Kilka raz w zyciu zdarzyło mi się spotkać na swojej drodze mężczyzn, którzy naprawdę mi pasowali, tacy o których mogłabym bez mrugnięcia okiem powiedzieć "jestem pewna, ze to ten właściwy". Z żadnym nigdy nie byłam. Kilka razy sama to troche 'zblokowałam' swoja nieśmiałością, byłam przestraszona, zachowywałam sie fatalnie, gadałam głupoty, albo żeby nie gadać głupot, to po prostu unikałam. Ale wiele razy nie byłam w ich typie, nie interesowali sie mną. Mam 30 lat i w moim życiu nie byłam z ani jednym mężczyzną, którego faktycznie bym kochała. Nigdy nie byłam z kimś takim, jak opisywałam powyżej, zawsze nic z tego nie wychodziło, mimo że bardzo chiałam, żeby sie udało. Są dziewczyny, którym jest dość obojetne czy są z kimś, czy same - "będzie to będzie, nie bedzie to też fajnie". A ja zawsze marzyłam o byciu z którymś z tych mężczyzn, którzy mi tak odpowiadali. Ostatnio, w ramach zastanawiania się nad własnym życiem - skad takie zrezygnowanie u mnie i dlaczego nic mi się nie chce robić, wszystko wydaje się byc takie bez większego sensu, nie cieszy, a nawet męczy, mimo, ze przecież nic złego mi się nie dzieje - dotarłam w swoich rozważaniach do punktu, ze ja po prostu mam zaniżoną wiarę we własne siły, pewność siebie wykolejoną przez to, ze czuje sie nieatrakcyjna, niekochana przez mężczyzn na których mi zalezy. Zawsze ostatecznie jestem odrzucana albo traktowana obojętnie, w zamian za to przyczepiają sie czasem tacy, którzy kompletnie mi nie pasują i dodatkowo mnie to stresuje, jak zrobic zeby sprawic im jak najmniej przykrości i sie ich pozbyć.. Czuję się, jakbym zasługiwała tylko na to, czego nie chce, a jesli jest coś 'lepszego' w moim wyobrażeniu, to tak jakby cały Wszechświat skupiał się na tym, zeby mi przeszkodzic w osiągnięciu tego. Wczoraj dotarło do mnie, że ja tak naprawdę wcale nie interesuję sie jakos np. rozwijaniem kariery zawodowej, nie mam konkretnych celów tutaj - gdybym była szczęśliwa z mężczyzną i miała świetnych przyjaciół wokół siebie, to tak naprawdę nie było by większej różnicy gdzie bym pracowała, czym sie zajomowała(no z pewnymi granicami oczywiście. Ale tak upraszczajac), mogłabym trochę tu, trochę tam.. Nie mam jakichś ambicji, ze chce byc np panią prawnik, czy mieć jakieś inne wymarzone stanowisko. Lubię próbowac różnych rzeczy, może po prostu jeszcze nie odkryłam tego, w czym naprawdę dobrze bym się czuła. Ale teraz, gdy jestem wciąż sama, gdy próbowałam na różne sposoby, włącznie z niepróbowaniem, zdobyc serca któregoś z moich wymarzonych, i nie wyszło, to jestem jakaś taka zobojętniała. Nic mi się nie che, nic nie cieszy, kontakt z ludźmi męczy często - bo trzeba sie odzywać, reagować... Czuję się taka samotna, do niczego, nie kochana.. Zaczęłam sie zakochiwać dość wcześnie, ale przez tych 25 lat wciaż nie udało mi się ani razu byc z kimś, z kim naprawdę być bym chciała. Chociaż na chwilkę, na miesiac czy dwa. Nie wiem jak to jest być z kimś kogo się prawdziwie kocha, mam tylko wyobrażenia i żal, z którego wylewa się zrezygnowanie i brak wiary we własne siły w pozostałych dziedzinach życia. A bycie z kimś, z kim nie jestem pewna, że chce byc.. to nie ma sensu w moim przypadku.. z tego mogą być co najwyzej problemy... nie umiem tak, nie potrafię..
Wiem, ze to nie tak powinno być, wszyscy mówią, ze najpierw powinno sie samemu stać tą 'pełnią', a dopiero później wchodzic w zwiazki. Ale jak stać sie pełnią, kiedy ja tak bardzo tęksnie za tym własciwym męzczyzną, kiedy tak naprawdę to chyba własnie tego najbardziej w życiu potrzebuje i od zawsze poszukuję? Zawsze tak miałam i nie wyobrażam sobie, jak można by inaczej, jak mogłoby wygladać inne moje szczęśliwe życie, bez tego.. Nawet nigdy się nie całowałam z kimś takim.
Co o tym wszystkim i mnie myślisz? Co mogę zrobić, by było lepiej? Z góry dziękuję za dobre słowo.