Witam dziewczyny.
Na początku mój chłopak był we mnie szaleńczo zakochany. Czasami smsy co minutę, ciągły kontakt i zasypywanie czułościami, a w dodatku zazdrość i chęc spędzenia każdej minuty razem były po prostu męczące i dla mnie nienormalne. Nasz związek był burzliwy od zawsze, często się kłóciliśmy. Ja podchodziłam do tego z większym dystansem, a czasami czułam wręcz przesyt. Ale zakochałam się, czułam przy nim coś niesamowitego. Z czasem jednak wszystko się uspokoiło, jednak widziałam, jak jemu zależy, jak o mnie zabiega mimo, iż w wielu sprawach się różniliśmy. Po mniej więcej roku zaczęło się między nami psuć, on zaczął pisać z jakąś dawną znajomą, nie zwracał uwagi na to, że coś jest nie tak, na moje łzy, prośby, tłumaczenia, wielogodzinne monologi i próby podjęcia rozmowy, walki o nas. Odszedł z byle powodów, tak naprawde kompletnie nielogicznych. Później jakiś czas spotykaliśmy się pod hasłem "kocham cię ale nie potrafię z tobą być", aż w końcu ostatecznie zerwał kontakt. W tym czasie poznałam kilku nowych mężczyzn, z jednym umawiałam się można powiedzieć poważniej. On natomiast poznał dziewczynę, po paru tygodniach chciał z nią być, ale z tego, co mowili mi wspólni znajomi, ona go nie chciała i nagle przypomniał sobie o mnie. Ja zdążyłam uspokoić w sobie emocje, ścisnąć ból, który odczułam po roztstaniu. I nagle pojawił się on. Z przeprosinami, kwiatami. Nachodził mnie, pisał, dzwonił, przepraszał, mówił wszystkim, jakim był durniem, jak mógł mnie tak skrzywdzić. Powiedział, że z tamta dziewczyną dość dobrze się dogadywał, ale że to nie było to, że w trakcie zrozumiał, że to ja jestem ta jedyną i że postanawia wrócić (wersja rózna od tej, którą rzekomo prezentuje ona). Do mnie wszystko wróciło, wszystkie piękne chwile i uczucia. Postawiłam wszystko na jedną karte i postanowiłam wrócić. I minęło pół roku i znów wszystko się wali. On już nie leci do mnie jak na skrzydełkach, nie stara się, nie zaskakuje mnie, nie jest tak czuły jak wtedy... Mówi że tak to po prostu jest, gdy jest się z kimś tak długo. Nie dogadujemy się już w żadnej sprawie, on ciągle tylko kombinuje jak tu zarobić forse, a nas, naszego związku jakby nie bierze w ogóle pod uwagę. Pomyslałam, że może ja powinnam teraz pokazać mu bardziej i wyraźniej, jak mi zależy i rzeczywiście przez jakiś czas zabiegałam o niego tak jak stereotypowo mężczyzna powinien o kobietę. Było w miarę dobrze przez kilka dni, lecz później nie wytrzymałam jego bierności i pekłam. Dziewczyny pomóżcie mi zrozumieć siebie samą. Mogłabym tak go zlewac i zapominac o nim w nieksończonosc a on po czasie by wracał z tabliczką "zrozumiałem". Ale ejsteśmy już długo razem, chyba nie czas na takie gierki. Moim zdaniem powinniśmy cały czas równo dbać o związek i okazywać sobie miłość ciesząc się ze szczęścia drugiej osoby. Ja jestem szczęsliwa, gdy robię coś dla niego, ale jednoczesnie uważam, że zasługuję, jak każdy człowiek na troszkę więcej niż minimum. Średnio co drugi dzien jest mi z jakiegoś powodu przykro, przypominam sobie rozstanie i jak strasznie się czułam. Są łzy, poczucie winy, wyrzuty sumienia. Nie jestem szczęśliwa u jego boku, ale z drugiej strony bardzo go kocham i nie potrafię się odciąć, odejść i zacząć wsyztskiego od nowa.... Jak mam na to wszystko wpłynąc....
Podobne tematy
w każdym związku zdarzają się kłótnie, spięcia, przykrości, nieporozumienia
cały widz polega na tym, że mają prawo jedynie ZDARZAĆ SIĘ, a nie być na porządku dziennym...
związek powinien uszczęśliwiać, a Ty piszesz "średnio co drugi dzien jest mi z jakiegoś powodu przykro", "nie jestem szczęśliwa u jego boku"
zamiast męczyć się całe życie lepiej się chwilę pomęczyć rozstaniem ![]()
i tak, domyślam się, jest Ci trudno się odciąć, byliście dość długo ze sobą, więc rozstanie byłoby diametralną zmianą, cierpiałabyś
każda rzecz, każda chwila przypominałaby Ci o nim.
siedziałabyś w domu, oglądała po nocach seriale i zalewała się łzami przy komediach romantycznych
z kubeczkiem/wiadrem lodów oczywiście.
robiłabyś wszystko, żeby o nim nie myśleć.
zaczęłabyś chodzić na jakiś fitness, żeby się czymś zająć. albo po prostu biegała korzystając z pogody ![]()
rozwijała swoje zainteresowania albo i wkręciła się w nowe hobby...
poszła z koleżankami na kawę, na drinka, potańczyć?
zaczęłabyś żyć własnym życiem i cieszyłabyś się, że przetrwałaś, że miało być tak trudno, ale tak o - jesteś tutaj, nie masz najmniejszych problemów, nikt Ci nie zabrania wyjść, nie żałujesz podjętej decyzji - ba! jesteś dumna z siebie, że wiedząc co Cię czeka potrafiłaś definitywnie zakończyć swój związek
NIE BRZMI TAK STRASZNIE, CO? jasne, na początku będzie trudno... ale z każdym dniem będziesz się utwierdzać, że ta decyzja była słuszna.
młodziutka jesteś, kupa życia przed Tobą
i to najlepsze lata! nie tkwij w związku, w którym średnio co drugi dzień jest Ci przykro. nie tak wygląda szczęśliwy związek ![]()
Żaden związek nie jest idealny , ale musisz się zastanowić czy dasz rade przeżyć życie z kimś kto cie rani. Twój facet próbował związać się z kimś innym , zamiast być z tobą i naprawiać to co jest między wami, więc czy z jego strony to jest miłość czy tylko strach przed samotnością? Bo wygląda, że strach - nie ułożyło mu się z inną i nagle zrozumiał jak bardzo cie kocha... Zdarza się , że dopiero po rozstaniu widzimy co straciliśmy, ale z tego co piszesz po prostu nie ułożyło mu się z inną, a w waszym związku dalej nic się nie zmieniło.
Musisz sama podjąć decyzję. Jeśli postanowisz odejść, konsekwentnie się tego trzymaj, na początku będziesz żałowała, rozmyślała co zrobiłaś źle, a czego nie zrobiłaś, że powinnaś dać mu znowu szansę i będziesz chciała wrócić. A z czasem będzie coraz lepiej.
Już raz zaczynałaś wszystko od nowa, dałaś radę żyć bez niego, tylko on sobie o tobie przypomniał. Teraz też dasz radę, tylko pamiętaj, żeby być konsekwentną.
Jakby Cię kochał, to by Cię tak nie traktował. Może po prostu nie chce być sam?
To całkiem możliwe. Najbardziej boli mnie to, że gdy ostatecznie odszedł to ja zacisnęłam zęby, przyrzekłam sobie, że więcej nikt mi takiego piekła nie zbuduje. Zaczęłam spotykac się ze znajomymi, poznałam nowych ludzi, kochałam go, ale ten ból i zawód stopniowo ugasały. Pojawił się facet, który o mnie zabiegał, bardzo się starał. Ale znów pojawił się były. Na początku był ugodowy, wspaniałomyślny, miał wielkie plany, serwował mi cudne obietnice, w które ja wierzyłam. Po czasie jednak znów wszystko straciło na wadze. Jestem osobą bardzo wybuchową i nigdy nie trzymam w sobie pretensji, zawsze mówię otwarcie w oczy, co mi nie odpowiada, czego oczekuję i naprawdę liczę na równe zaangażowanie drugiej osoby... Jest mi ciężko przystosować się pod jego humorki. Przez 4-5 miesięcy jest cudowny, chce ze mną spedzać każdą wolną chwilkę, a później, gdy już mnie "ma" odpuszcza bo tak trzeba. To samo robi w zwykłych codziennych sprawach. Dziś coś jest dobre, jutro już tego nie lubi. Dziś ma plan na coś, jutro (dosłownie) kompletnie się zmienia. Nie dotrzymuje obietnic, spóźnia się po kilka godzin i jeszcze ma pretensje, że robię mu wurzuty. Moja przyjaciółka twierdzi, że to tylko dlatego, że daję mu poczuć w 100% moje zaangażowanie, dlatego jemu się nudzę. Daję mu odczuć, że wsyztskie swoje decyzje i plany uzależniam od niego bez względu na to, że on robi wręcz odwrotnie. Chciałabym z nim być, kocham go, ale zupełnie nie wiem, jak wpłynąć na tego "typowego faceta" .... znów jestem w rozsypce, nie myslałam, że drugi raz mnie to spotka i drugi raz z nim...
To tym bardziej uciekaj od niego, znajdź sobie innego, lepszego ![]()
podobno nie wchodzi się 2 razy do tej samej rzeki....
pogodziłaś się z tą sytuacją i nie idź w tą samą stronę co kiedyś, bo znów będziesz cierpieć z jego powodu
gdy znów chcę się w związku coś "odnowic" to zazwyczaj lata ogrzewanej zupy, z której i tak nic nie wynika ...
na Twoim miejscu olałabym go
ale to Ty musisz podjąć decyzję
pozdrawiam
Podobno się nie wchodzi drugi raz do tej samej rzeki. Jestem jednak zdania, że związek po rozstaniu mógłby funkcjonować. Ale myślę, że tylko wtedy, gdy aspekty, które doprowadziły do jego rozpadu zostałyby usunięte. U nas naprawdę kulała komunikacja. Kiedy mieliśmy porozmawiać o czymś poważnym on mnie zbywał albo bagatelizował, ucinał wręcz. To budziło we mnie ogromną frustrację, która dzień za dniem narastała, zbierały mi się kolejne "ale" których on nie chciał respektować i w końcu wybuchała ogromna awantura płacz itd. Cały spokój burzyły jego kolejne wymysły dotyczące wszystkiego, które tak naprawdę były totalnie absttrakcyjne i dotyczyły rozbieżnych kwestii. Ja myślałam o nas przyszłościowo, traktowalam nas poważnie. On nie dość, że spalił na panewce nasze WSPÓLNE wizje na życie, to jeszcze uważał, że to nic takiego i dokładał myśląc tylko o sobie i swoich korzyściach. Dziewczyny... wiem, że go nie zmienię, ale podejrzewam też, że to skończy się identycznie jak za pierwszym razem. Dziś mija 3 dzien od naszej ostatniej kłótni, gdzie powiedziałam, że mam dość i nie chcę go widzieć. Próbowałam skontaktować się z nim telefonicznie, ale tym razem on mnie ignoruje. Naprawdę czuję deja vu. Nie wiem już, czy powinnam czekać i nie odzywać się pierwsza czy błagać go o rozmowe... Jeszcze 3 dni temu się przytulaliśmy i mówiliśmy jak się kochamy, ale chyba w jego przeświadczeniu ciche dni=koniec związku...
Daj mu poczuć, że jesteś dla niego trochę niedostępna. Daj mu poczuć, że Ty też możesz odejść od niego. To trudne, ale - tak jak pisałaś wcześniej słowa przyjaciółki - on Cię nie traktuje poważnie, bo widzi jaka jesteś mu oddana, więc myśli, że wszystko mu wolno. Może się przestraszy i wróci, ale nie wiem czy warto skoro tak Cię traktował... Może jeszcze nie dojrzał do związku, jeśli nie potrafi z Tobą rozmawiać. W każdym razie spróbuj zachować dystans.