Witam,
Postaram sie jak najbardziej strescic moja historie. Bylam w zwiazku z partnerem od prawie 11 lat, malzenstwem jestesmy od prawie 4 lat. 2 miesiace temu powiedzialam mezowi o zdradzie i wyprowadzilam sie, obecnie mieszkam z nowym partnerem. Od jakiegos roku cos zaczelo sie dziac pomiedzy mna i moim kolega z pracy, spedzalismy wiecej czasu razem, w koncu sie zakochalismy, staralismy sie zwalczyc to uczucie, na poczatku on nawet probowal mi pomoc naprawic moje malzenstwo ktore nie bylo idealne... Kilka miesiecy temu postanowilismy ze chcemy byc ze soba i ze zostawimy naszych partnerow. On ma zone (od 20 lat zonaty, dwoje dzieci).
Moj zwiazek z mezem byl burzliwy, maz jest bardzo egocentryczny i stawia siebie przede mna i moimi potrzebami w wyniku czego ja zaczelam sie oddalac... Kocham go, z natury jest dobrym czlowiekiem, tylko oddalilismy sie bardzo od siebie. wiem ze on tez mnie kocha, tylko jakos tak nam nie po drodze czasem bylo... Mowilam mu o moich obawach ze jak nas nie uratujemy to sie wszystko rozpadnie ale on chyba myslal ze nie odejde, zagrozilam mu 2 razy ze sie wyprowadze ale nie wzial tego serio. Pewnego dnia odeszlam. Nie wierzyl. Byl w szoku, jak to sie stalo, dlaczego mu nie powiedzialam ze cos sie dzieje zlego, dlaczego nie dalam szansy uratowac nas... Mowilam mu, ale wszystko jak grochem o sciane
Czasem bylo lepiej raz gorzej ale ogolnie bylismy udana para..
Teraz mieszkam z nowym partnerem, jest cudowny, kochany, dba o mnie, jest bardzo dobrym czlowiem, daje mi wszystko to czego moj maz mi nie dawal, kocha mnie, ja kocham jego. Odszedl od zony. Jest wspanialy.
Maz zlozyl pozew o rozwod, czekamy na termin sprawy...
I oto ja zaczynam zastanawiac sie czy naprawde zrobilam wszystko (jak wczesniej myslalam) zeby nas uratowac... pomimo tego ze jestem szczesliwa z nowym partnerem tesknie za mezem i zastanwiam sie czy powinnam juz zapomniec o mezu i pozwolic mu ulozyc sobie zycie czy jednak zawalczyc jeszcze raz...
Wiem, wiem, zaraz uslysze ze nie powinnam byla rozbijac szczesliwego malzwensta z dziecmi, mysle jednak ze gdybysmy sie teraz rozstali to zona by do niego wrocila - a on do niej, chociazby ze wzgledu na dzieci, mysle ze z czasem by sie wszystko ulozylo...
Szkoda mi tego wszystkiego i boje sie ze nigdy sobie nie wybacze jesli nie dam nam jeszcze jednej szansy (oczywiscie pod warunkiem ze on by tez tego chcial).
Prosze pomozcie i poradzcie co myslicie na ten temat. Za 2 dni przypada 4ta rocznica slubu i te mysli nie daja mi zyc...
Pozdrawiam.