Postaram się to opisać w jednym wielkim skrócie (choć i tak zabrzmi to jak telenowela...)
Za małolata byłam w pierwszym poważnym związku z A. Byliśmy razem 4 lata. Był to mój pierwszy chłopak, z nim przeżyłam pierwszy raz, wszystko było "pierwsze". Po 4 latach psuło się już solidnie i go zostawiłam dla R. A. bardzo to przeżył i długo się ogarniał po naszym rozstaniu.
W R. zakochałam się do szaleństwa. To była zupełnie inna miłość niż ta do A. Z A. różniliśmy się podejściem do pewnych spraw, poczuciem humoru, brakowało tego "czegoś". Z R. czytaliśmy sobie w myślach, mieliśmy podobne zainteresowania. Jednak R. nie był taki "kochany" jak A., nie okazywał uczucia, zdarzyło mu się kilka razy, że mnie okłamał, ale ja zakochana szybko to wybaczałam. Zaczęłam jednak mimowolnie porównywać go do A.... A., który jest 10 lat młodszy od R. miał zupełnie inne podejście do życia - dojrzalsze, myślał o mnie jako swojej przyszłej żonie, o dzieciach itp. Natomiast R. (36 letni facet) nie myślał ani o założeniu rodziny, ani o jakimkolwiek ogarnięciu się choćby finansowym (liczyły się rozrywki "tymczasowe" typu piwko, wyjście z kumplami, internet).
Zaczęłam więc tęsknić za A.... Za mężczyzną, który by się mną zaopiekował... zaczęłam dostrzegać jak bardzo mnie kochał, jak nieba chciał mi przychylić....
Z R. rozstaliśmy się po 4 latach (pod koniec naszego związku przespał się z inną).
Minęło parę miesięcy... i teraz wróciłam do A. On jest zachwycony (czekał na mnie tyle lat), ja początkowo też czułam jakbym nagle odzyskała życie, rozum i szczęście.
Ostatnio mam gorszy czas (chyba nawrót depresji - leczyłam się) i bardzo dużo rozmyślam... Fizycznie i sercem tęsknię za R. Za jego dotykiem, naszymi żarcikami, po prostu za tym "czymś". Psychicznie i rozumiem jestem z A. Wiem, że on mnie kocha, ja jego też kocham, ale przez to co przeżyłam z R. wiem, że nie będę do niego czuła tego samego. Tęsknię za R., ale nie wyobrażam sobie życia bez A.
Nie chcę żadnego innego. Wiem że zabrzmi to idiotycznie, ale najchętniej złączyła bym ich w jedną osobę.
Wiem, że to wszystko jest poplątane, ja sama zaczynam nienawidzić siebie za to co się dzieje w mojej głowie. Domyślam się, że problem tkwi we mnie, że nie wiem czego chcę, że nie umiem pogodzić się z rozstaniem.
Trochę mi ulżyło jak to napisałam, mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto to przeczytał i jest w stanie cokolwiek mi doradzić.