Gdybym chciała opowiedzieć swoją historię, nie wiem czy starczyłoby tutaj miejsca, dlatego postaram się ją skrócić w miarę możliwości. Byłam w związku 7 lat. Za 2 tygodnie miał się odbyć nasz ślub, jednak stało się tak, że rozstaliśmy się. Zaczęło się psuć rok temu jesienią. Z racji tego, że studiuję dziennie w innym mieście, a On pracował w naszym rodzinnym, spotykaliśmy się w weekendy. Przez cały ten czas On mieszkał u mnie, z moimi rodzicami. Dlaczego? Bo moi rodzice byli dla niego ważniejsi od jego mamy (miała/ma problem alkoholowy). On zawsze był traktowany przez moją rodzinę jak syn/wnuk/kuzyn itd. Jednak pewne zdarzenia sprawiły,że bardzo zawiódł się na mojej mamie. Od tej pory coś zaczęło się psuć. Nasz kontakt nie był taki, jak zawsze. Sporo było cichych dni, mniej kłótni. Próbowałam znaleźć tego przyczynę, ale nie chciał mówić, co mu jest. W końcu rozstaliśmy się. Wtedy jakby coś w nim pękło. Mówił,że coś niedobrego z nim się dzieje, określał siebie mianem "złego człowieka". Przestał czuć cokolwiek, stał się obojętny. Całą winę zgonił na siebie. Mówił,że już od dłuższego czasu było źle, ale myślał,że sam sobie da radę i nie chciał mi nic powiedzieć aż zaszło za daleko. Próbowałam nakłonić go do wizyty u psychologa, ale nie chciał. Cierpiałam po rozstaniu, ale miałam też w sobie wiarę, że nie wszystko jeszcze skończone. Czasami odzywał się do mnie, pisał i widać było,że szuka kontaktu ale zawsze powtarzał,żebym nie miała nadziei. W końcu napisałam do niego szczerego maila. Opisałam, co czuję, czego się boję i przyznałam,że wiem,co zrobiłam źle. Odpisał,że kiedyś mi wytłumaczy wszystko. Od tego maila zaczęliśmy mieć lepszy kontakt. Pisaliśmy ze sobą, czasami dzwoniliśmy, parę razy widzieliśmy się. ALE. Jestem osobą o niskiej samoocenie i pesymistką. Wiele razy byłam zazdrosna bezpodstawnie, czasami słuchałam "życzliwych doradców". To wszystko złożyło się na to, że zaczęłam go naciskać, pytać co z nami będzie, czy widzi dla nas szanse. Bałam się,że znajdzie sobie kogoś innego lub że tylko tak ze mną się odzywa, a ja sobie robię nadzieje. Na moje pytanie zawsze odpowiadał "może" lub unikał odpowiedzi. Z czasem zaczął się denerwować i dlatego były dni a nawet tygodnie,że to ja starałam się o kontakt, bo on nie chciał, uciekał ode mnie. W lipcu coś ruszyło do przodu - pierwszy pisał, codziennie, żartował. No i oczywiście przez swoją głupotę zmarnowałam tą szansę. Zaczęłam sobie wymyślać, że może kogoś ma, a może tylko tak się chce odzywać. Nie wytrzymał. Powiedział, że pracował nad sobą cały czas, dawał mi sygnały,że robię źle ale nie wyciągałam żadnych wniosków a teraz nie ma sił,aby znów dać mi kolejną szansę, bo jaką ma pewność,że znów się to nie powtórzy? Mówił też, że sam nie wie, co teraz zrobić. I wczoraj napisałam mu od serca, szczerze, dlaczego taka byłam. Uzyskałam odpowiedź, że gdybym wyciągała wnioski w porę to by nie miał teraz do mnie żalu i że nie mogę go kochać, bo teraz jest innym człowiekiem niż go znałam. Nie ma sił i chęci,żeby cokolwiek naprawiać i już nic się nie da naprawić. No i znowu wspomniał,że dawał mi szanse. Przyznał też, że nie umie wprost powiedzieć, gdy coś jest źle, tylko gdy już coś w nim pęka, to wtedy mówi.
I teraz na koniec. Bardzo to przeżywam, cały czas płaczę dlatego,że nie wyobrażam sobie życia bez niego. Zdaję sobie sprawę, że tego związku już się nie da uratować, skoro nie chce mi dać kolejnej szansy, a co ważniejsze, skoro nie chce pracować już nad tym. Mam jeszcze nadzieję,że może kiedyś, coś się zmieni, ale zaczynam patrzeć na to na zimno i widzę, że przecież nie zmuszę nikogo do bycia ze mną. Chciałabym zapytać, co zrobić ze sobą? Jak zacząć pracować nad swoim charakterem? Strasznie męczę się tymi podejrzliwościami i zazdrością...chcę się zmienić nie dla niego, ale przede wszystkim dla siebie samej. Czy ktoś może był w podobnej sytuacji?