Dziś mniej redaktorsko, bardziej osobiście
Córka, sztuk raz
, egzemplarz baaardzo towarzyski i ufny. Takie cygańskie dziecko, pójdzie z każdym, można je zostawić komuś, kogo nigdy nie widziała, na dowolnie długi czas - dla niej to świetna zabawa i przygoda. Wakacje bez rodziców to dla niej nie problem, nie płacze, nie tęskni, zachowuje się jak dorosła - dzwoni i relacjonuje, że jest super. Kiedy byłam w szpitalu (miesiąc!), to 20-miesięczny bobas zapewniał mnie (!), żebym niczym się nie martwiła, ona o wszystko dba i opiekuje się tatusiem.
No i fajnie, cieszę się, jestem z niej dumna, że jest taka samodzielna i zaradna, fajnie, że można ją zostawić z opiekunką i porobić coś w gronie dorosłych, ale... boję się.
Co zrobić i jak, żeby jej ta ufność i śmiałość kiedyś nie zaszkodziła? Kiedy i jak zacząć tłumaczyć, że nie wszyscy są dobrzy i pan, który chce jej pokazać pieski, wcale nie ma miłych zamiarów? Jak to zrobić, żeby nie przegiąć w drugą stronę i nie zrobić z dziecka zalęknionego dzikusa? Jakich słów używać, żeby dobrze oddać skalę niebezpieczeństwa, ale nie przerazić?