Nie wiem nawet, czy powinnam o to pytać...
Czy na emigracji zmienia się ludzlie myślenie? Czy ludzie zarabiający więcej pieniędzy tracą coś innego?
Czuję się taka smutna i samotna... Jestem w Niemczech, moje dzieci są na wakacjach u babci, mąż w pracy...
Co się dzieje z ludźmi wokół mnie? A przede wszystkim: dlaczego my, nie pijący alkoholu, są gorsi?
Kiedy mieszkałam w Polsce też to widziałam. Ale dopiero teraz, gdy ludzi dookoła jest mniej, czuję na własnej skórze, jak bardzo można cierpieć...
My, ja i mąż, nie pijemy alkoholu. Żadnego, nigdy, nawet piwa. Ot, po prostu, bez większej przyczyny. A ludzie śmieją się z nas, uważają nas za wrednych i zarozumiałych, obgadują nas... Czy abstynencja to coś złego w dzisiejszych czasach?...
To prawda, można uznać mnie za taką, co "zadziera nosa", "damulkę", itp. A wiecie dlaczego? Bo na basenie siedzę z boku, nie łączę się z "gromadą". Ale nie będę tego robić! Oni popijają, piwko, dwa, trzy, mała wódeczka, oni czują się radośniejsi, a ja, całkiem trzeźwa, widzę różnicę w ich zachowaniu, kiedy zaczynają rzucać głupimi żarcikami, śmieją się bez sensu, niektórym troszkę trudniej się wysławiać. Oni są szczęśliwi, radośni, a ja siedzę sama. Widzę, że na mnie patrzą, kiedzy popiją nawet nie próbują być dyskretniejsi.
Kiedyś postanowiłam zbliżyć się do nich. Zawołali mnie (próbują czasem to robić), podeszłam, usiadłam, odmówiłam piwa. Zaczęła się durna rozmówka. Panowie rzucali czasem teksty na temat mojej figury (mam super figurę, wiem, że to brzmi jak przechwałka, ale tak jest). Próbowałam zakończyć temat, bo mnie to irytuje. Ale "zwieńczeniem" była rozmowa o moim mężu. Powiedziałam, że jest w pracy, dużo pracuje, lubi to. Pytali, czy mąż też nie pije alkoholu. Odpowiedziałam: "Oczywiście, nie pije, co w tym złego?". W tym momencie jedna z pań zapytała: "A co, wszywkę ma?". Towarzystwo huknęło śmiechem. Kwiczeli z radości. Wcale nie byli pijani, po prostu bawili się po przy drugim czy trzecim piwku, bawili się moim kosztem...
Od tej pory zrezygnowałam z "integracji". Zaznaczam, że mieszkam w małym miasteczku, Nie mam zbyt wielu osób do wyboru, tak się złożyło, że przygniatająca większość Polaków należy do tej radosnej gromady.
Czuję się podle. Chce mi się płakać. Nikt nie chce rozmawiać o literaturze, religii, polityce, itp...
Na basenie już nie podchodzę do Polaków. Opalam się albo bawię się z gromadą dzieciaków w wodzie. Cóż, chociaż dzieci mnie lubią, zresztą co w tym dziwnego, skoro mamusia z tatusiem siedzą przy piwku...
Zastanawiam się, dlaczego tak jest. Czy tak trudno zrozumieć nasze pobudki? Nie dajemy się np. zaprosić na grilla, ale nie dlatego, że nie lubimy się pobawić! Po prostu nie jesteśmy w stanie po trzeźwemu bawić się z towarzystwem, które wypiło już kilka flaszek... Czy ktoś z was przebywał po trzeźwemu z gromadą pijanych? To koszmar!
Powiedzcie mi, gdzie prawda, co robię źle, czy tak musi być? Wiem, że abstynenci często są "na cenzurowanym". Ale my nie jesteśmy AA, nie próbujemy nikogo umoralniać, pouczać, zabraniać czegokolwiek...
Skąd się bierze ta granica?