Kobitki...
piszę bo nie wiem czy jest się czy martwić czy może ja sobie coś ubzdurałam.
Postaram się w skrócie opisać całą sytuację. Z moim facetem jestem od 3 lat, 2 m-ce temu zaręczyliśmy się i planujemy ślub w przyszłym roku. Przedtem mój narzeczony był prawie 8 lat w związku, ale z tego co wiem coś się wypaliło i oboje (on i jego ówczesna dziewczyna) doszli do wniosku że nie ma sensu tego ciągnąć. On sobie zrobił przerwę, dopiero po roku od tamtego rozstania związał się ze mną, ona natomiast szybko zakręciła się koło innego faceta (ale znała go sporo wcześniej) i po roku wyszła za niego za mąż. Po ślubie okazało się że ten facet jest chorobliwe zazdrosny, ma jakieś problemy psychiczne (chociaż nie wiem, może widziały gały co brały), urodziło im się dziecko, obecnie na porządku dziennym są kłótnie, szarpanie i wyzwiska. Wiem to wszystko ponieważ ta kobieta wciąż kontaktuje się z moim narzeczonym (niestety mieszka baaaardzo blisko niego), pisze do niego smsy, czasem dzwoni (jak mąż nie widzi). Jej małżeństwo wisi na włosku, podobny papiery w sądzie mają byc lada dzień złożone... Mój narzeczony nie ukrywa tego przede mną. Coś go to ruszyło. Pytanie tylko jak bardzo...w końcu tyle lat byli razem, kiedyś była dla niego najważniejszą kobieta na świecie. Wiem że chciałby jej jakoś pomóc. OK, kobieta ma faktycznie problem. Ale ja zaczynam się obawiać czy nie będzie chciała zabrać mi mojego szczęścia, bo z wielu smsów które widziałam (bo mi mój facet pokazał) wynika że bardzo żałuje tego co straciła...
Nasz związek póki co kwitnie. Kłócimy się czasem o pierdołki, po godzinie się godzimy. Uchodzimy za szczęśliwą parę i ja tez tak uważam. Zaufanie do mojego faceta mam (parę kłamstewek mu się zdążyło ale to drobnostki były szybko wybaczone), on tez mi ufa.
Ale tak siedzę, myślę, analizuję...i nie podoba mi się to wszystko. Jak myślicie jest się czym martwić? A może szukam dziury w całym...