Ja uważam, że lepiej jest być samemu niż w kiepskim związku. Zauważyłam jednak, że wiele osób bez większego doświadczenia bardzo idealizuje relacje, życie w parze. O ile wsród młodych osób to zrozumiałe, tak u osoby po 30-tce czy ok. 40-stki nie bardzo.
Też uważam, że Autorka wątku i Rossanka mają wiele współnego. Pamiętam, że w wątku Rossanki ktoś zarzucił jej, że pomimo tego co pisze sabotuje każdą ewentualną relację. Myślę, że coś w tym jest.
Tu Autorka też pisze, że partner jest jej potrzebny do w sumie przyziemnych rzeczy ale musi być miłość itd. Tylko czym jest ta miłość? Czy można o niej mówić na etapie początków znajomości? Oczywiście są osoby, które dość szybko się zakochują, jak np. ja
ale są też takie, którym te porywy serca są niemal obce. Ja swojego czasu tą wrażliwość czy też uczuciowość uważałam wręcz za przekleństwo. Zakochać się można bardzo szybko, odkochać niestety już nie. Wydaje mi się, że bardziej zrównoważone emocjonalnie osoby - choć to może nie najszcęśliwsze określenie ale wiadomo o co chodzi - mają w życiu znacznie łatwiej.
Dlatego nie demonizowałabym związków z tzw. rozsądku. Wręcz przeciwnie. Szczególnie kiedy się jest odpowiednio starszym.
Myślę, że kluczem czy też podstawowym krokiem do sukcesu jeśli chodzi o relacje powinno być szczere odpowiedzenie sobie na pytanie, jakie cechy ewentualnego partnera są dla nas konieczne, jakie wystarczające, a jakie absolutnie dyskwalifikujące. Stawianie uczucia miłości, zakochania jako rzeczy nadrzędnej jest moim zdaniem ślepą uliczką. Zdecydowanie ważniejsze są cechy charakteru, sposób bycia itd. Jeżeli jesteśmy w stanie je sprecyzować i tego trzymać, to już z górki.
Ja również mając 33-35 lat zrobiłam sobie taki racunek sumienia. Wcześniej kierowałam się głównie sercem i zdawałam na tzw. los, co kończyło się dla mnie źle. Bardziej świadome wybory są znacznie lepsze. Jednak po tych wszystkich porażkach wiedziałam co mi się w 2 osobie podoba, na co mogłabym przymknąć oko, a co kompletnie odpada. Myślę, że jak ktoś nam się podoba fizycznie, fajnie się z tą osobą rozmawia, jest flow, nawet niekoniecznie od razu motylki ale pouczucie, że dobrze nam w czyimś towarzytwie, to już bardzo dużo. Według mnie ta nić porozumienia jest znacznie ważniejsza od wyglądu. Wiadomo, że nie może on być odpychający by było pożądanie ale... wygląd się zmienia, ludzie siwieją, łysieją, czasem tyją czasem chudną itd. Natomiast charakter (zwykle) zostaje. Poza tym jednak łatwiej popracować nad wyglądem niż zmienić charakter. Jeśli ktoś jest mało ogarnięty, inteligencją nie grzeszy czy ma jakieś nałogi, to co mi z tego, że jest przystojny? Podobnie co mi po narcyzie zapatrzonym w siebie, nawet inteligentnym, zaradnym, który nie szanuje innych?
Nie ma ideałów, jednak każdy tym bardziej po 30-tce powinien wiedzieć na co się może godzić, a na co nie. Takie ogólne wymagania czy też oczekiwania jak dzielenie opłat, obowiązków, trosk jest chyba czymś pobocznym, co w sumie można mieć ze strony współokatora czy przyjaciela lub po prostu rodziny.
Najpierw trzeba kogoś poznać i wybrać skupiając na charakterze, też wyglądzie, organizacja życia przyjdzie z czasem. A z doświadczenia powiem, że jesli ktoś był długo sam i/lub nie mieszkał z nikim w dorosłym już życiu, to takie dotarcie się jest nie lada wyzwaniem. I tu znowu wracamy do cech charakteru i tego, że to jest jednak kluczowe. Te całe motyli mają to do siebie, że prędzej czy później zdychają. Jeśli reszta leży, to i tak lipa. Osobiście uważam, że jeśli ludzie się dobiorą na zasadzie, że po prostu dobrze im ze sobą, to są znacznie większe szanse na to, że związek będzie długi i satysfakcjonujący.
Po co komuś fajerwerki, jeśli tak jak Autorka czy Rossanka chciałyby partnerskiego życia we dwoje?
I jeszcze raz powtórzę, z czasem, wiekiem naprawdę każdy ma już swoje przyzwyczajenia, wady, które w codzienym życiu mogą drugiej osobie nie pasować dlatego, jak już wyżej napisałam, ważna jest hierarchia cech i trochę krytyczne spojrzenie też na siebie. Nigdy nie będzie tak, że ktoś nam podpasuje w 100% i my jemu.
Ja po tym okresie 33-35l stałam się pod tym wzlędem nieco bezwzlędna, ale też wcześniej dostałam po d*pie. Np. jak facet z którym się zaczęłam spotykać i mi się podobał (trudno jednak mówić o zakochaniu bo była o nowa znajomość) przyszedł wstawiony i zaczęły się przepychanki, nie było zmiłuj. To już nie jest czas na jego tracenie. Kiedy potem poznałam mojego obecnego partnera (teraz już męża), po chyba drugim spotkaniu chiałam mieć pewność czy na pewno jest po rozwodzie. Miałam gdzieś, że weźmie mnie za jakąś nawiedzoną bo to jest moje życie, uczucia, czas itd. Po prostu jak coś nie pasuje czyli mowa o tej liście dyskwalifikującej, to lepiej mieć jasność jak najszybciej zanim człowiek zaanażuje.
Nie wiem co było powodem, że Autorka ostatniego faceta uznała za desperata, ja żądając dowódów, że facet nie jest żonaty po 2 spotkaniu też mogłam wyjśc na ... Natomiat miałam to gdzieś, bo facet mi się spodobał i z wyglądu i z charakteru.