Nie wiem już jak sobie poradzić, jestem zbyt nieśmiała żeby podzielić się całym tym zamieszaniem z kimś znajomym, więc pomyślałam, że może tutaj znajdzie się ktoś, kto zechce przeczytać ten wywód i może jakoś wspomóc - jak nie radą, to dobrym słowem.
Może na początku zaznaczę, że od gimnazjum w zasadzie cały czas miałam chłopaka i zawsze to ja decydowałam, kiedy pora na koniec związku. A moje "miłostki" nie liczyły się w miesiącach, a latach. I tak rozstałam się tej zimy z chłopakiem, po kilku latach, między innymi dlatego, że...
...chyba się zakochałam. I to zakochałam w taki sposób, że pierwsze co ciśnie się na usta to "to będzie mój mąż".
Poznaliśmy się na początku roku akademickiego i choć zwróciłam na niego uwagę już przy pierwszej okazji, to całe moje wrażenie oparło się na tym, że był dość przystojny (w moim przynajmniej mniemaniu) i że był jednym z dwóch chłopaków, którzy zdecydowali się na działalność w tym kole naukowym co ja, którego charakter ? nie czarujmy ? mógł przyciągnąć tylko prawdziwych pasjonatów przedmiotu.
Jesteśmy razem na roku, ale tak jakoś się złożyło, że na żadne ćwiczenia razem nie uczęszczaliśmy, a na wykładach ciężko się w ogóle zobaczyć ? w końcu jest nas ponad 300 osób na roku. Dostrzegłam go dopiero w tym roku i z czasem kiedy budził moje coraz większe zainteresowanie zaczęłam zastanawiać się, dlaczego nie zwrócił mojej uwagi wcześniej ? okazało się, że jest rok starszy i zmienił kierunek (dłuższa historia).
Przyznam, że niesamowicie imponuje mi ogromną wiedzą i zainteresowaniami ? sam fakt, że z zajęć ?do wyboru? zawsze wybiera te związane z historią i religią? Jest to dla mnie pociągający, a w ?surowej? kalkulacji wychodzi mi z niego dobry, inteligentny i ciekawy mężczyzna?
Jestem osobą strasznie nieśmiałą i bardzo surowo oceniającą swój wygląd i możliwości zainteresowania swoją osobą. Nie potrafię prowadzić rozmowy, brakuje mi tematów i pomysłów na ciekawą konwersację. Wśród bliskich znajomych musi minąć przynajmniej rok(!) żebym czuła się całkowicie swobodnie. A tutaj w dodatku pojawia się chłopak, który mi się podoba ? co zrobić żeby rozwinąć tą znajomość? Przyznaję, że miałam nadzieję, że on sam spróbuje, że może to on się postara a ja jak zwykle będę musiała tylko odpowiadać na próby ze strony chłopaka i bądź delikatnie go zachęcać bądź też dać do zrozumienia, że nie jestem zainteresowana (a jestem ? jak bardzo!).
Były dni, że myślałam, że wszystko jest na dobrej drodze. W drugim semestrze okazało się, że uczęszczamy na ten sam wykład do wyboru. Ja zawsze byłam na wydziale wcześniej. To od niego zależało, czy usiądzie koło mnie. Ale przez pierwsze tygodnie omijał mnie, co było dla mnie dość przykre. Z drugiej strony ? mieliśmy wcześniej tylko raz okazję na rozmowę w cztery oczy, która ja w dodatku dość niegrzecznie skończyłam, sama nie wiem dlaczego, ale wstyd mi do dziś.
Sprawy ruszyły się trochę, kiedy w końcu? wysłał mi zaproszenie do znajomych na fb (WIEM, TO GŁUPIE). W następny piątek usiadł koło mnie. I w następny również? i tak praktycznie do końca semestru. Z moich znajomych nikt więcej na te zajęcia nie chodził, od niego jeszcze jedna koleżanka (kiedy się o tym dowiedziałam byłam jeszcze bardziej szczęśliwa, że siada ze mną a nie z nią).
Rozmowy kleiły się średnio. W zasadzie to ja wypytywałam go o to jak znalazł się z nami na roku i tak dalej. Czasem mówiłam coś o sobie, ale czułam wtedy , że się narzucam. Nie umiałam i nie umiem go rozgryźć. Może moja nieumiejętność zainteresowania go i wciągnięcia w rozmowę wynika z tego, że mam ogromny podziw dla jego wiedzy i zainteresowań, które - choć mamy podobne - to on wie na te tematy zdecydowanie więcej ode mnie? i boję się rozmawiać żeby się nie wygłupić.
Czasami rozmawiając w grupie znajomych pojawiają się z mojej czy jego strony pewne komentarze, które w zasadzie jesteśmy w stanie zrozumieć tylko my, bo nawiązują do rzeczy którymi tylko my się interesujemy i obydwoje wiemy o tej zależności - ale tylko dzięki fb (nie da się nie zauważyć, że przegląda moje ?lajki? ? z wzajemnością). Także wiem, że mamy zbieżne poglądy i że gdyby tylko chciał z pewnością moglibyśmy poprowadzić bezpieczną, sympatyczną i dość długą rozmowę. Ale nie wiem ? czy on nie chce, czy boi się tak jak ja. Ciężko mi poznać, czy jest pewny siebie czy nieśmiały. Jest dość cichy i zamknięty w sobie? I po prostu nie wiem.
Mieliśmy ostatnio konferencję i przytrafiło się kilka okazji, kiedy mogliśmy chwilę porozmawiać sam na sam. W dodatku mieliśmy trochę tematów, bo mogliśmy ?poobgadywać? profesorów, prelegentów, studentów etc. W ogóle rozmowa potoczyła się na tory ?prywatne? i był zadziwiająco otwarty. W dodatku ? może nieopatrznie ? dał mi nadzieję, że w przyszłym roku będzie mieszkał dość blisko mnie; zabrzmiało jakby się z tego cieszył.
Staram się nie obiecywać sobie za dużo. W końcu zazwyczaj nasze rozmowy ograniczają się do ?cześć ? cześć?, albo ?pisałaś już to kolokwium? ? nie ? a, szkoda?. Poza tym, oprócz jednego razu kiedy w zasadzie odprowadził mnie do mieszkania nigdy nic, co mogłabym wziąć za dobry znak się nie wydarzyło.
Cały ten rok byłam dość cierpliwa, czekałam, miałam nadzieję, że z czasem coś z tego będzie, że definitywnie sprawa ruszy się w którąś stronę. Tak żeby to moje serduszko już się nie targało raz w lewo raz w prawo, a wzrok nie uciekał na każdym wykładzie tam gdzie on siedzi. Ale oto za tydzień wyprowadzam się na całe wakacje i wracam dopiero za trzy miesiące, w październiku. Jestem prawie pewna, że nie odezwie się do mnie przez cały ten czas. Czuję, że to moje zakochanie jest jednak jednostronne. I coraz częściej myślę sobie, że on naprawdę może we mnie widzieć tylko nieśmiałą koleżankę z roku i w ogóle mogło mu nie przyjść do głowy, żeby traktować mnie jak kobietę. W końcu jestem mała i niezdarna, nie jestem specjalnie urodziwa ani intrygująca, nie mam figury modelki. Pocieszam się tym, że są inni, co do których wiem, że im się podobam ? i myślę sobie: dlaczego więc jemu miałabym się nie podobać? Ale potem widzę go i nie ma najmniejszego znaku z jego strony.
Ostatnio czekaliśmy na egzamin i kręcił się cały czas gdzieś niedaleko mnie, widział, że stoję sama (czytałam notatki), ale nie podszedł. I znów nie wiem, czy nie chciał przeszkadzać, czy się wstydził, czy w ogóle nie miał zamiaru i nie chciał podchodzić. W końcu podeszłam do naszego wspólnego znajomego i po chwili przyszedł też on. Tak udało nam się zamienić kilka słów w trójkę.
Po egzaminie też spotkaliśmy się taką grupką znajomych. Omówiliśmy pytania, które padły i, ponieważ chcieliśmy iść na obiad, padło zaproszenie również pośrednio dla niego. Forma była taka, że gdyby chciał spokojnie mógłby się do nas przyłączyć. I znów nie wiem czy nie chciał, czy nie potrafił wykorzystać okazji. W każdym razie miałam pewną satysfakcję, że zobaczył, że nie zawsze jestem taka cicha i nieśmiała. Bo fakt, że przy tamtych znajomych czuję się już dość swobodnie i zupełnie inaczej mi się z nimi rozmawia.
Co jeszcze mi się w nim podoba? Jeśli chodzi o urodę? to tak, myślę, że jest przystojny. Rozbraja mnie to jak konsekwentnie podchodzi do poglądów moralnych, religijnych, politycznych. Nigdy z nim o tym nie rozmawiałam, ale myślę, że on moje poglądy też już zna. Widzę w nim taki ideał i zastanawiam się czego nie dostrzegam? bo przecież nikt nie może być takim księciem z bajki.
Tkwi we mnie jeszcze ziarno nadziei, którego nie potrafię zgasić. Zobaczymy się jeszcze w przyszłym tygodniu, na ostatnim w tym roku akademickim spotkaniu koła naukowego. Będę szczęśliwa jeśli ten dzień będzie po prostu? swobodny. Zawsze kierowałam się zasadą ?co mam być, to będzie?. Tym razem jest mi ciężko, bardzo ciężko. Martwię się, że skoro nie ?zaiskrzyło? przez tyle miesięcy, to już raczej nie ma szansy na zmianę. Mimo tego wciąż mam odrobinę nadziei.