Witam Was,
Otóż siedzę znów przed komputerem ze zgiełkiem w głowie. Poznałam kogoś, dwa tygodnie temu. Pomimo tego, iż mój były na każdym kroku próbuje uprzykrzyć mi i tej osobie życie było wspaniale. Idealnie. Pomyślałam, że złapałam Pana Boga za nogi i zaangażowałam się, wierząc, że to w końcu musi się udać. Wszystko idealnie do czasu kiedy mój "ideał" nie pokazał drugiego oblicza. Po alkoholu powiedział mi kilka bardzo przykrych rzeczy. Bardzo przykre, szokujące określenia nie wiadomo skąd wzięte. Normalnie rozmawiamy o wszystkim, pytam go szczerze o ważne kwestie, nie narzucam się, pytam, bo chcę wiedzieć, nie chcę znów wejść w związek, który narobi mi kłopotów. Po tym jak powiedział mi te wszystkie przykre rzeczy włączyła mi się czerwona lampka. Jeden wielki hamulec i rozczarowanie, bo w życiu bym się nie spodziewała. To tak jakby w głowie "siedziały" mu pewne fakty, z którymi się na prawdę nie pogodził. Na drugi dzień nic nie pamiętał i przepraszał. Jakby nigdy nic. A ja siedzę lekko jeszcze zszokowana i nie wiem jak do tego podejść. Staram się ze wszystkich sił podejść do sprawy mądrze i nie narobić głupot. Normalnie to chyba bym dała po twarzy i tyle byłoby wszystkiego, jednak widzę,że to nie jest rozwiązanie. Zaangażowałam się i co dalej. Mam wrażenie, że człowiek, którego poznawałam przez ten krótki czas był zupełnie innym człowiekiem, niż ten, którego zobaczyłam wczoraj. No i co tu robić, jak do tego podejść, jak "ugryźć" ten temat. Normalnie nie wiem już, czy mam się śmiać, czy płakać nad tym, że znów ulokowałam jakieś uczucie w niewłaściwej osobie. Aż nie do uwierzenia, że można spaść z deszczu pod rynnę. I jeśli faktycznie będę musiała uciekać od tej relacji w podskokach, to chyba nigdy nie uwierzę w to, że można spotkać na swojej drodze kogoś wartościowego. Jak to jest ? Co jest nie tak ?
Podobne tematy
Ile ta znajomość trwała i ile od zapoznania poczułaś sie zaangażowana
?
Poznaliśmy się ok. 5 lat temu i próbowaliśmy być ze sobą, ale nie wyszło. Myślę, że z mojej winy, ponieważ nie chciałam jednak angażować się w związek i postanowiłam być sama. Przez ten czas mówiliśmy sobie cześć i tyle. Ok. 2 tygodnie temu zaczęliśmy pisać i się spotykać. Zaangażowałam się prawie od razu
To moze masz o nim wyobrażenie takie jakim był 5 lat temu? Bo jak nie znacie sie i angażujesz sie zbyt szybko to praktycznie zawsze przychodzi rozczarowanie. Nie znasz, idealizujesz i pozniej "sprawdzasz". To nadal cos w rodzaju niedostatku emocjonalnego, czegos Ci brak. Wg mnie wiele zwiazkow nie wypala jak cos takiego zbyt szybko przychodzi i trzeba znalezc tego przyczyne.
Zweryfikowałam to co mówił o sobie z tym co na prawdę dzieje się w praktyce. Nie wiem jak mam brać te słowa po alkoholu. Ogólnie twierdzi, że zakochał się we mnie te 5 lat temu i kochał cały czas a ja dałam mu "pstryczka w nos". Potem byłam w związku, z którego mam córkę. Wygląda mi na to, że On jakoś tego nie strawił do końca. Normalnie mówi, że jest wszystko w porządku, że ułożymy sobie i będzie dobrze a tu wczoraj bęc- wyrzuty, że nie byłam z nim wtedy, kilka razy, że nie jestem kobietą dla niego i nie będziemy się więcej spotykać, że musi się użerać z moim byłym, który uprzykrza w międzyczasie nam żywot. Rozmawialiśmy na te wszystkie tematy, bo chciałam mieć jasność, czy da sobie radę z tym, że nie jestem sama itd. Powiedział, że chce być ze mną i damy radę wszystkiemu.
Moje wyobrażenie na Jego temat, owszem motylki w brzuchu, przypływ energii i wspaniały humor, w głowie oprawiłam go w ramki, ale gdzieś z tyłu zawsze było miejsce na WADY. Miałam na myśli spóźnianie się, jakieś piwka z kolegami od czasu do czasu, rozrzucanie skarpet po domu itd
ale nie coś takiego.
Raczej nie mam zamiaru po każdym Jego "złym dniu" zakończonym imprezą z kolegami wysłuchiwać, że 5 lat temu pstryknęłam go w nos i, że mam dziecko. Na następny dzień przeprosiny i złota rada, bym nie brała do siebie tego co tam mówił mi, bo "miał w głowie masakrę". Kurde jestem młoda fakt, ale troszkę w życiu przeszłam i jak ktoś mi mówi, że kocha, kocha i kocha a godzinę potem, po alkoholu rzuca, że nie jestem kobietą dla niego to włącza mi się czerwona lampka.
Nie poradził sobie z tym, że jestem w takiej sytuacji? Widzę, że jakiś tam wewnątrz konflikt jest, więc co robić ?
Nic. To tak jak ze zdradą. Jak sobie człowiek sam nie poradzi z tym, to bedzie wypominał, w kazdej kłótni, a czasem i bez. Zawsze jako obrona i powód gorszego zachowania.
No to masz babo placek. Zaistniało COŚ na co wpływu nie mam. Chciałabym zadbać o tą relację z każdej strony, aby było dobrze, bo faktycznie coś poczułam a tu nic nie mogę zrobić ? Niedobrze...
Wpływ masz na siebie, a nie na innych. On sie tak z tym czuje, wiec jedynie mozna go utwierdzac, ze tamto było i nie musi tego roztrząsać. Jak nie zrozumie sam to niewiele mozna zrobic.
Czuję się jakbym poznawała mężczyzn na nowo. Zobaczymy, być może wyrzuci to wszystko na samym początku, czyli teraz i będzie spokój. Być może na każdym kroku będę słyszeć to samo w kółko i w końcu nie wytrzymam. Rozsądne byłoby teraz nabrać trochę dystansu...Zapewniam go, że nie ma co roztrząsać tego co było, że tego zmienić się nie da, a jednak ciągle powtarza.
Wiec jedyne co mozesz zrobić to... to olać. Pokazac, ze kompletnie Cie nie ruszają te jego wypominki. Jak bedzie wiedział, że nie moze uzyc tego jako agresja słowna, nie reagujesz na to, nie zyskuje dzieki temu przewagi to moze zaniechać.
O widzisz, nie pomyślałam pod tym kątem. Spróbuję właśnie pokazać, że nie działa to na mnie, zdrowsza będę dodatkowo jak oleje pewne rzeczy :-)
Miałam nadzieję, że nie będę musiała prosić o radę. Kolejny tydzień, kolejne wyjście z domu ze znajomymi. On+ alkohol. Do pewnego momentu było wszystko dobrze, do momentu kiedy się nie upił. Zostawił na środku ulicy, bo coś sobie ubzdurał. Zaraz po tym telefony i smsy z wyzwiskami, pretensje, zakańczanie związku. Po alkoholu wstępuje w Niego diabeł. Czy jest jakakolwiek szansa, na to, że to się zmieni? Skąd się biorą takie zachowania? Do czego może być zdolny? Zaangażowałam się w tą relację i mam dosyć kolejnych porażek. Nie mam pojęcia co i jak robić...
Nie zmieni. Alkohol zawładnął jego mózgiem.
Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy zachowują się w ten sposób. Rozczarowanie, brak zrozumienia, bezsilność, strata.
Co prawda ja nie umiem zrozumiec kobiet, szczegolnie zakochanych, no ale
z tym tez sie zgodze. Pewnych wad nie powinno sie nawet probowac akceptowac. Przeciez to często i wstyd i jeszcze na tą drugą osobe wpływa, jej wartosc. Choc znowu wrocimy do punktu pierwszego, jak ktos lubi byc gnojony, nieszanowany... to sie trzyma.
Nie sądzę, żeby ktokolwiek lubił być gnojony. To taka toksyczność relacji, bo niby się KOCHA, można kochać "dobrą" połówkę cech u swojego faceta, wyczekiwać i cieszyć się z dobrych momentów. Przede wszystkim jest jakaś durna nadzieja, która mówi,że przecież wszystko może się zmienić. Można znieść głupoty, bluzgi,niedotrzymane słowa, bo przecież doskonale wiemy, że na drugi dzień nie będzie pamiętał i zacznie przepraszać. I co? Najpierw awantury po alkoholu, wyzwiska, potem rękoczyny ? I tkwienie w nadziei, że na stówę będzie lepiej. Ja to chyba głupia jestem :-) W teorii wszystko wiem, wiem czym to pachnie. Z praktyką dużo gorzej. Mogę sobie gadać, tłumaczyć, prawić mu morały, On sto razy przyzna mi rację i powie jaka jestem mądra i dobra dziewczyna. A co mnie po tym wszystkim? A nic. Mogę sobie być mądra, dobra, ładna, młoda i tkwić przy boku kogoś kto kompletnie na to nie zasługuje. Bo mnie urzekł głos, wzrok, sposób w jaki chodzi i trzyma mnie za rękę. Urzekło mnie COŚ i poczułam uderzenie. Mężczyźni, którzy mają dużo lepiej w głowie niż On nie mieli z kolei tego "czegoś". I takie błędne koło. Tak idę jak żaba do węża. Pewnie dam sobie jeszcze jakiś czas, aby zobaczyć co z tego wyniknie. Niby mam dystans, niby wszystko wiem. NIBY to takie proste....
I w tym problem, lepsi są gorsi, bo nie mają tego czegoś. Poza tym im dluzej w to brniesz, tym niby gorzej sie rozstać...
Bywałam w różnych relacjach i poznałam również smak związku z "rozsądku". Było poprawnie, raczej bez kłótni, nietoksycznie, bez szału. Śmiem twierdzić, że nawet nie byłam zakochana, myślałam, że wszystko przyjdzie z czasem. Tkwiłam w takiej relacji prawie 2 lata- było troszkę przyzwyczajenia, jakiś tam komfort, poczucie stabilizacji. Nie czułam miłości, myślałam, że nadejdzie- nie nadeszła, związek nie przetrwał. Facet, z którym się teraz spotykam sprawił, że krew wrze w żyłach :-) Zakochałam się i czuję po sobie, że kocham. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to wszystko o czym pisałam wyżej. Ja na prawdę nie wiem co lepsze...poprawna relacja bez uczucia, czy miłość, ale chora ? Na to wszystko co przeszłam i przeżyłam jest albo tak, albo tak. Nie mogę trafić dobrze
Jak sie zakochiwałaś więcej niż raz to przeanalizuj cechy wspólne tych mezczyzn, do których coś czułaś. No i porównując z tamtymi, do których nic, czy niewiele.
Jest szereg cech przeze mnie pożądanych, tych które powodują, że chcę tworzyć z kimś "relację z iskrą". Wiem czego chcę od faceta, ale ideału nie znajdę. Pozostaje jedynie wybierać między czymś a czymś. Albo czekać w nieskończoność na KOGOŚ kto być może nie istnieje i istnieć nie będzie.
21 2014-08-24 17:53:49 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-08-24 17:58:09)
Ale to tak mało jest takich mezczyzn ktorzy mają te cechy, o których mowisz? Poza tym moge wiedziec jakie to cechy? Czy to wygladu czy charakteru, czy razem wzięte, taki MUS? Ze wiesz ze jak to sie pojawia, to juz odpływasz?
Stanowczy, wyrozumiały, uczuciowy, ciepły- ale nie misio przytulasio, oddany, wierny, zaradny, czysty, umiejący prowadzić dialog. Na pewno nie dusigrosz i nie wypominający, umiejący panować nad emocjami i alkoholem. Ktoś z fantazją i wyobraźnią, odrobiną szaleństwa i spontaniczności. Brązowe oczy. Szczupły, dobrze zbudowany (ale bez przesady), szarmancki. Nie nadużywający alkoholu, internetu, otwarty umysł, otwarte oczy. Błysk, dogadywanie się bez słów, pasja. Szacunek do każdej żywej istoty, honorowy, głos, który sprawia, że jest mi ciepło :-) Trochę misz masz, ale tak to się mniej więcej prezentuje
Dzieki za odpowiedź. Dwie pierwsze cechy to mus do kobiet rzeczywiście.
Ideał z otwartymi oczami, trudno o takich ![]()
A to rozumiem ten obecny ma wszystko oprócz panowania nad emocjami, alkoholem ? Bo często zauwazylem, ze kobieta pytana o ideał opisuje kogos w kim jest aktualnie zauroczona, lub była, z jakimiś małymi poprawkami. Kilka z tych cech bardzo niekonkretne, bo np dla każdego czym innym jest wyobraźnia czy szaleństwo. Dogadywanie bez słów chyba da sie wypracować w każdej, dłuższej znajomości.
Mojemu aktualnemu facetowi brakuje KILKU cech, które dobrze by było gdyby miał :-) Najprościej powiedzieć, że po alkoholu brakuje mu piątej klepki. A jak mu już ta korba odbije to sypie się wszystko- brak szacunku, bluzgi, urojenia, zmiana zdania co chwila, wypominanie itd. Nie lubi upubliczniać swoich uczuć, mam nadzieję, że "ten typ tak ma" i że nie jest to spowodowane czymś innym. Pierwszy raz spotkałam się z takim brakiem hamulców po alkoholu. Wczoraj nie wytrzymałam i dostał "liścia". Nie jestem za tego typu rozwiązaniami, ale też nie jestem jakimś popychadłem i nie będę grzecznie kiwać głową, kiedy wylewają na mnie wiadro brudów. Rozmawiałam z Nim dziś, oczywiście przeprosił, stwierdził, że jest "burak" itd. itp. Zobaczymy jak to będzie wyglądać dalej. Troszkę się boję, że dotąd nie stworzył żadnej poważnej relacji z dziewczyną, bo mu właśnie odbijało. Mama go gania, próbuje prostować, bo widocznie wie, czym to pachnie. Facet 31 lat no powinien mieć już to i owo poukładane w głowie a nie...
Związek, który wydawało mi się, że będzie trwał i trwał, pomimo pewnych przeciwności zakończył się wczoraj, niespodziewanie.
Z jego inicjatywy.
Przez 2 miesiące było dobrze, zakochanie, spotkania, wielkie słowa, deklaracje, zapewnianie na każdym kroku, że to miłość, że nigdy przedtem tak nie było itd. Faktycznie wpadłam jak śliwka w kompot. Uwierzyłam. Zależało mi i się starałam. Wiem i widzę, że ma problem z alkoholem, po wypiciu kilku piw wstępuje w niego diabeł. Wtedy właśnie mnie wyzywa, poniża i grozi zakończeniem naszej relacji. Słyszałam już, że jestem gnojówą, że mnie nie kocha i nie zaakceptuje mojej sytuacji ( mam córkę). Kilka takich wybryków, które tłumaczył gadaniem głupot po pijaku. Nie rozumiem tego jak może napisać, że mnie kocha a za chwilkę - dosłownie 3 minuty, że to koniec. Wczoraj było tak samo, wszystko ok, pisał, dzwonił i nagle jak mnie zobaczył stwierdził, że to jest KONIEC, że mnie nie kocha, żebym sp......... i że poznał kogoś innego, że znajdzie lepszą. Co to ma w ogóle znaczyć ??? Jak tak można robić ??? Pobawił się mną i rzucił? Po co zapewniał, że kocha tak bardzo, pisał non stop, spotykał się ze mną, odwoził do pracy. Gdyby mu nie zależało to by tak robił? Czemu rzucił mnie smsem ze słowem sp...... na sam koniec? Nie wiem co mam robić, bo tego nie rozumiem. Jak można tak zmienić zdanie i dlaczego. Napisałam mu dzisiaj, że mam nadzieje, że jest dumny i zadowolony ze swojego wczorajszego zachowania. Nie odpisał nic. I nie odpisze. A ja mam milion pytań i myśli w głowie. Tak na prawdę chciałabym, żeby mnie przeprosił, napisał, zadzwonił. Chciałabym cokolwiek od niego usłyszeć. Nie wiem, czy poradzę sobie z takim zakończeniem tego związku, jestem rozczarowana i jest mi cholernie przykro. Czuje się wykorzystana i nie mogę uwierzyć, że mógł mnie tak kopnąć w tyłek. Jak postępować? Boje się, że będę chodzić smutna, smętna, samotna. Wstydzę się powiedzieć komukolwiek jak ktoś mnie zapyta jak tam mój związek. Tak się cieszyłam i co? Zostałam znów sama z milionem pytań, poczuciem krzywdy i pustką w środku, taką pustką nie do opisania :-( Mam wrażenie, że nigdy nie będę z nikim szczęśliwa, każdy mój związek kończy się fiaskiem. Chcę być kochana i kochać
A ja mam wrażenie, że jakoś podświadomie wybierasz hmm... nazwijmy to"kłopotliwy" materiał, który prędzej czy później, ale bankowo okazuje się nieprzydatny do użycia, więc nazywanie tych prób "związkami" to lekkie nadużycie...
Chciałabym stworzyć związek, na prawdę. Podświadomie wybieram kłopotliwy materiał na partnera, no to jest bardzo prawdopodobne, największe pytanie, które rodzi się w mojej głowie DLACZEGO takich wybieram, dlaczego się w takich zakochuje, przecież to nienormalne, krzywdzące. Porażka za porażką, mam już tego dość i jestem zmęczona.
Jak sobie pomóc :-(?
29 2014-09-21 10:59:43 Ostatnio edytowany przez assassin (2014-09-21 11:15:37)
Za bardzo chcesz i potem kiedy ktoś się pojawia, Ty nie wiem czemu, ale lekceważysz wszelkie znaki ostrzegawcze, a skoro one są, to zaraz należałoby wycofać się. Inna kwestia to fakt, ze jak na mój gust za szybko się angażujesz, nie dajesz sobie czasu na... analizę gościa.
Nie spiesz się, patrz uważnie... I najważniejsze... nie usprawiedliwiaj wybryków, a na zmianę zachowania chętnego masz ograniczony wpływ...
To prawda, były znaki ostrzegawcze, było ich mnóstwo. Myślałam, że się zmieni, bo nie jestem byle kto i mogę mu pomóc, mogę być wyrozumiała. Angażuje się bardzo szybko, i chyba nawet w ogóle nie analizuje tylko "biorę w ciemno", bo wierzę, że będzie dobrze. Nie chce być sama. Nikt nie chce być sam. Samej jest mi ciężko.
Próbowałam być z zupełną odwrotnością człowieka jakiego "przyciągam" i nie było tego czegoś.
Jak pozbyć się zamiłowania do idiotów.
No po prostu ręce mi opadły. Świat pełen facetów a ja idę jak żaba do węża.
Mam jeszcze nadzieje, że nie jestem uzależniona od jakiejś chorej adrenaliny, którą mi funduje jeden za drugim....
Jest pytanie:
(...)największe pytanie, które rodzi się w mojej głowie DLACZEGO takich wybieram, dlaczego się w takich zakochuje, przecież to nienormalne, krzywdzące.(...)
Jest odpowiedź:
(...)Myślałam, że się zmieni, bo nie jestem byle kto i mogę mu pomóc, mogę być wyrozumiała. Angażuje się bardzo szybko, i chyba nawet w ogóle nie analizuje tylko "biorę w ciemno", bo wierzę, że będzie dobrze. Nie chce być sama. Nikt nie chce być sam. Samej jest mi ciężko.(...)
To prawda, były znaki ostrzegawcze, było ich mnóstwo. Myślałam, że się zmieni, bo nie jestem byle kto i mogę mu pomóc, mogę być wyrozumiała. Angażuje się bardzo szybko, i chyba nawet w ogóle nie analizuje tylko "biorę w ciemno", bo wierzę, że będzie dobrze. Nie chce być sama. Nikt nie chce być sam. Samej jest mi ciężko.
Próbowałam być z zupełną odwrotnością człowieka jakiego "przyciągam" i nie było tego czegoś.
Jak pozbyć się zamiłowania do idiotów.
No po prostu ręce mi opadły. Świat pełen facetów a ja idę jak żaba do węża.
Mam jeszcze nadzieje, że nie jestem uzależniona od jakiejś chorej adrenaliny, którą mi funduje jeden za drugim....
Widzisz trochę wyedytowałem swój poprzedni post i jak się okazuje uprzedziłem Cię... Powtórzę jeszcze raz: "na zmianę drugiego człowieka mamy bardzo ograniczony wpływ, a właściwie bierzemy go do swojego życia takiego jakim jest..."
Brakuje mi cierpliwości, przeraża mnie fakt, że zostanę sama do końca życia a lata lecą. Jestem młoda, ale mam takie obawy. Nieustannie szukam a jak już znajdę to właśnie nie analizuje tylko biorę w ciemno. Nie mogę uwierzyć w to, że ktoś się pojawi po prostu, bez nieustannych poszukiwań, nie mogę uwierzyć, że ludziom dookoła po prostu się układa.
Mam zwolnić, nie poszukiwać na siłę, uzbroić się w cierpliwość, analizować, nie brać byle kogo. Gdybym miała pewność, że kiedyś pojawi się ten ktoś. Ktoś, kto będzie dla mnie, byłoby łatwiej
Brakuje mi cierpliwości, przeraża mnie fakt, że zostanę sama do końca życia a lata lecą. Jestem młoda, ale mam takie obawy.
To nie "fakt" lecz lęk/fobia... Spójrz logicznie na to wszystko, obecne działania nie przynoszą żadnych efektów, więc zrób to, czego się tak boisz i odpuść pogoń, zalążek rodziny już masz, więc nie ma co aż tak dramatyzować... Nie zamykaj się "w piwnicy", ale wyłącz też desperację...
Proponuję, byś 'zrobiła porządek' ze swym lękiem przed samotnością. Dlaczego? Gdy nawet teraz zbastujesz, to po znalezieniu owego 'kogoś', zawiśniesz mu na szyi. Większość osób ucieka od takiego ciężaru, chcąc mieć u swego boku partnera.
Ma być mi dobrze samej ze sobą. Chyba się porządnie pogubiłam na którymś etapie, bo kompletnie nie wiem w co ręce włożyć. Wychodzi na to, że mam lęk przed samotnością, do którego otwarcie przyznałam się dopiero teraz. Szukam kurczowo ludzi, żeby mieć do kogo buzię otworzyć i przytulić, mam w głowie dziwne przekonanie, że człowiek sam to człowiek gorszy.
Mam zalążek rodziny- dziecko i powinnam się skupić na nim, powinno być całym moim światem a ja się zajmuje pierdołowatymi facetami. Nigdy nie byłam typem kobiety "wiszącej u czyjejś szyi" i takiej natarczywości nie lubię u drugiej strony. Desperacja jest dopiero przy tym facecie. Nie chce mnie, kłamie i poniża a ja dalej. Moje związki w większości rozsypywały się, bo ja doprowadzałam do ich końca- okazywało się,że to kompletnie nie ta osoba, z którą chce żyć. W tym przypadku jest inaczej, COŚ mnie ciągnie i szepcze za uchem, że mam z nim być.
Do tej pory nie wierzyłam w to, że takie uczucie ktokolwiek może jeszcze we mnie wskrzesić, bo tak zakochana byłam jako małolata. Sądziłam, że "poważni" ludzie już się tak nie zakochują i bywało, że tkwiłam w związkach, w których ewidentnie miłości nie było. Zobaczyłam, że się da i zgłupiałam normalnie. Mam nadzieję, że jeśli jednak dało radę się zakochać, to da radę kiedyś jeszcze...przynajmniej wiem jak to powinno wyglądać z mojej strony. Przykro, że ulokowałam uczucia w kimś kto kompletnie nie jest ich wart. Druga moja myśl jest taka, że sporo widziałam, ale czegoś takiego, co pan, który mnie kopnął w tyłek odpierdziela to jeszcze nigdy. Muszę poświęcić sporo czasu na przeanalizowanie siebie, mam nadzieje, że nie zginę w tym wszystkim i sobie poradzę....:-(
Tak, to prawda. Ma Ci być dobrze samej ze sobą, niezależnie od tego czy będziesz w jakimś związku, czy też żyć będziesz jako singiel.
Masz dziecko, opiekuj się nim, wychowuj, ale miej swoje życie i swoje cele.
Pamiętaj/wiedz, że żadna osoba nie powinna być niczyim całym światem. Dziecko, którego mama uwieszona na nim (inaczej ta, dla której dziecko jest całym światem), ma zbyt wielki ciężar do udźwignięcia.
38 2014-09-21 15:47:00 Ostatnio edytowany przez EeeTam (2014-09-21 15:47:44)
Śpiewaczek
Ciekawych facetów sobie wybierasz. Założyłaś 4 wątki, i masz:
- faceta z obsesją, który Cię prześladuje,
- przemocowca,
- zakompleksionego facecika, który chciał Cię opleść jak bluszcz;
- pijaka z wybuchami agresji po alkoholu.
Do tego czytam, że masz problem z okazywaniem uczuć. Czy Ty przypadkiem nie jesteś DDA/DDD?
Co do ostatniego, to się ciesz, że się skończyło. Miałem to samo z kobietą. Wybuchy agresji po alkoholu. Niby prosta rada - nie pić. Ale okazało się, że to alkoholiczka, niestety nie z tych co piją codziennie (bo szybko bym się połapał), a z tych co wpadają w ciągi. Nie picie skutkowało zatem max na 2 tygodnie, bo potem zbliżał się czas ciągu i szukała powodu do awantury, żeby mieć powód do picia. Pozbyłem się jej, ale co mi nerwy zszargała ![]()
No fakt "ciekawych", dlatego mam już pomalutku dość porażki za porażką. Pochodzę z normalnej rodziny, pełnej, w której nikt nie pił alkoholu, więc nie było i nie ma takowych problemów. Szukałam powodu, w tym, że tata mój mimo,iż nie pił był "obecny, ale nieobecny" w moim życiu i nie miałam żadnego takowego wzorca. Doszłam do wniosku, że nie warto nikogo obwiniać za swoje życiowe porażki i stwierdzam, że faktycznie mi się w głowie pomieszało....
Bo fakt, trochę tych facetów było i ciągłe tylko przez nich kłopoty. Jak nie tak- to tak. A potem nie mogę się pozbierać i szukam mądrych rad, co by mnie nakierować na właściwą ścieżkę i przywrócić do pionu z podłogi.
Teraz dochodzę do wniosku, że każdy mój partner miał w jakimś stopniu problem z alkoholem. A ten ostatni to już ogromny, 5-6 piw na porządku dziennym, do tego co 3 minutowe zmiany zdania i gigantyczne huśtawki nastrojów....
Widzisz, miałeś taką kobietę, ale nie zostawiłeś Jej od razu, miałeś nadzieję, że się zmieni. Logiczne jest odejść od kogoś jeśli niszczy Ci życie i sprawia, że źle się czujesz. Jest jednak coś co człowieka trzyma w środku i daje złudną nadzieję.
40 2014-09-21 19:57:23 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-09-21 19:58:15)
To co nadzieje to Twoje niedowartościowanie. Wierzysz, ze sama sobie pomagasz tym, ze sie kims zajmujesz kto ma problem. Ze mu swoja miloscia pomozesz i wtedy macie oboje korzysci. Tyle, ze on tego nie chce
Nie ten typ faceta kolejny raz. Widzisz znaki ostrzegawcze, czarno na białym, nie brnij. Jak selekcja. Uczucia za szybko bo to desperacja, to nie te prawdziwe "coś", tylko program ktory masz utrwalony w głowie. Jak sie zmienisz, uszczesliwisz to przyciagniesz kogos innego. Nie bedziesz musiała na kims sie uwieszac by Ci nudno nie było i liczyc na zmiany. Bo przeciez jakby nawet on sie zmienił, to by przeciez znowu był "normalny" i bys sie sama odkochała
Czy tam jak zwiesz te uczucie. Moze jednak uzaleznienie od schematu, o, moze tak.
Jest w tym tylko prawda co napisałeś. Aż jestem zdziwiona, że można wysnuć takie wnioski na podstawie tego co napisałam ( ciężko uzewnętrznić w słowach to co czuję ). Czuję satysfakcję jak komuś pomagam ( lub przynajmniej wydaje mi się, że pomagam), to sprawia, że czuje się mądrzejsza i spokojniejsza. Mam kilka celów, do których dążę i które w pojedynkę z dzieckiem są niemalże niemożliwe do spełnienia...We dwoje jest łatwiej. We dwoje z odpowiednią osobą, bo z nim jak widać same problemy...i nie zmienię tego co mi w nim nie pasuje, bo on nawet nie chce być ze mną.
Wystraszyłam się tego, że jestem uzależniona od jakiegoś rodzaju nerwów, złej adrenaliny w związku, kłopotów ?
Kluczem do rozwiązania mojego problemu jest to, żeby samą siebie uszczęśliwić ???
Sama z sobą muszę dobrze żyć, muszę być sama z siebie zadowolona i dopiero dalej do przodu? Porównuje się do innych ludzi, którzy sobie życia układają, biorą śluby, jeżdżą na wakacje a ja do tej pory miałam dzień za dniem identyczny, urozmaicany problemem z facetem. Łatwo popadam w rutynę, która mnie drażni. A przecież rutyna jest nieunikniona i nie jest zawsze zła.
Teraz siedzę i analizuję wszystko po kolei, od byłego dostałam sms o treści "kocham cię, ale nie chce z tobą być " i już nawet mu nic nie odpiszę. Nie ma to sensu, nie ma tu logiki, bo jak się kogoś kocha to się z nim jest i pokonuje się przeciwności.
To że z nim byłam dawało mi napęd do działania, poczułam taką motywację na początku spotykania się z nim, że nawet pracę znalazłam :-) Tak pozytywnie myślałam, że dopięłam swego i to w przeciągu tygodnia. Wstawałam z uśmiechem na twarzy i nie było takiej mocy, żeby mnie zasmucić, czy wkurzyć. Za tym będę tęsknić, bo wiem, że z powietrza ciężko się zmotywować do takiego optymizmu. Przepisu na bycie szczęśliwą SAMEJ nie znam. Muszę chyba zmienić się całkiem, bo to co teraz mam, nie rokuje zbyt dobrze. Muszę być szczęśliwa, mimo wszystko...
42 2014-09-21 20:50:09 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-09-21 20:51:31)
Jest w tym tylko prawda co napisałeś. Aż jestem zdziwiona, że można wysnuć takie wnioski na podstawie tego co napisałam ( ciężko uzewnętrznić w słowach to co czuję ). Czuję satysfakcję jak komuś pomagam ( lub przynajmniej wydaje mi się, że pomagam), to sprawia, że czuje się mądrzejsza i spokojniejsza. Mam kilka celów, do których dążę i które w pojedynkę z dzieckiem są niemalże niemożliwe do spełnienia...We dwoje jest łatwiej. We dwoje z odpowiednią osobą, bo z nim jak widać same problemy...i nie zmienię tego co mi w nim nie pasuje, bo on nawet nie chce być ze mną.
Wystraszyłam się tego, że jestem uzależniona od jakiegoś rodzaju nerwów, złej adrenaliny w związku, kłopotów ?
Kluczem do rozwiązania mojego problemu jest to, żeby samą siebie uszczęśliwić ???
Sama z sobą muszę dobrze żyć, muszę być sama z siebie zadowolona i dopiero dalej do przodu? Porównuje się do innych ludzi, którzy sobie życia układają, biorą śluby, jeżdżą na wakacje a ja do tej pory miałam dzień za dniem identyczny, urozmaicany problemem z facetem. Łatwo popadam w rutynę, która mnie drażni. A przecież rutyna jest nieunikniona i nie jest zawsze zła.
Teraz siedzę i analizuję wszystko po kolei, od byłego dostałam sms o treści "kocham cię, ale nie chce z tobą być " i już nawet mu nic nie odpiszę. Nie ma to sensu, nie ma tu logiki, bo jak się kogoś kocha to się z nim jest i pokonuje się przeciwności.
To że z nim byłam dawało mi napęd do działania, poczułam taką motywację na początku spotykania się z nim, że nawet pracę znalazłam :-) Tak pozytywnie myślałam, że dopięłam swego i to w przeciągu tygodnia. Wstawałam z uśmiechem na twarzy i nie było takiej mocy, żeby mnie zasmucić, czy wkurzyć. Za tym będę tęsknić, bo wiem, że z powietrza ciężko się zmotywować do takiego optymizmu. Przepisu na bycie szczęśliwą SAMEJ nie znam. Muszę chyba zmienić się całkiem, bo to co teraz mam, nie rokuje zbyt dobrze. Muszę być szczęśliwa, mimo wszystko...
Widzisz, bo wystarczy rozumieć uczucia innych, plus naprawde minimum mechanizmów psychiki... te historie sie powtarzają co rusz, ludzie są podobni. Jesteś jednym typem osobowości - działasz w dany sposób, inny działa znowu troszke inaczej. Co prawda kilka razy tez nie trafiłem, ale nie robie tego celowo, by sie wymądrzać czy wrzucać ludzi do jednego worka, ale znaleźć rozwiązanie - w koncu i tak wszyscy z tej samej gliny jesteśmy stworzeni. Adrenalina... widzisz, ja jestem chyba jedynym tutaj na forum którzy uważa, że KAŻDA kobieta tego chce i że KAŻDA lubi duże dawki RÓŻNYCH emocji, a im bardziej problemowego człowieka spotkasz (i opornego, egoistycznego nawet) tym masz więcej różnych emocji. Inne albo nie widzą tego, albo nie spotkały jeszcze aż takich emocji u mezczyzny, wiec nie widzę co "traca" (i zyskują zarazem!). To akurat tylko moje wnioski. Reszta jest po prostu brakiem poczucia szczęścia sama ze sobą. I kolejny raz - uwazam, ze ogólnie natura kobiety, z kobiecym mózgiem POTRZBUJE wielu głębokich relacji międzyludzkich do tego, by poczuc sie szczęśliwą. Kobieta bazuje na uczuciach i emocjach w zyciu, jesli ma kobiecy mozg. Jednak takie kobiety wplątują sie w relacje nierokujące, gdzie jest "to coś" ale to coś jest niezdrowe. Temu poswiecaja całą siebie, wiele miesiecy i lat w swoim zyciu. Pozniej zaczynaja wierzyc, ze tylko na to zasługują, tylko na tyle ich stać, że innych mezczyzn nie ma itp. I zamiast to uciąć, to brną w to, czym tracą czas i swoje dobre strony. Gdyby szybko konczyly takie relacje (nie konczą, bo uwielbiaja mezczyzn decyzyjnych, zaradnych - kwestia siły charakteru - a one nie są takie) to by duzo prędzej znalazły kogos innego. Tyle, ze jest kolejna strona medalu. Jesli szukasz kogoś tzn ze jest w Tobie desperacja. Posiadanie związku i uczuć jest celem numer jeden w zyciu. To przesłania wszystko co ważne. Zwiazek nie moze byc nr 1 tylko daleko, daleko, moze nawet na koncu...
Jesli poswiecac sie dla kogos to tylko wtedy, gdy on sam mowi, ze tego potrzebuje, gdy widac ze chce sie zmienic. Takze wtedy gdy robisz to bezinteresownie.
Ja zauważyłam właśnie taką zależność, że im większy "burak" i "cham", źle traktujący i robiący cyrki co rusz, "przywiązuje" kobietę do siebie tak, że kończy się tym, że głowę jej urwie a ta głowa jeszcze z podłogi prosi i błaga,żeby nie odchodził.
Teoretycznie ja widzę wiele rzeczy u siebie i innych, ale moje emocje i uczucia wariują i kipią. Jeśli takie są kobiety na ogół, to ciężko :-) Jeszcze jakiś czas temu pakowałabym się dalej w tą relację. Czytam Was i rozumiem, zmienia się mój punkt widzenia. To jest faktycznie bez sensu pchać się jak żaba do węża w coś co jest chore i przegrane. Skończyłabym jako żona alkoholika, który pewnie by lał mnie i moją córkę ( a wtedy doszłoby do tragedii i poszłabym siedzieć.)
Ja szczerze uwielbiam ludzi. Za to, że mimo tego, iż jesteśmy z tej samej gliny różnimy się i jeden od drugiego może wiele się nauczyć. Faktycznie lgnę do relacji, najlepiej takich właśnie głębokich i wtedy czuje się szczęśliwa. Takie są kobiety mówisz ? :-) Troszkę chemii się narobiło w głowie i człowiek zgłupiał. Desperacko poszukuję, już moja świętej pamięci babcia mówiła, nie szukaj na siłę, bo z deszczu pod rynnę, na przemian z za długie czekanie dobre śniadanie :-)
Już nie czuje takiego dramatu jak kilka godzin temu. Coś się we mnie uspokoiło i z czymś się pogodziłam. Mam nadzieję, że to pozostanie na jutro i na tyle czasu ile będzie potrzeba.
Odpuścić, skupić się na sobie, bo przez to latanie za nim przeziębienia i siniaków się dorobiłam. W tym momencie rozjaśniło mi się w głowie, oby na trwałe
44 2014-09-21 22:52:54 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-09-21 23:39:33)
Ja zauważyłam właśnie taką zależność, że im większy "burak" i "cham", źle traktujący i robiący cyrki co rusz, "przywiązuje" kobietę do siebie tak, że kończy się tym, że głowę jej urwie a ta głowa jeszcze z podłogi prosi i błaga,żeby nie odchodził.
Teoretycznie ja widzę wiele rzeczy u siebie i innych, ale moje emocje i uczucia wariują i kipią. Jeśli takie są kobiety na ogół, to ciężko :-)
A wiec tu zaczne coś negatywnego.
Bo wiele kobiet tak naprawde baaaaaardzo lubi rządzić, choć nie umie. Dlatego faceci manipulują w taki sposob, że myślą że jest wg kobiety, a tak naprawde jest wg nich. Sa rozne na to sposoby, z doswiadczeniem to przychodzi, ale im atrakcyjniejsza tym bardziej próbuje to robić bo "sie jej należy", bo ona sie tak szanuje - a widac wlasnie, ze nie szanuje. No ale niewazne.
Proznosc, zadzieranie nosa, ksiezniczkowanie. Takie cechy, ktore ograniczają kobiete, ale ona to ma i nie chce tego zmienić.
I wystarczy jedna historia do zobrazowania o czym mowie.
Piękna i towarzyska kobieta ciągle ma multum zainteresowania. Jasnym jest ze nie kazdy kazdemu moze sie podobać, ale ona podoba sie wielu mezczyznom. I spławia po kolei, kazdy jej nie pasuje, robi się roszczeniowa, zrzędliwa, wymagająca, ale zarazem nieszczęśliwa - nie ma nikogo dla niej, więc co jej dają te dobre cechy? Przestaje w siebie wierzyć, więc przychodzą do niej mechanizmy niskiej wartości.
Nagle przychodzi jeden lepszy facet, ona mysli ze złapała pana boga za nogi. W koncu dopiero przysłowiową setke odrzuciła (która i tak jakos ją dowartosciowała) i ona juz wie, ze to ten jedyny. Poswieca sie dla niego, jest najlepsza. Oczywiscie powie ze jest "za dobra" (szkoda, ze nie byla taka dla wszystkich), ze nie ma juz fajnych mezczyzn ktorzy cenią uczucia (a to ze odrzucila to nie widzi).
Nagle ten facet z jakis powodow ją odrzuca. Jakie to są powody?
- zazwyczaj on jest niezalezny, wiec nie chce by naciskała na niego uczuciowo, przywiązywała go, nadskakiwała mu, histeryzowała - a ona to robi bo przeciez zna wielu mezczyzn i nie ma takich jak on już, plus nie chce byc sama/samotna więc trzyma sie tego gwałtowo
- chłodny, czyli ona mysli ze musi sie starac o jego względy, to mu dodaje atrakcyjnosci, nie wykłada sie na tacy - ona za to chce sie dowartosciowac, wiec stara się o miłość czym rekompensuje swoje braki, a jednoczesnie wierzy, ze to ma cel
- ego napompowane atrakcyjnością, więc ma sporo wiecej mozliwosci, a nie przywiązuje sie uczuciowo jak ona do tego jednego bo też jest stabilny - ona jest zazdrosna, on olewa tym mocniej im ona mocniej sie stara i go potrzebuje
- zazwyczaj on tez nie chce związku lub godzi sie na niego z przymusu/braku laku/seksu(bo ona tego wymaga by miec lozko), staje sie niedostępny, nie wywleka swoich uczuc na wierzch, wiec jest tajemniczy i to powoduje u niej wiele rozkmin, mysli. Znowu sie kłócą, znowu on jest "tym lepszym". Ma tez zwykle zainteresowanie kobiet, więc po co ma sie związać jak nie ma parcia na "zycie rodzinne"? Ciagle jest tym odrzucającym, mimo ze ona czuje ze on ma POTENCJAŁ do tego by był jaki ona chce.
- zazwyczaj coz, jest seksowny, dobry w lozku takze, sprawny, więc kobieta moze odebrac to roznie, albo ze działa na niego tak dobrze, ze są mega dopasowani (idealizacja), albo ze on moze mieć każdą, ze działa na nią tak ze drugiego tak nie znajdzie i znowu mamy jakąś "spinke"
To wszystko daje emocje. Kobieta mowi, no jak to, on mnie nie chce? Mnie!? Grrr boli ją to. I tu wychodzi proznosc, tak jak z tym dowartosciowywaniem się adoracją innych, odrzuceniami. Jesli on ją odrzuci to znowu jej wartosc spadnie i coraz wiecej mechanizmow niskiej wartosci bedzie widocznych czyli m.in staranie się o kogoś kto jej nie chce (bo z gory pokazuje, ze jest lepszy, a to boli), czy chęć zmiany kogoś w kogoś innego, by mieć jakiś cel, by udowodnić sobie że jest sie kims tak fajnym, ze sie uda - "moja miloscia go zmienie, bo mam w sobie jej duzo, wierze w to". Istnieje za to multum facetow ktorych nie trzeba zmieniac!
Facet rodzinny, poukładany, uczuciowy jest miękki i tym samym nieatrakcyjny dla niej. W sumie nawet podobny do niej, to nie przeciwienstwa. Taki zwykły szarak, nie trzeba go zmieniać nawet bo spełni życzonka wszystkie, a i nawet rzadko sie pokłóci tylko rozwiąże problem. Jak sie widzi tylko jeden typ faceta czy drugi podobny i dla niego poswieca duza czesc zycia, to trzeba sie tego oduczyć, albo wmowic sobie "jestem na to skazana, tylko na to zasługuje, będe cierpieć". Dlatego szybkie angazowanie się to desperacja i tego nie lubi żadna z płci. Tak samo zmienianie kogoś, bo to poczucie braku więzi na tym co juz jest, narzucanie. I tak trzeba "selekcjonować" aż w koncu znajdzie sie ktos kogo zmieniac nie trzeba, albo chce sie sam zmienic i razem to osiagniecie, a jednoczesnie bedzie dawał jakies emocje. Niekoniecznie związane z gniewem, zazdrością, odrzuceniem i dalszym zaniżaniem wartości.
Natężenie takich zachowan i reakcji zalezy od stopnia atrakcyjnosci i ulozenia zyciowego. Jak juz jest w happy związku to nie ma problemu, ale jak ciagle jej nie wychodzi, randkuje, spotyka sie z mezczyznami roznymi to mamy to co wyzej często.
W sumie dzis dostałem też taką informacje od dziewczyny z którą miałem sie spotkać.
"jestem szczesliwa wtedy kiedy jestem nieszczesliwa"
Skłaniam do refleksji czy Ty lub inna nie ma tego samego schematu. Uciekam od czegoś takiego, bo to by była kolejna ktora 'milosc' chce negatywną.
Wszystko wygląda tak jak napisałeś. Uznałam już dawno, że jest to tak skomplikowane, że nie da się tego ująć w słowa a jednak. Mam nadzieję, że nie będziesz miał za złe, gdy spiszę sobie Twoje słowa do notesu i będę zaglądać jak coś głupiego przejdzie mi przez głowę.
Co do bycia szczęśliwym tylko kiedy się jest nieszczęśliwym, to również wiem czym to pachnie... I fakt jakiś czas temu złapałam się na tym, że kiedy nie dramatyzuje i nie narzekam to zazwyczaj śpię.
Wszystko i wszędzie widziałam w czarnych barwach, kiedy już osiągnęłam zamierzony cel cieszyłam się krótko, bo trzeba było znów wrócić do swojego narzekania i zamartwiania.
Być może i dlatego wybierałam sobie takich mężczyzn, żeby mieć powód do zmartwień ?
To jest absurdalne, ale prawdziwe. A przetarłam oczy, dopiero wtedy kiedy myśląc cały czas pozytywnie pewne rzeczy zaczęły mi się "udawać". Ile lat zmarnowałam na martwienie się i szukanie kłopotów strach pomyśleć...
Mam nadzieję, że jak już zauważyłam problem i staram się przestawić myślenie - będzie dobrze i tylko lepiej.
47 2014-09-22 17:25:51 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-09-22 17:26:18)
Wszystko wygląda tak jak napisałeś. Uznałam już dawno, że jest to tak skomplikowane, że nie da się tego ująć w słowa a jednak. Mam nadzieję, że nie będziesz miał za złe, gdy spiszę sobie Twoje słowa do notesu i będę zaglądać jak coś głupiego przejdzie mi przez głowę.
Co do bycia szczęśliwym tylko kiedy się jest nieszczęśliwym, to również wiem czym to pachnie... I fakt jakiś czas temu złapałam się na tym, że kiedy nie dramatyzuje i nie narzekam to zazwyczaj śpię.
Wszystko i wszędzie widziałam w czarnych barwach, kiedy już osiągnęłam zamierzony cel cieszyłam się krótko, bo trzeba było znów wrócić do swojego narzekania i zamartwiania.
Być może i dlatego wybierałam sobie takich mężczyzn, żeby mieć powód do zmartwień ?
To jest absurdalne, ale prawdziwe. A przetarłam oczy, dopiero wtedy kiedy myśląc cały czas pozytywnie pewne rzeczy zaczęły mi się "udawać". Ile lat zmarnowałam na martwienie się i szukanie kłopotów strach pomyśleć...
Mam nadzieję, że jak już zauważyłam problem i staram się przestawić myślenie - będzie dobrze i tylko lepiej.
Nie, ale nie bierz tego jako wyznacznika, bo moze dojdziesz do własnych wnioskow, czegos nowego i tym samym poznasz lepiej siebie. Ludzie az tak schematyczni nie są, czyms sie musisz roznic. Jestes indywidualną jednostką.
Jesli chodzi o zamartwianie to tak, to Twoj program w głowie. Masz to widocznie od urodzenia, albo przynajmniej od etapu dojrzewania i tak jestes nauczona zycia. Nikt tego nie zmieni za Ciebie, tak jak partnerow ktorych wybierasz. Jak nie dajesz rady to warto popytac o terapie, bo mozesz znowu zmarnowac X czasu na nierokujące znajomości i zycie nie w taki sposob jaki chcesz naprawde (tylko schemat podpowiada Ci, ze łatwiej jest zyc to co juz poznalas, bezpiecznie masz gdy sie martwisz).
Śpiewaczek napisał/a:Brakuje mi cierpliwości, przeraża mnie fakt, że zostanę sama do końca życia a lata lecą. Jestem młoda, ale mam takie obawy.
To nie "fakt" lecz lęk/fobia... Spójrz logicznie na to wszystko, obecne działania nie przynoszą żadnych efektów, więc zrób to, czego się tak boisz i odpuść pogoń, zalążek rodziny już masz, więc nie ma co aż tak dramatyzować... Nie zamykaj się "w piwnicy", ale wyłącz też desperację...
Zgadzam się z tym, Assassin. Śpiewaczku, czas odpocząć, uspokoić emocje po kolejnych niepowodzeniach. To, że ostatni, w którym się zakochałaś jest dupkiem z problemami nie oznacza, że znów masz się wpakować w związek "z rozsądku" w obawie przed samotnością. Masz jeszcze dużo czasu dla swoich poszukiwań.
Pozdrawiam.
Kobieto, a Ty faktycznie wolisz żyć z kimś kto robi Ci piekło niż sama?
Jako singielka jesteś panią siebie, robisz co chcesz, układasz sobie życie jak chcesz, masz spokój i komfort. Wpadając w związki z dupkami tracisz to wszystko i jesteś popychadłem jakiegoś buraka. Fajne? Chyba nie.
Jako singielka jesteś panią siebie, robisz co chcesz, układasz sobie życie jak chcesz, masz spokój i komfort.
Dokładnie. Gdzieś na forum czytałam taką sygnaturę, bardzo mi się ona podoba "Odbij od tych, dla których nic nie znaczysz, nie zatęsknisz, spróbuj, a zobaczysz"
Pewnie, że bycie z dupkiem, który robi z życia piekło to nie jest to, czego bym finalnie od życia chciała, ALE
mój problem leżał w tym, że miałam nadzieję, że te "piekła" są jednorazowe, jednowyskokowe, miałam nadzieję na to,że pomogę a miłość zwycięży. Ble ble. Wiem...
W zamian miałam prowizoryczne poczucie bycia potrzebną, bycia częścią relacji jaką jest związek, poczucie, że mogę się do kogoś zwrócić i wygadać, przytulić i poprosić o pomoc, bo przecież jesteśmy razem.
Czy bycie samej jest lepsze, tak na pewno lepsze niż tkwicie w beznadziejnej toksycznej relacji. Nie powiem, że jest mi lekko, bo sama wychowuje córkę, mieszkam nadal z rodzicami i nie zarabiam póki co kokosów ( dopiero zaczęłam pracę ), nie mam za bardzo nawet czasu na jakiekolwiek życie towarzyskie, więc jeszcze prześladuje mnie myśl, że zanim SAMA ruszę do przodu i chociażby wyprowadzę się z domu od rodziców miną wieki.....:-( Nie jest dobre życie z kimś, kto nas rujnuje, ale samemu też nie jest tak lekko...
Spiewaczek, Ty sobie musisz poradzić ze swoją własną samooceną, a nie ładować się w związki z przypadkowymi kolesiami. Czy osoba, która się lubi i szanuje wiązałaby sią z człowiekiem, którego prawie nie zna, w ciemno, a kiedy się okaże, że jest dupkiem, to go tolerowała? Totalnie nie. Takie zachowanie to jest zachowanie desperatki z miałkim poczuciem wartości.
Powinnaś się odnaleźć, dowartościować, a nie latać za portkami.
I jak sytuacja?
Miałam się do "buraka" nie odzywać, ale jeszcze rozmawialiśmy kilka razy. Mieliśmy się zobaczyć w piątek, ale stwierdził, że jest zmęczony. Zaraz po tym, że musimy od siebie odpocząć, a za godzinę dzwonił, żebym wyszła z domu. Nie wyszłam, to wyzwał mnie od szmat. Na tym się zakończyło. Powiedział również, że jestem gorszą kategorią kobiet- bo mam dziecko i żaden facet nie będzie mnie chciał. Od tego momentu skasowałam jego numer w telefonie. Nie odzywa się, ani ja się nie odzywam do niego. Podejrzewam, że mu się znudziłam i kopnął mnie w tyłek, bo już ma kogoś innego. Wiem, że to nie jest wartościowy człowiek i zasługuje na kogoś lepszego, pogodziłam się z tym, że nie nadaje się do życia i miałabym piekło. Pomimo tego, że wiem moja samoocena idzie w dół. Niby znam swoją wartość, niby wiem czego chcę, ale te wszystkie określenia huczą mi w głowie. Gdzieś na dnie mnie to boli i dotyka. A nie powinno. Próbowałam się wyciszyć i przestawić na tryb bycia samej dla siebie, ale łapałam się, że non stop spoglądam na telefon w oczekiwaniu na smsa, lub w okno, czy ktoś, gdzieś nie idzie...Myślami też jestem cały czas tam, gdzie nie powinnam. Troszkę się posypałam znów. Nie sądziłam, że wszystko przyjdzie od ręki i będzie dobrze, ale nie sądziłam też, że znów się rozsypię. Sporo stresów. Do tego wszystkiego doszła jeszcze sprawa w sądzie z ojcem córki mej i to mnie już nerwowo wykończyło. Serio, gdybym była złym człowiekiem to pewnie by mi się należało to i owo od życia przykrego. Wściekła jestem na siebie za to, że jestem do granic możliwości naiwna a przez to głupia.
Jestem tego świadoma a i tak mnie ludziska wykorzystują i kręcą mną jak chcą...
Może warto wierzyć w karme? Karta się odwróci w niespodziewanym momencie.
Sama już nie wiem...