Witam,
po raz pierwszy piszę na jakimkolwiek forum o swoich problemach, zapewne wynika to z potrzeby usłyszenia obiektywnych opinii i rad. Mam 26 lat, jestem rok po ślubie, nie mam dzieci. Z moim obecnym mężem znamy się od 8 lat w tym dwa lata byliśmy w związku na odległość. Ja wyjechalam do Warszawy po studiach i tam dostalam dobrą pracę. Myślałam, że młodzieńczy związek sam się wypali, jednak nie. On zabiegał o spotkania, często przyjeżdżał do mnie, układalismy plany, proponowałam by znalazl coś w Warszawie, ale on uważał że dusiłby się w takmim miescie. W końcu zapadła decyzja o moim powrocie do rodzinnego miasta. Zareczyliśmy się. Wiedzialam że jest zaradny, ma stałą pracę. Zrezygnowałam z mojej "dobre pracy" i wróciłam. Kupilismy mieszkanie na kredyt. Po roku ślub, remont mieszkania (finansowo pomagali moi rodzice) no i wspolne życie. Zaczęły się dziwne problemy, nagle on nie potrafi nic zrobic w domu ani z rzeczy technicznych, ani podstawowych takie jak pranie czy posprzątanie z własnej inwencji. Wszystko nalezy pokazać palcem i jak za coś się weźmie to z wielką łaską. Jedynym plusem okazała się umiejętność gotowania o czym wiedziałam przed ślubem, jednak po roku czasu już nawet tego nei ma. Wiedziałam, że wychowywał się bez ojca, że nie miał wzoru do naśladowania ale nie sądziłam że można mieć dwie lewe ręce do tego stopnia by we własnym mieszkaniu nie potrafić żyrandola zawiesić czy listwy dociąć?
Zaczęły się problemy z moją pracą, od czterech miesięcy jestem na bezrobociu, ciągle słyszę od niego że siedzę i nic nie robię a on staje na głowie by zapewnić mi wszystko. Ale to jest takie przygadywanie jakgdyby chciał żeby było mi przykro bo tak naprawdę zarabia dobrze, pracuje normalnie po 8 godzin dziennie a w domu ma wszystko zrobione - posprzątane, poprane i ugotowane. Czuję, że przez to że nie mam pracy umniejsza moją rolę. A ja aktywnie szukam pracy, złozyłam nawet wniosek o dofinansowanie do wlasnej działalnosci bo mam pomysł na własną firmę. Robię studia podyplomowe. Staram sie nadal rozwijać. On zaczyna robić mi wyrzuty, że do niczego się nie nadaję, obraża mnie, nie uznaje mojego zdania, ostatnio nawet przy znajomych zaczął mi dogryzać, przerywać mi itp. Kiedyś tak nie było. W ciągu ostatnich dni, robi mi awantury o każdą bzdurę i uważa że wszystko co złe to przeze mnie. Zaczyna krzyczeć - uważa że ja go sprowokowalam, przeklina- bo ja go sprowokowałam. Zaczynam lepiej się czuć w domu gdy go nie ma. Dziś wrócił nad ranem, pijany. Tłukl się, rozbijał, klał pod nosem. Gdy zaczynam rozmowę, odwraca się, wychodzi. Nie wiem czy to wychodzi prawdziwa natura? Czy zacząć przygotowywać się do rozwodu? Przecież gdy nie potrafimy sobie poradzić w tak błachych problemach to co bedzie dalej? Nie chcę w to brnąć. Nie taki facet mi kiedy zaimponował. Co robić? Terapia?