Zdecydowanie liczy się jakość spędzanego z dzieckiem czasu. Bo co z tego, że mama poświęci go dużo, jeśli będzie zmęczona, poddenerowowana, zniecierpliwiona? W takiej sytuacji lepiej trochę odpuścić, za to kiedy przychodzi właściwa pora, to być rodzicem na 100%.
Przyznaję, że miewałam różne okresy. Kiedy syn był maleńki, to z konieczności przebywałam z dzieckiem bardzo dużo, właściwie niemal 24 godziny na dobę. Wtedy będąc poza domem wyraźnie odpoczywałam i ładowałam akumulatory. Nieważne czy były to zajęcia na studiach, czy wolny weekend, kiedy to (od czasu do czasu) dziadowie sprawowali nad wnuczkiem opiekę. Czułam, że jest mi to potrzebne i nie miałam z tego powodu najmniejszych wyrzutów sumienia. No dobrze, skłamałam
- od czasu do czasu pojawiały się
.
Jak malec był już na tyle duży, że mógł pójść do przedszkola, to z radością go z niego odbierałam, a popołudnia były ,,nasze". Przechodziłam również przez fazę wiecznego zapracowania i przemęczenia - to nie był dobry okres i dziecko bardzo wyraźnie odczuwało brak mojej obecności i uwagi, co objawiało się w zmianach w jego zachowaniu. Na szczęście bardzo szybko to wychwyciłam i wypracowałam taki model, który dobrze funkcjonował, problemy też szybko poszły w niepamięć.
Dziś (syn ma 16 lat) nadal dużo z nim rozmawiam i naprawdę fajnie razem spędzamy czas. Nie jestem i nigdy nie byłam zazdrosna o godziny spędzane z rówieśnikami, nawet kiedy wyjście z nimi wygrywa z moją propozycją. Być może zresztą właśnie dlatego, że my też "łapiemy" ze sobą bardzo dobry kontakt. Inna rzecz, że obserwując znajome mamy coraz wyraźniej widzę, że relacje jakie panują w naszym domu nie są standardowe, ale to już temat na zupełnie inny wątek
.
Moim zdaniem trzeba po prostu złapać równowagę. Jak wszędzie, tak i tutaj, żadna skrajność nie jest dobra.