Witam serdecznie.
Chciałabym podzielić się z Wami moją opowieścią, aczkolwiek nie wiem, czy ma ona happy-end.. Przeczytajcie i sami oceńcie.
Większość swojego życia byłam brzydkim kaczątkiem, taką szarą myszką, która uważała, że jak zniknie z tego świata to nikomu nawet nie zrobi się przez chwilę żal.. W szkole podstawowej z zazdrością przyglądałam się ładnym koleżankom otoczonym przez tłumy chłopców, ja zawsze stałam na uboczu, jak już kogoś kochałam to tylko platonicznie i jednostronnie. W liceum nie było lepiej i dlatego postanowiłam, że nigdy w życiu nie będę miała faceta, nie wyjdę za mąż itd. Nie chodziłam na dyskoteki, jednego razu pod namową przyjaciółki, zdecydowałam się jednak z nią pójść. Na miejscu czułam się jak obcy na innej planecie, stałam tylko i przyglądałam się z kąta. Opiłam się piwa i spaliłam chyba za dużo papierosów (takie zgrywanie starszej niż się jest) i potwornie mnie zemdliło, usiadłam więc pod ścianą a wraz z ze mną moja przyjaciółka kontrolująca, czy przypadkiem nie robię się już zielona na twarzy i wtedy.. Obok nas przechodziło dwóch chłopaków i jeden z nich zapytał się mnie nas: "Dziewczyny dlaczego się nie bawicie?", posłałam mu spojrzenie w stylu "Won i to już!", a on rozumiejąc nie dyskretną aluzję, zabrał się i poszedł. Kiedy zrobiło mi się lepiej, podeszłam do barierki odzielającej parkiet od stolików i gapiłam się ślepo na tłum bawiących się ludzi i wtedy.. kolejny raz pojawił się ON. Zaczął mnie zagadywać, a czas nieubłagalnie płynął. Czułam się cudownie, to był pierwszy mężczyzna w moim życiu który zwrócił na mnie uwagę. Kiedy dowiedziałam się ile ma lat, troszkę mnie wryło.. Ja miałam 16, a on około 30. Przed rodziną ukrywałam nasz związek, a raczej jego wiek. Tak zaczęło się nasze "bycie razem" i droga przez mękę, dzisiaj wiem, że nie była to miłość jak mi się wydawało, jedynie fatalne zauroczenie.. Z czasem dostrzegałam coraz bardziej, że nie mogę z nim być. Okłamywał mnie, od znajomych dowiadywałam się, że jeździ sam na dyskoteki, zabawia się z dziewczynami, że bierze narkotyki, kiedy był w towarzystwie swoicj kolegów, traktował mnie jak koleżankę, ranił mnie przy tym okrutnie.. Moja mama dowiedziała się prawdy i zakazała mi spotkań z nim, życie stało się koszmarem.. aż któregoś dnia powiedziałam: "Dość!", spotkałam się z nim i zerwałam to co nas łączyło. Długo cierpiałam bo gdzieś tam w głębi czułam, że go kocham, to było jednak złudzenie.. On zaczął mnie straszyć, opowiadać naszym znajomym dziwne rzeczy, zaczęłam się go bać i z domu wychodziłam cała w strachu. On pisał do mnie, wydzwaniał, wysyłał kartki.. z czasem jego obsesje sprawiła, że zaczęłam czuć do niego wstręt i nienawiść.. Myślałam o samobójstwie, on zniszczył całe moje wyobrażenie na temat miłości. Stwierdziłam, że nie jest mi dane kochać i być kochaną. Zbliżała się studniówka, na którą zresztą nie chciałam iść, głównym powodem był fakt, że nie miałam z kim.. W między czasie podobał mi się bardzo jeden z najfajniejszych chłopaków w szkole, który zawsze otoczony był tłumem dziewczyn, kochałam się w nim z ukrycia, uważając, że nie miałabym u niego żadnych szans.. Dziwnym zbiegiem okoliczności, moja koleżanka z klasy załatwiła mi go jako osobę towarzyszącą, myślałam, że zapadnę się pod ziemię, gdy wręczałam mu zaproszenie. W tym samym czasie on chodził z dziewczyną, którą mieszkała jakieś 200 km od naszej miejscowości. I tak nadszedł dzień balu, w którym kopciuszek miała zatańczyć ze swoim księciem z bajki
Dużo rozmawialiśmy, tańczyliśmy i wyobraźcie sobie, że ten najfajniejszy facet w szkole, zakochał się we mnie! Tak we mnie! Po studniówce zaczął do mnie wydzwaniać, przyjeżdżać, po szkole za mną latał hehe
Zerwał ze swoją dziewczyną i postanowił się ze mną związać, razem uczyliśmy się do matury, nigdy nie zapomnę naszego pierwszego pocałunku.. Mijał czas, okazało się że musi wyjechać na rok do wojska bardzo daleko.. I stało się.. Któregoś pięknego dnia, pojawił się u mnie z bukietem i pierścionkiem zaręczynowym, chiał mieć pewność, że będę na niego czekała. Poszłam na studia, on wyjechał. Pamiętam pożegnania na dworcu, moje powroty do domu we łzach.. Codziennie, CODZIENNIE do niego pisałam, pisałam także pamiętnik specjalnie dla niego w którym każdego dnia opisywałam swój smutek z powodu tęsknoty i radość z powodu jego powrotów. Minął rok, okazało się że znowu musi wyjechać na szkołę, również daleko.. Pomyślałam, że tyle wytrwaliśmy to wytrwamy kolejny rok. I tak było.. do czasu.. Pisałam do niego, dzwoniłam codziennie i nagle coś zaczęło się sypać.. On przestał do mnie pisać, dzwonić, nie odbierał telefonów, wyłączał ciągle swój telefon, zadawał mi coraz więcej bólu swoją obojętnoscią i czułam, że z każdą chwilą go tracę.. Gdy tylko udało mi się z nim rozmawiać, kłóciliśmy się strasznie, on nie reagował na moje łzy.. Któregoś dnia, gdy przyjechał na weekend, nie chciał już mnie widzieć, więc pojechałam sama go odwiedzić, był dziwny, inny.. Gdy zadzwonił jefo telefon, zamknął się w pokoju, a ja czekałam 5 minut, 10, po 15 podeszłam podsłuchać z kim rozmawia.. Usłyszałam: "Ja też za Tobą tęsknie" itd. Wtedy już wiedziałam, weszłam do pokoju i płacząc, zrobiłam awanturę, klękałam i błagałam by mi tego nie robił, a on przyznał że od kilku miesięcy jest pewna kobieta.. Mój świat zawalił się, a życie straciło sens.. Obiecal, że to skończy i wyjechał.. Mijał czas i nic się nie zmieniało, a ja gasnęłam oraz bardziej.. Przeszłam załamanie nerwowe, zawaliłam studia, chciałam popełnić samobójstwo. Tydzień przed weselem mojej siostry zadzwonił do mnie i zerwał.. Myślałam, że umrę.. Rozchorowałam się, rodzice musieli wzywać karetkę gdyż mój stan się pogarszał. On jednak miał to gdzieś.. Wtedy zrozumiałam, że muszę żyć dalej. Mimo wszystko, na przekór wszystkiemu.. Iść do przodu. Zaczęłam się spotykać z jednym facetem i wtedy nagle mój exnarzeczony przypomniał sobie o mnie, wydzwaniał, błagał o szansę i ja mu ją dałam.. Na początku starał się, walczył, ale ja już nie byłam tą samą osobą, teraz myślę, że on zabił we mnie wszystko to, co było dobre, czyste i niewinne. Wrócił do domu, ale i tutaj historia zaczęła się powtarzać, zaczął mnie na powrót unikać, okłamywać i wkońcu dowiedziałam się, że zaczął się spotykać z jedną ze swoich byłych dziewczyn.. Myślałam, że tego ciężaru już nie udźwignę. i wtedy poznałam na pewnym portalu internetowym chłopaka, dzisiaj wiem, że uratował mi życie, zaczęliśmy pisać do siebie, on dzwonił i spędzaliśmy całe noce na rozmowach, po jakimś czasie wymieniliśmy się zdjęciami realnymi, bo na portalu mieliśmy tylko przerabiane graficznie jako że zarówno on i ja interesujemy się grafiką. Broniłam się przed tym uczuciem które zesłał mi los najlepiej jak umiałam, on wiedział że jestem z kimś, wspierał mnie w trudnych chwilach, podnosił na duchu, w nic nie ingerował. Postanowiliśmy się spotkać i wtedy nastąpiło przysłowiowe BUM. On zakochał się we mnie, powiedział że zawsze bedzie czekał na swoją szanse, ze nie będzie mnie poganiał.. Ja nadal nie dopuszczałam myśli do siebie, że czuje do niego coś wiecej niż przyjaźń. Postanowiłam zaryzykować, spotkałam się któregoś dnia z moim narzeczonym i wyznałam mu, że powinniśmy się rozstać, że za bardzo siebie krzywdzimy itd. On wpadł w szał, zaczął błagać, klękać, płakać, lecz to nawet nie był płacz tylko coś 100 razy gorszego, jak skowyt bitego psa.. I tak się stało, ze zmiękłam.. Mój przyjaciel nadal ze mną utrzymywał kontakt, ciagle pisaliśmy, rozmawialiśmy, nigdy nie zapomnę naszego pocałunku.. Cierpliwie czekał, wierząc, ze chyba zmądrzeje i zostawię swojego narzeczonego.. Zblizał się jednak czas gdy mieliśmy się pobrać. I do mnie zaczęło pomału docierać, że to co czułam przez ten cały czas do mojego przyjaciela to nie tylko przyjazx, a wielka miłosć, taka jakiej nie dane było mi jeszcze w swoim życiu zaznać.. Miałam nadzieje, że on zawalczy o mnie, żebym mogła uciec z nim daleko stąd.. On jednak zaczął się coraz bardziej odsuwać i nagle zniknął. W meilach sfrustowana zaczęłam mu wyrzucać wszystko i obrzucać go błotem, a przecież.. większą wine ponoszę ja.. Wyszłam za mąż, mój narczeony się zmienił, jest dobrym, czułym i troskliwym mężem. Ale ja nadal nie wiem.. Czy nie straciłam bezpowrotnie szczęścia, którego tak długo szukałam. Dzisiaj pozostały mi piękne wspomnienia i tęsknota do przyjaciela, którego nigdy już nie zobaczę. Dlaczego tak wybrałam? Nie wiem.. Czy wybrałam miłość, czy wręcz przeciwnie.. nie wybrałam jej? Nie potrafię sobie odpowiedzieć na te pytania. Ale chyba już do końca swych dni, będę odczuwała w sercu żal, ze tak późno odkryłam tą miłość w sobie.. Dzisiaj jestem żoną, a moim obowiązkiem jest kochać mężczyzne którego wybrałam sobie na męża. I wiem, że go kocham, tylko miłość ma wiele odmian, jak rozpoznać tą prawdziwą, wyjątkową, jedyną? Zawsze już na moim sercu pozostanie cień wątpliwości, czy jej nie przegapiłam.
Tak wygląda historia mojego życia, dzisiaj mam 25 lat, jestem mężatką i przede mną nadal jest pełno nie zapisanych kart, co będzie dalej pokaże czas. Jednego jestem pewna, miłość zawsze znajdzie drogę.
Pozdrawiam.
"Miłość jest zawsze nowa. I bez względu na to, czy w życiu kochamy raz, dwa, czy dziesięć razy zawsze stajemy w obliczu nieznanego. Miłość może nas pogrążyć w ogniu piekieł, albo zabrać do bram raju - ale zawsze gdzieś nas prowadzi. I czas się z tym pogodzić, albowiem jest ona treścią naszego istnienia. Miłości trzeba szukać wszędzie, nawet za cenę długich godzin, dni, tygodni smutku i rozczarowań. Bowiem kiedy wyruszymy na poszukiwanie miłości - ona zawsze wyjdzie nam na przeciw. I nas wybawi."
? Paulo Coelho (ur. 1947)
Zahir