Parę dni temu temu skończył się mój prawie 3letni związek. Wydawało mi się, że byliśmy fajną i zgraną parą. Dla mnie przeprowadził się 600km do obcego miasta, znalazł pracę, poznał nowych ludzi, szybko się zadomowił. Przez 2,5 roku bywały małe kłótnie, ale zawsze wszystko sobie na bieżąco wyjaśnialiśmy, słuchaliśmy siebie nawzajem. Widziałam, że mu na mnie zależy, ja zawsze go wspierałam. Niespodziewanie na początku maja znalazł dobrą okazję na sezonowy biznes w swoich rodzinnych stronach - byłam tym przerażona, bo ja mam na miejscu studia i pracę; w pierwszej chwili myślałam, że to koniec, ale zapewniał mnie, że nie chce kończyć tego związku, że to tylko parę miesięcy, wszystko zależy od nas, ja będę przyjeżdżać, a on tu przecież wróci. Usłyszałam, że robi to też dla nas. Był tym wszystkim bardzo zaaferowany, w końcu zaraził mnie tym optymizmem i zaczęliśmy planować wszystko razem. Zwolnił się z pracy i pod koniec maja wyjechał z dwójką znajomych rozkręcać interes. Wydawało mi się, że wszystko jest w porządku, rozmawialiśmy codziennie. Ja miewałam różne okresy, miałam ciężką sesję, byłam stęskniona i zmęczona rozłąką, ale starałam się go wspierać. W końcu po 1,5 miesiąca udało mi się wyrwać i pojechałam do nich na 2 tygodnie. Czułam się dziwnie, bo miałam wrażenie, że nie poświęca mi zbyt dużo uwagi, że jest między nami jakiś dystans. Widziałam, że ciężko pracuje, sama robiłam wszystko, żeby pomóc, więc w efekcie mieliśmy mało czasu dla siebie. Bywał nerwowy, czy oschły, ale zachowywał się tak wobec wszystkich, tłumaczyłam to stresem i pracą. Oboje byliśmy zmęczeni, jednak kiedy udało nam się pobyć ze sobą był czuły i zachowywał się normalnie, dlatego po rozmowie z nim zignorowałam swoje obawy. Zostawiłam u niego część rzeczy, żeby nie targać ich dwa razy, poparł ten pomysł, czule się ze mną żegnał. W piątek miałam ponownie wyjechać na 3 tygodnie, jednak on zaczął się dziwnie zachowywać. Nie odbierał telefonów przez dwa dni, a kiedy zadzwonił w środę powiedział mi, że jest mu bardzo przykro, ale to chyba nie ma sensu, on już nie czuje tego samego co kiedyś i nie wie co będzie dalej, nie chce mnie przy sobie trzymać i ranić. Powiedział, że to nie moja wina, że te 3 lata były cudowne, a ja jestem wspaniałą kobietą.
Nie wiem co się stało. Czuje się rozżalona i wykorzystana, bo bardzo go wspierałam, a on w taki sposób przekreślił cały związek. Mam do niego żal, przed jego wyjazdem specjalnie z nim rozmawiałam, czy to widzi, czy to ma sens, nie chciałam przeżywać takiej sytuacji, wałkowałam z nim ten temat, bo wiedziałam, że to jego rodzinne strony i bałam się, że nie wróci. Zresztą ten wyjazd wiązał się z rozmową z szefem o urlopach i odmawiania wszelakich wyjazdów znajomym - dobrze o tym wiedział. Mam pełno jego rzeczy u siebie w piwnicy ? rower, zimowe ubrania, pościel, talerze, wieszaki, bo przecież ?nie wiadomo gdzie się wprowadzę po powrocie?, on ma moje, musi oddać mi pieniądze, nie wiem co dalej.. Całkiem dobrze się trzymam, ale obawiam się, że to cisza przed burzą, wiem, że nadal go kocham.
Próbuję pogodzić się z tym rozstaniem, jednak okropnie boję się tego, co będzie. Bez żadnej rozmowy zniszczył to, co było między nami. Jak zrozumieć jego zachowanie i pogodzić się z decyzją? Wiem, że na pewno mnie kochał, więc czy miłość tak po prostu znika? Jest między nami 10 lat różnicy, byłam pewna, że biorę sobie faceta, który wie czego chce i nie straci 3 cennych lat swojego życia na związek bez przyszłości. Jest mi bardzo ciężko uwierzyć w to wszystko..