Witam serdecznie forumowiczów.
Wiem, że tego typu tematy były poruszane już miliony razy ale poczułem wielką potrzebę by samemu napisać o swojej sytuacji, gdyż mam spory dylemat i nie wiem co w tej sprawie zrobić.
"Dziewczyny kumpla się nie rusza" - jest to ponoć podstawa KODEKSU MĘŻCZYZN i zgadam się z tym, dziewczyny kolegi się nie tyka, ze względu na szacunek do niego. Jednak czy jest to zawsze niepodważalna reguła?
Sprawa wygląda tak: widuję się z kolegą od jakiś 2 lat, dojeżdżamy razem komunikacją miejską. Ogólnie, człowiek w porządku. Zawsze było o czym z nim rozmawiać i z czego się pośmiać, lecz raczej nigdzie nie wychodziliśmy choćby na piwo, bo rzadko mu się cokolwiek chciało. Gościu nie jest zbyt towarzyski i w porządku, lecz czasem sprawia wrażenie jakby miał wyrąbane na cały świat.
Od prawie roku dojeżdżam również z jego dziewczyną i muszę przyznać, że nigdy jeszcze nie widziałem takiej pary... ok, oboje przychodzili zawsze razem, całowali się na powitanie i oświadczali, że są ze sobą ale w towarzystwie zupełnie się do siebie nie odzywali - ona lekko nieśmiała i smutna patrzyła w ziemię, a ten stał sobie i rozmawiał w innej grupce, ze mną lub w ogóle się nie odzywał, kompletnie olewając ją. Nigdy nie chodzili razem na imprezy, nie było u nich wcale namiętności, byli tylko razem bo ponoć dziewczyna bała się samotności. Jak na nich patrzyłem to stwierdziłem, że już lepiej mi się rozmawia z byle koleżankami z otoczenia niż jemu z jego własną dziewczyną?
Tak czy inaczej, byli ze sobą dwa lata, przez ostatni rok oboje się wypalili i od jakiś 3 miesięcy zerwali ze sobą na dobre. Gdy już wcześniej zrywali, raz udało mi się ich pogodzić i przemówić do rozsądku (ze względu na prośbę kumpla).
Natomiast jakie były moje relacje z jego dziewczyną? Na początku traktowała mnie jako bardzo ciekawą, towarzyską i popularną osobę. Czuła się gorsza w moim cieniu, sądziła, że mogę mieć jakąkolwiek pannę, którą bym chciał (dla mnie to była niedorzeczność ale ponoć takie sprawiałem pozory dla niej). Natomiast ja, jako dość otwarta osoba, chciałem się zwyczajnie zakolegować i często z nią rozmawiałem, próbując przełamać jej lekką nieśmiałość oraz pomagałem jej zaadaptować się do nowego środowiska. Najpierw rozmawialiśmy na tematy czysto szkolne, gdyż miała w tym interes dowiedzieć się co ją będzie w życiu czekać. Z czasem okazało się, że mamy bardzo zbliżone poczucie humoru i wspólne zainteresowania. Zawsze, gdy się spotykaliśmy było wesoło, jednak ja dalej traktowałem ją jako koleżankę i gdy już się lekko zbliżałem wzbudzając jej zaufanie to tylko na rzecz kumpla, który prosił żebym dowiedział się np. dlaczego jest obrażona.
Było potem kilka sytuacji kiedy spotykaliśmy się w trójkę, żeby potrenować razem jakiś sport rekreacyjnie. Jednak tutaj też lepiej dogadywała się ze mną niż z chłopakiem. Kolega nigdy mnie nie posądzał, że mu ją odbijam lub zachowuję się nie w porządku, tylko raz mi zwrócił uwagę, żeby nie przesadzać z rozmowami z nią, ?bo nie warto?.
Ów para jednak teraz się rozeszła na dobre i jak gadałem z kolegą to już w ogóle mu na niej nie zależy. Cieszy się, że już się "wyleczył" z tego (jak twierdził). Przestali się już spotykać i odzywać do siebie. Po dwóch tygodniach kryzysu, dziewczyna zaczęła się bardziej udzielać towarzysko, częściej widziałem ją śmiejącą się, niektórzy moi znajomi twierdzili, że wreszcie uwolniła się z tego toksycznego związku. Ja dalej miałem z nią dobry kontakt i zawsze cieszyła się na mój widok, bo się zwyczajnie lubiliśmy, i mimo, że dalej uważa mnie za starszego i bardziej doświadczonego życiem znajomego(co jest śmieszne bo jestem starszy tylko o 2 lata
) to sama próbowała się do mnie zbliżać, lecz ja odrzucałem sytuacje gdy dochodziło do bliższego kontaktu - ze względu na kolegę (bo mogli do siebie wrócić w każdej chwili).
Muszę przyznać, że ona bardzo mi się podoba, w trudnych sytuacjach w jakimś stopniu zawsze mogliśmy liczyć na siebie, mamy wiele wspólnych hobby i podobne pasje muzyczne, a ja zawsze marzyłem o dziewczynie, z którą mógłbym coś wspólnie stworzyć - mam na myśli sztukę
. W zupełności nie rozumiem jej trochę niskiej samooceny, gdyż jest to naprawdę fajna laska. Jest to też jedna z takich dziewczyn, z którą zawsze można o czymś rozmawiać, wiecie ? zero niezręcznej ciszy
.
Lecz w życiu nauczyłem się hamować swoje emocje, gdyż zauroczenie potrafiło nie raz wiele rzeczy spie*dolić.
Nie chcę tu rozważać kwestii czy mam u niej szanse, czy widzi mnie jako przyjaciela itp. bo z mojego skróconego opisu nic tu nie wynika, a z obserwacji i jej zachowania widzę, że tylko ja mam blokadę
Moim dylematem tylko jak to wyglądałoby z punkt moralnego?
Pytanie do was: czy na prawdę będę wulgaryzm jeśli zrobię w końcu ten pierwszy krok, łamiąc pierwszą zasadę męskiej solidarności? Wiele osób traktują ją jako świętość! Rozumiem, że kolega nie przebywa często w towarzystwie dziewczyn, więc trochę ciężko mu będzie znaleźć sobie kogoś, ale twierdził, że z nimi już i tak dawno koniec(chociaż niezbyt przekonująco to mówił). Zresztą mam się tym zbytnio przejmować, gdy światem tak silnie rządzą prawa dżungli? Ja będę wierny zasadom, a jakiś inny typek sprzątnie ją sprzed nosa. Pewnie, że się nie załamię gdy nic z tego nie będzie, ale nie chciałbym zmarnować szansy jaką być może daje mi życie. Pozdrawiam was wszystkich i proszę o szczerą krytykę, Tomek ![]()
(Starałem się opisać sytuację w miarę luźnym i zrozumiałym językiem, nie jestem dobry w pisaniu referatów ;])