Witam,
jako że większość nowych osób trafia tutaj z problemami to i ja potrzebuję Waszej porady. Może zacznę od siebie... jestem osobą z rodziny dysfunkcyjnej DDA. Ojciec odszedł od nas gdy miałam 4 lata, Mama popadła w depresje i alkoholizm. Od dziecka byłam za nią odpowiedzialna, w domu dochodziło do przemocy fizycznej i psychicznej. Z dzieciństwa pamiętam tylko strach że Mamie się może stać krzywda i to ja jestem za nią odpowiedzialna.
Jestem bardzo atrakcyjną kobietą, nigdy nie miałam problemów z znalezieniem faceta. Od najmłodszych lat wiązałam się w związki które nie miały sensu, były toksyczne. Miałam skłonności do używania przemocy, poniżałam i uważam że to ja byłam czynnikiem tworzący toksyczne relacje. Zawsze zakochiwałam się po uszy by po jakimś czasie odejść bez żadnych skrupułów, najczęściej do poznanej już nowej osoby. I tak w kółko, wszystko się zapętlało. Byłam w kilku poważnych związkach, nawęt dochodziło do zaręczyn ale zawsze uciekałam w inny wydawało mi się lepszy związek. Gdy ktoś chciał ode mnie odejść przeżywałam bardzo emocjonalne huśtawki dopóki nie znalazłam ukojenia w innym obiekcje.
Obecnie mam 27 lat, w obecnym związku 1,5 roku. Poznaliśmy się przypadkiem, on mieszkał za granicą. Przeprowadziłam się do niego po pół roku. Mój M, także należy do rodziny dysfunkcyjnej. Na samym początku był bardzo zazdrosny, ograniczał mi wyjścia (mimo że wcześniej byłam bardzo socjalna i prowadziłam intensywne życie towarzyskie). By uniknąć kolejnych awantur przestałam się integrować z ludźmi których poznawałam (szkoła), zaniedbałam swoje życie, cele i to na czym mi wcześniej bardzo zależało. Kiedyś byłam bardzo aktywna zawodowo, byłam kobietą sukcesu, po wyjeździe za granicę popadłam w depresję, miałam jedną próbe samobójczą (po alkoholu). Nie pracuję, uczę się języka i jestem na jego utrzymaniu. Zaczęliśmy się od siebie oddalać, on w jednym pokoju ja w drugim. Doszły uzależnienia mojego M i chęć odcięcia się ode mnie. Ja chodziłam za nim, męczyłam, błagałam by moglibyśmy zacząć życ na nowo. Próbowaliśmy... albo to ja próbowałam. Zawsze był miły jak coś ode mnie potrzebował... Na codzień żył swoim życiem, a ja byłam obok. Zajmowałam się domem i tęskniłam całymi dniami. On wracał i zamykał się w sobie, gry, laptop, koledzy. Nie spędzaliśmy czasu razem, chyba że go uprosiłam byśmy mogli oglądnąć wspólnie film...
Nie raz chciałam wyjechać, ale za każdym razem wzbudzał we mnie litość i prosił bym została. Że wszystko się ułoży... próby, próby i jeszcze raz próby!
W pewnym momencie wpędziliśmy się w psychozę zazdrości. On mi, ja jemu. Ciągła kontrola, wszystkiego telefon, media społecznościowe, doszło do tego że podszywał się pod kogoś innego by sprawdzić czy jestem wobec niego wporządku. Mimo że byłam, i tak doszedł do wniosku że skoro z kimś innym pisze to nie zasługuję na niego. No i znów moje poczucie winy... że to moja wina że nie powinnam z nikim rozmawiać że jestem przecież jego i dla niego.
Jest zazdrosny o każdego mężczyzne w moim otoczeniu, nawet o tych z przeszłości, sąsiadów, kolegów ze szkoły. Potrafi mi wypomnieć że ktoś mnie z kimś widział więc na pewno z nim spałam. Przyznaje że miałam wielu mężczyzn przed nim, ale od kad z nim jestem jestem stała w uczuciach i przede wszystkim wierna. Doszło do tego że stwierdziłam że skoro on tak mnie kontroluje to może on ma coś na sumieniu i ja zaczęłam go sprawdzać i kontrolować, zobaczyłam że ma konto na serwisie randkowym. Potem się dowiedziałam że z kimś tam flirtuję. Z rozpaczy się upiłam a pod wpływem alkoholu nie wytrzymałam zrobiłam awanturę i go pobiłam (nie był to pierwszy raz gdy podniosłam na niego ręke). Nie pamiętam zabardzo jak to wyglądało, byłam zamroczona.... Zadzwoniłam do mojego ojca i zaczęłam wyzywać do niego mojego M, straszyłam policją i tym że go "udupię". Strasznie tego żałuję, pragnę normalnego zycia...
Teraz ja za nim chodzę i błagam by mi wybaczył, a on sam nie wie czego chcę. Nie chcę mnie wypuścił do rodzinnego miasta twierdząć ze zacznę pić i moze mi się stać krzywda. Szydzi ze mnie że napewno zaczę się ZNÓW puszczać. Jak go proszę byśmy zaczeli wszystko od nowa, to mi mówi ze nie wie czy potrafi że mogę zacząć się starać ale niczego mi nie obiecuje...
Za każdym razem gdy chce z nim porozmawiać mówi że go męczę i mam mu dać spokój i zająć się swoim życiem. Nie wiem czego on chcę, czy mu mnie żal, czy się o mnie boi. Powiedział że jest mu mnie szkoda bo sam miał ciężkie dzieciństwo i w pewien sposób mnie rozumie. Ale nie można być z kimś z litości... Za całą sytuacje obwiniam siebie. Czy potrzebnie?
Bardzo żałuję swojej reakcji... wiem że przemoc to nie wyjście i muszę nad sobą pracować. Staram się jak mogę, zaczełam szukać pomocy w modlitwie. Zaczełam czytać literature tematu, czyli DDA, z zaburzeniami osobowści, emocjonalnymi. Tylko co dalej...
Chcę zając się sobą, skończyć szkołe, iść do dobrej pracy i być szczęśliwa. Jestem przekonana że jestem na dobrej drodze, tylko czy warto inwestować siłe i emocje w ten związek. Od czego zacząć, co robić dalej... Mam wiele możliwosci, znam języki, jestem wykształcona. Mogę wrócić do polski, gdzie mam mieszkanie lub wyjechać za granice do rodziny. Nie chcę zaprzepaścić swojego życia i skończyć jak moja Mama która do dziś ma ciągi alkoholowe, dalej się o nią martwię i staram się z nią dużo rozmawiać. Powiedziałam jej kiedyś że mnie bardzo skrzywdziła, że nie moge sobie teraz ułożyć życia. Skwitowała to ze każdy ma ciężki życie, ale trzeba się z tym pogodzić i żyć dalej. Bardzo mnie to zabolało bo myślałam że nie w jakiś sposób zrozumie.
W głebi duszy wiem ze jestem dobrą osobą, zdałam sobie sprawę że przez tyle lat wyrządziłam krzywdę wielu ludziom.
Jak stworzyć normaly związek? Na czym on polega i jak powinien wyglądać? Chyba nigdy tego nie zaznałam, nie mam w domu żadnego autorytetu. Moi rodzice do dziś nie mogą sobie ułożyć życia. Mimo upływu tak długiego czasu. Czy problem tkwi tylko we mnie? Jak doprowadzić do rozmowy z partnerem?