pierwsza rękę. Ja go okropnie potrzebuję. Później on sam się przyznał że sam też miał mętlik w głowie ale nie wiedziałam że aż taki... Otóż wczorajszego wieczoru kiedy poszedł do łazienki zajrzałam do jego wiadomości w telefonie (od razu chcę zaznaczyć że jakiekolwiek potępiania tego zachowania są tutaj zbyteczne, już nie raz nawzajem się filowaliśmy z czystej ciekawości i wiedzieliśmy o tym oboje) i znalazłam smsa z zeszłego wtorku do Ani (choć sk*rwysyn nawet nie podpisał tego numeru ale zrozumiałam z nazwiska jakim posługiwał się treści) w której twierdzi że gdyby tylko ona poczuła do niego to co on do niej to jest z miejsca gotów zostawić mnie, wszystko co przeszliśmy, wszystkie nasze plany. Że czeka już dość długo na jej ruch. Wiedziałam. Czułam to od dawna, ufam jak szlag swojej intuicji. Poprosiłam go tylko żeby odwiózł mnie do domu bo nie chciałam zostać u niego ani minuty dłużej. Teraz tego żałuję, mogłam to rozegrać inaczej bo zostając zmusiłabym go do rozmowy. W drodze starałam się przez łzy coś od niego wyciągnąć, pytałam czy ją kocha, czy to co my mieliśmy to jakiś pic/kpina/bzdura, co ma ona czego ja nie mam i takie tam. On zarzekał się że to wyłącznie jakieś tam zauroczenie, że kocha mnie i nie chce się rozstawać choć wie że zasługuje na taki los. Kolejna sprawa to to, że doskonale wiem że ona go nie chce. On sam to powiedział. Sam doskonale to wie. Rok temu, we wrześniu, byli razem na weselu bo on nie miał kogo poprosić a znali się od dwóch lat i mieli dużo wspólnych znajomych. Ona go nie chce bo on nie jest dziany. Przykre, ale to są właśnie jej priorytety. Tylko dlaczego on dostając od niej już raz kosza coś ciągle czuje. On jej nawet dobrze nie zna!!!... Kurde, jestem w takiej kropce. Wiem że ludzie są słabi, że mają prawo do chwili słabości i po części liczę na to że ten sms to było to, ten jeden moment kiedy się złamał. On jest dość wrażliwy, czasami rzeczywiście ciężko jest mu się pozbierać do kupy i ulega takim bodźcom jak złe dni/humory/kłótnie. Poza tym twierdził że był pijany kiedy to pisał. Od wczoraj parę razy słyszałam że powinnam dać mu szansę, że skoro ona go ma w nosie to on na pewno z czasem zrozumie i nie warto przekreślać tego co dość szybko razem zbudowaliśmy. Czuję że byłabym gotowa na to by go przyjąć, by normalnie funkcjonować, by było tak jak kiedyś. Ale cały dzień czekam, milczę ja, milczę on... i boję się że nie będzie o mnie walczył. Że ta sytuacja jest mu na rękę, że teraz ma pole do popisu i będzie działał (chociaż próbował działać) coś z tą Anką. Jednak to prawda że zdrada psychiczna boli bardziej niż fizyczna. Seks to tylko seks, coś fizycznego.
I błagam, nie mówcie że nie powinnam wściubiać nosa tam gdzie nie powinnam czyli w te wiadomości bo ja po prostu musiałam, musiałam się upewnić bo czułam że coś jest na rzeczy i nie żałuję że to zrobiłam. Teraz przynajmniej wiem na czym stoję.