Cześć. Mam chłopaka na odległość. Bardzo mnie kocha i zabiega o mnie, aż do znudzenia. Na początku naprawdę byłam zakochana i wierzyłam, że wszelkie przeciwności losu (nie możemy razem zamieszkać póki co) da się przezwyciężyć. No, jak nastolatka (a zbliżam się do 40).
Po półtora roku zaczyna mnie ta cała sytuacja nużyć. Facet mnie drażni, ale jest taki dobry, chwali się mną, interesuje wszystkim, co robię. Sam nie ma pasji. Poza pracą i zajmowaniem się domem nie robi nic. Jesteśmy chyba z innych bajek, bo ja muszę mieć o czym rozmawiać, a tu tylko tematy o zakupach w spożywczym i co było na obiad.
W dodatku teraz jedziemy razem na wesele do mojej rodziny. On się strasznie tym przejmuje, cieszy się, że wszystkich pozna, więc nie mam serca mu teraz wyjeżdżać z rozstaniem. Jest jak jest. On jest kochany, dobry człowiek, ale raczej nie dla mnie.
No i bach. Zauroczyłam się kimś innym, z kim jest o czym rozmawiać, kto ma pasję. Może to chodzi o to, że to jest ktoś zupełnie nowy? Może ja niedojrzała jestem i nie wytrzymuję za długo przy jednym mężczyźnie?
Ciągle myślę o tym nowym. Pomaga mi w pracy, więc raz spotkaliśmy się na mieście. I wtedy we mnie "strzeliło", bo był taki, hmm, intrygujący. Chyba jakaś chemia. Zapytałam go potem w mailu, czy mówił serio, czy żartował (sprawdzał mój obcy język, w którym powiedział, że mnie kocha). Odpowiedział, że "za mężatki się nie łapie". Nie wiem skąd taki wniosek, ale odpisałam, że pewnie nigdy odpowiedzi na pytanie nie uzyskam, po czym on zaproponował spotkanie w celu wyjaśnienia sytuacji.
Teraz mam pietra, bo boję się kompromitacji. Jednak, z drugiej strony, jak nie porozmawiam, to się nie dowiem, co jest grane.
No i mam dylemat, bo chcę być fair w stosunku do mojego chłopaka. Ale czuję, że i tak nie jestem fair przez samo myślenie o tamtym.
Czy ja nie za dużo myślę? Tak naprawdę chodzi mi po głowie jedna myśl, żeby spotkać się z "nowym".