Temat przerabiany na wiele sposobów i z różnych stron ale ja nadal nie umiem sobie poradzić i polubić swojej "samotni"...
Rozstałam się z chłopakiem (niezgodność charakterów, zero wspólnych celów, zainteresować, egoista ogromny), jakiś tam kontakt mamy, z mojej strony koleżeński choć myślałam, że uda się to uratować jeszcze jakiś cudem, ale on nic nie zrozumiał, nie odzywa się do mnie jak ja się nie odezwę i od paru dni milczy, więc ja też... już dużo zrobiłam i basta.
Ale dzisiaj mam załamkę i proszę Was o jakieś słowo otuchy ![]()
Czuję ogromną samotność przyznam szczerze, w pracy, w domu, wśród przyjaciół.
Kiedy moje ostatnie nadzieje co do uratowania związku wygasły stałam się bardzo bardzo zgorzkniała...
W pracy nie czuję się akceptowana, zostałam przeniesiona do innego działu a na śniadaniu stare koleżanki praktycznie tylko między sobą rozmawiają, o dzieciach, co ugotować chłopakowi, o remoncie, wakacjach wspólnych, o planach... Ja się nie mogę włączyć bo żyję planowaniem sobie sama czasu: kino, wycieczki jednodniowe, siłownia. Mieszkam z dziadkami, więc i obiad mam podany. Na urodziny obu tym koleżankom podarowałam skromny prezent w postaci czekolady na urodziny, myślałam, że będą pamiętać... nie pamiętały specjalnie, ale też nawet nie zrekompensowały niczym na następny dzień i nie chodzi tu o pieniądze ale poczułam się bardzo źle, taka gorsza, olana. Nieraz słyszę opinie, że mówię na dzieci w jakiś tam sposób i pewnie dzieci mieć nie będę, a co ja Ci będę mówić, nawet nie patrzą na mnie tylko między sobą... albo o widzę, że pewnie dziadków nie ma bo takie mniejsze śniadanie... pewnie to był żart ale ja bardzo to do siebie biorę. Czuję się gorsza powiem wprost.
W pokoju siedzę z osobą, z którą nie mogę rozmawiać specjalnie (konotacje rodzinne).
Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę każdy weekend zmuszam się do jakiś czynności, planuję aby ucieć od myślenia, że robię coś sama, biorę plecak, idę na siłownię, coś posprzątam, niby to robię ale nienawidzę tego... nie mam czym żyć, do kogo się odezwać, do kina chcę iść ale blokuje mnie myśl, że mam iść sama i nie chce. Przyjaciele mają swoje życie i nie mogę mieć pretensji, czasem gdzieś wyjdziemy (ale raczej rzadko) razem. Mają mężów, chłopaków i weekend z nimi spędzają po tygodniu pracy. Ja też nie chce być upierdliwa i pisać do nich bo i tak każdy już ma tysiąc planów, moja najbliższa przyjaciółka napisze do mnie często, zadzwoni, jakaś szybka kawa ale i tak dużą większość planów podporządkowuje mężowi i planowanemu remontowi mieszkania.
Jestem bardzo towarzyska ale stałam się okropnie zgorzkniała, nieprzyjemna chwilami i czuję się ogromnie samotna. Bo co z tego, że przyjaciółka mi smsa napisze albo wyskoczymy na szybką kawę? Marzę aby częściej ktoś o mnie pomyślał, sam napisał mimo chłopaka, męża - spędźmy sobotę razem... Ludzie są jacyś zamknięci, i nawet nie można się już z nikim nowym zaprzyjaźnić, ciężko jakoś... może zabrzmiało to naiwnie, ale cholernie mi źle. Wszyscy sobie układają życie a ja poza nimi, tak się czuję.
Dlatego unikam ludzi w pracy dla własnego spokoju, do przyjaciół nawet nie piszę i nie smęcę bo napiszą jak mi weekend mija a ja co mam odpisać? Jest *ujowo i jak zwykle sama. Ja muszę się komuś wygadać, porozmawiać z kimś coś przeżyć, gdzie mam szukać jakiejś bratniej duszy?![]()
Proszę odpiszcie coś co mnie podniesie na duchu ![]()
Dziękuję :*