"Puszki? to slangowe, nadane przez motocyklistów, określenie uczestników ruchu poruszających się w samochodach.
Od jakiegoś czasu jestem wyczulona na temat, dlatego uważnie obserwuję wzajemną walkę (a może tylko niechęć?), jaką toczą między sobą "puszki" i motocykliści. Przyznaję, że nie rozumiem tego zjawiska. Co prawda istotnie część właścicieli dwóch kółek porusza się brawurowo, bez wyobraźni, ale temat przecież nie jest obcy także samochodziarzom. Mimo wszystko niechęć została przeniesiona na całą populację motocyklistów, co wydaje mi się mocno przesadzone i niesprawiedliwe.
W moim mieście od kilku dni głośna jest sprawa śmierci motocyklisty, notabene instruktora nauki jazdy, który zginął uderzając (nie miał szans zrobić nic więcej niż zrobił) w samochód kobiety łamiącej co najmniej kilka przepisów, w tym złamanie nakazu skrętu w prawo, złamanie zakazu skrętu w lewo, przekroczenie linii ciągłej, wymuszenie pierwszeństwa przejazdu, a przede wszystkim poruszającej się bez wyobraźni i po prostu nieuważnie. To ona popełniła błąd, to ona naruszyła obowiązujące prawo drogowe, a jednak to on poniósł najgorsze z możliwych konsekwencje wypadku. Ona będzie żyła z tym piętnem do końca swoich dni, ale jemu życia już nic nie przywróci. Zwykle zresztą tak jest, że w zderzeniu motocykl - samochód zwykle ginie kierowca tego pierwszego, nawet jeśli ewidentny błąd popełni ten drugi.
W tym miejscu chciałabym zapytać jakie jest Wasze spojrzenie na opisane zjawisko?
Moim zdaniem motocykliści to pasjonaci, motocykl to nie jest tylko pojazd, ale styl życia. Ci ludzie tworzą wspaniałą, zintegrowaną społeczność, co miałam zresztą okazję nie dalej, jak dzisiaj, obserwować na pogrzebie jednego z nich. Facet miał całe życie przed sobą, to nie on popełnił błąd, a jednak w zderzeniu z samochodem okazał się bezbronny jak dziecko.
Skąd więc ta niechęć "puszek" do motocykli?
P.S. Nie znoszę określenia ?dawcy organów?.