Nasza historia jest (a raczej była) niczym bajka, było szczęście wielkie. Z czasem zaczęło się psuć, mimo, że los sprawiał, że mieliśmy dużo możliwości na tworzenie lepszego związku, to jakoś nie do końca z tego korzystaliśmy. Była miłość, były cudowne chwile, fajnie spędzany czas, ale często też były kłótnie. On jest trudny i uparty, jest dobrym człowiekiem, był dla mnie dobry i pomocny, jednak ja nie zawsze to doceniałam, unosiłam się. Jestem porywcza, impulsywna i jak się wkurzam to nie jestem sobą (gadam milion przykrych słów i jestem upierdliwa). Nie radziłam sobie też z zazdrością (swoją drogą - nie powinien sprawiać sytuacji, w których jestem niespokojna; jednak zrobił tak raz dawno i zrozumiał swój błąd, a ja tylko jak natknęłam się na tą dziewczynę to mu to wypominałam i byłam wściekła jakby zrobił mi coś przed chwilą).
Miał problemy, przez to się oddalał, jego błąd, że tłumił to w sobie - był dziwny i nie wiedziałam dlaczego, więc się denerwowałam i nie byłam aż tak wyrozumiała jak powinnam. W kłótniach prosił bym nie była taka chamska, bo kiedyś nie wytrzyma. Ja oczywiście nie zawsze umiałam się powstrzymać.
Zrobiłam awanturę, miałam prawo się wkurzyć, ale nie aż tak. Mogłam przeczekać i na drugi dzień powiedzieć, że nie podoba mi się to, co zrobił. Ale ja wolałam nabluzgać. Widziała to jego siostra, chyba ta dziewczyna, o którą jestem zazdrosna też. Jest mi bardzo wstyd.
Zostawił mnie. Kocha, cierpi, ale mnie zostawił. Nie tak jak zawsze, nie dzwonił za 2 dni. Zabrał swoje rzeczy, przywiózł moje, usunął zdjęcia z facebooka i związek (ja wiem, że to żałosne, ale od 2 lat widnieliśmy, że w związku, mimo kłótni, a teraz publicznie pokazał światu, że z nami koniec, że nie ma żartów).
On ma wiele problemów. Nie do końca mu pomagałam, chociaż chciałam być dobra. Nie będę opisywać co do niego czuję, bo to jest ogromne. Zrozumiałam wszystko i znienawidziłam siebie. Minął tydzień, ja nie mogę dojść do siebie. Staram się nie być sama, idę do pracy, po pracy ciągle coś robię, ale jak mam chwilę samotności (jak teraz) to płaczę. Płaczę, bo wiem, że zepsułam wszystko. Miał co do nas wielkie plany, często o tym mówił. A ja go do siebie zraziłam. On wie, że cierpię, że żałuję i że mi wstyd. On wie, że kocham. Dzwoniłam do niego. On to wie. On kocha, ale nie chce cierpieć. A ze mną cierpiał. Powiedziałam, że zrozumiałam, że chcę mu pomagać. On, że doszło kilka problemów i nie jest teraz w stanie decydować o czymkolwiek. Jutro mamy się spotkać, liczę, że to coś zmieni na lepsze, ale boję się też, że powie, że to naprawdę koniec.
Co ja mam zrobić, by on przestał się upierać i pozwolił nam być ze sobą na nowo. Nawet nie chodzi mi o całkowitą naprawę związku teraz, kiedy nie ma do tego głowy. Pragnę, by po prostu dopuścił mnie do siebie i pozwolił mi być jego przyjaciółką... Dodam, że w międzyczasie spotyka się w grupie z dziewczyną, o którą było wiele kłótni. O którą jestem bardzo zazdrosna. Nie do końca mam ku temu powody, ale on to wie. Zadzwoniłam do niego i powiedziałam, że nie musi tego robić na pokaz (na facebooku), bo mnie to boli, że to jest dziecinne. Nie chcę już mu zabraniać nic, ale on mnie zna nie od dziś, przyjaźniliśmy się, wie, jak mnie to boli, a mimo to pozwala sobie na te komentarze do niej... Ma 25 lat, a teraz widzę w nim dzieciaka, nigdy taki nie był, by tak nieczysto grać. Chce mi dopiec? Kobiecie, z którą był kilka lat, którą zna jeszcze dłużej, która jest mu bliska, z którą dzielił smutki i radości...
Dziewczyny, jak się pozbierać, jak żyć skoro tak tęsknię, brakuje mi go, widzę go wszędzie i czasem jadąc autobusem mam łzy w oczach... Zawaliłam, ale czy to da się zmienić? Skoro mnie kochał to nie może przestać z dnia na dzień...