Witam, to mój pierwszy wątek na forum, ale niestety nie mam się komu wyżalić i kogo poprosić o radę. Jestem w związku z chłopakiem, mieszkamy razem od prawie roku. W związku jesteśmy prawie 2 lata. Mieszkamy w tym samym mieście, w którym mieszkałam z rodzicami zanim się do niego wyprowadziłam. Nie będę opisywać całej naszej historii, postaram się streścić jak tylko mogę najbardziej. Ciągle się kłócimy, codziennie płaczę, nie mam już na nic siły, oczy mnie codziennie pieką. Powinnam pisać pracę dyplomową na studiach, ale nie jestem w stanie się za nią zabrać, ponieważ te ciągłe kłótnie mnie wykańczają. Dzisiaj znowu się pokłóciliśmy, najpierw rano, potem jak wróciłam z zajęć, od progu zaczął krzyczeć i rzucać we mnie siatkami. Wcześniej wysłał mi 3 długie smsy z oskarżeniami że zrobiłam bałagan w jego mieszkaniu, że nie umiem utrzymać porządku, że zrobiłam wysypisko śmieci. Nie chciałam w ogóle wracać do tego mieszkania, ale kiedy już wróciłam, to znowu zaczął na mnie krzyczeć, potem przeszedł do wyzwisk. Jestem osobą cichą, spokojną i nienawidzę kłótni i krzyków, przy nim jednak zaczęłam zachowywać się tak jak on, krzyczę, przeklinam- dopiero wtedy mnie słucha, spokojnym językiem nie jestem w stanie tego osiągnąć. Jednak od paru dni staram się opanować, nie krzyczeć, nie przeklinać, nie wyzywać go. Dzisiaj też, próbowałam spokojnie z nim porozmawiać, ale znowu zostałam zwyzywana, że jestem poj*****m bachorem, że zrobiłam śmienik w jego domu (a tak naprawdę to ja sprzątam, on tylko sią wymądrza, na 100 razy on sprzątnął 2. ja mam swoje rzeczy poukładane, to jego rzeczy walają się po podłodze...). Kazał mi się wynosić jak mi się nie podoba(po raz setny). Czuję się okropnie poniżona przez niego, moje poczucie własnej wartości ciągle opada. Próbowałam już kilka razy odejść od niego, ale ciągle zostaję, boję się od niego odejść. On przyjechał do mnie z miasta oddalonego o prawie 400km. Jednak tak naprawdę nie było to dla niego dużym poświęceniem, bo pracę ma przez komputer, a z rodzicami nie ma dobrych kontaktów. Ale przejdę do sedna: musiałam gdzieś wyjść, potem zaproponowałam spacer, on się zgodził. Jednak znowu zaczęliśmy się kłócić, zaczął podnosić na mnie głos na ulicy, przeklinał, wyzwał. Niby nikt nie słyszał, ale było mi strasznie wstyd. Nie chcę się tak czuć, nie chcę się wstydzić za niego i za siebie że pozwalam sobie na takie zachowanie. Zaczął ode mnie iść, zawołałam go, żeby się uspokoił, żeby nie zachowywał się jak obrażone dziecko, żebyśmy porozmawiali. Jakoś udało nam się uspokoić, i wrócić do mieszkania, gdzie znowu rozmawialiśmy, znów był płacz, ale jakoś tak mało, bo nie chciałam się kłócić. W takim momencie on potrafi być dla mnie dobry, przytuli mnie na jakiś swój sposób. On ma dzisiaj święto, nie chciałam kolejnej awantury. Moi rodzice zaprosili nas do siebie, chcieli dać mu prezent, mama upiekła ciasto. On nie chciał jechać, nie przepada specjalnie za moją rodziną (ja też nie mam z nimi jakiegoś bardzo dobrego kontaktu, różnie bywało, ale jednak to moi rodzice...) ale pojechaliśmy, wzięliśmy kurtki zimowe, buty zimowe i część moich książek, żeby było więcej miejsca w mieszkaniu. Od 3 wyjazdów do rodziców wynoszę małe części rzeczy, czuję że chcę wrócić do domu, chcę robić to co chcę, a nie awanturować się codziennie i słuchać jaka to nie jestem zła, że nie daję mu seksu, którego on tak bardzo potrzebuje, że jestem ciągle smutna, mam depresję i zarażam go nią, przez co on nie może zarabiać pieniędzy. On uważa, że jak będzie dużo pieniędzy, to będzie wszystko dobrze między nami. Ja uważam, że nawet teraz jak z pieniędzmi jest krucho, to gdybyśmy się naprawdę kochali, to byśmy się wspierali, przytulali i po prostu cieszyli się sobą, że siebie mamy. Jest to mój pierwszy chłopak, traktuję go jako osobę, z którą chcę być już zawsze, nie chcę nikogo innego. Ale te kłótnie zaczęły się odkąd razem zamieszkaliśmy, nasiliły się od 5 m-cy, tak że od 3 mcy codziennie jest jakiś konflikt. Ale to nie jest zwykły konflikt, to przeradza się w kłotnię, wyzwiska. Nie jestem aniołem, też nauczyłam mu się odpowiadać, ale to do niczego nie prowadzi. Nie chcę tak dłużej żyć, czasem myślę że wolałabym nie żyć, niż z nim tutaj zostać albo rozstać się i wrócić do domu, do starego życia bez celu, w którym to mama na mnie krzyczy, rodzice każą mi iść do pracy, mimo że studiuję, nie chodzę na żadne imprezy, siedzę ciągle w domu i się uczę, czytam, nie obijam się... Nie mam nikogo, czuję się bardzo samotna. Powiedziałam to mojemu chłopakowi, on na chwilę robi się dla mnie dobry, ale w następnej chwili zmienia się całkowicie. Jak wracaliśmy od moich rodziców to pojechaliśmy dłuższą drogą, żeby tak sobie pojeździć i pogadać. Przyszedł sporny temat o ludziach którzy wychodzą do klubu. on uwielbia takie tematy, w których jedzie na innych ludzi, kiedy sam nie był kiedyś lepszy... mialam juz dosyc jego gadania, chcialam zmienic temat, bo czulam ze to sie zle skonczy. On nie chcial, i powiedzial do mnie "dziewczyno! ja ci powiem" tym jego tonem wszechwiedzacego i nieomylnego. powiedzialam "jak ty do mnie mowisz?" tez takim tonem, to on wpadl w szal, ze znowu chce sie klocic, co ja od niego chce, nagle bardzo przyspieszyl i gwaltownie skrecil i znowu wrocil na prosta droge. przestraszylam sie, on sie nie hamuje juz nawet prowadzac samochod. moze i glupio powiedzialam to "jak do mnie powiedziales?", jak mnie nazywasz?" , ale czy to jest powod, zeby on sie tak zachowywal? czy naprawde moglo go to tak zabolec? znowu zaczal mnie wyzywac, powiedzial, ze mam sie jutro wyprowadzic. Nie chce byc przerzucana z kata w kat. on mi sam mowi, ze nie ma nic miedzy nami, ze mozemy sobie mieszkac w dwoch pokojach, ale ze on nie chce miec takiego bachora jak ja, ze "ostrzegali go przede mna", ze nie ma ze mna nawet seksu. chcialam z nim porozmawiac, ale on poszedl spac. na pewno przyjdzie do mnie rano, kiedy sie obudzi i bedzie mu stał jego organ, wtedy sie do mnie klei, a kiedy mowie mu, ze nie chce sie z nim przytulac, ze jest falszywy to znowu sie klocimy. odganiam sie od niego rekami, bo slowa nie docieraja do niego. on sprawia ze czuje sie winna, ze nie ma seksu, ze "mu nie daje", ale nie mam ochoty byc blisko z osoba, ktora mnie najbardziej krzywdzi, przez ktora czuje sie jak szmata. wiem, ze jesli od niego odejde, to poradze sobie, ale na pewno bedzie mi bardzo ciezko, bo on jest jedyna tak bliska mi osoba, nie mam zadnych innych przyjaciol, nikogo bliskiego i zaufanego. mysle, ze ani on ani ja juz sie nie kochamy, ale on mi mowi, ze on chce zebym zostala, ze on nie chce sie rozstawac, ze to bedzie moja decyzja, ze go rzuce. to ja mam sie zmienic, bo to wszystko to moja wina. wiem, ze tez zrobilam mu duzo zlego, ale on mi tez, a najbardziej boli mnie to, ze on tego nie widzi, i nigdy z wlasnej woli mnie nie przeprasza, to ja w koncu do niego przychodze, bo nie jestem w stanie zniesc tej okropnej atmosfery miedzy nami. bardzo bym chciala, zeby bylo miedzy nami dobrze, zebysmy byli zgodni, szanowali sie, zebysmy sie po prostu kochali. on mowi, ze jakby byl seks, to bysmy byli blizej siebie i by sie miedzy nami poprawilo. ja podczas zblizen mam ochote dac mu twarz. z jednej strony nie pasujemy do siebie, a z drugiej bardzo do siebie pasujemy. nie mam pojecia co mam robic. chcialabym wrocic do domu, ale wiem, ze tam tez nie bede miala spokoju. chcialabym sie wyprowadzic z domu, i isc do pracy, wynajac mieszkanie dla siebie, ale zostaly mi jeszcze 2 lata nauki, nie chce tego zmarnowac i isc na kase do supermarketu. ale czuje, ze gdybym miala swoje pieniadze to bym go zostawila. pewnie probowalabym naprawiac ten zwiazek, ale bylabym niezalezna od niego, na swoim. boje sie, ze jesli bysmy sie rozstali, on moglby sie jakos na mnie zemscic. nie wiem co mam robic, proszę niech ktoś mi pomoże....
Podobne tematy
Nie mozna byc z kims z powodu strachu przed samotnością. Dobrze wiesz jak Cie traktuje i dobrze wiesz, że nie spełnia oczekiwań. Traktuje Cie też wiesz jak kogo. Nie ma miedzy wami emocjonalnej bliskosci i stąd ta fizyczna pewnie nie wychodzi. I dobrze zdiagnozowałaś problem. Jesteś uzalezniona. Nie pasujecie, tylko to pasowanie jest w tym momencie wygodne. Lepiej mieszkac w domu niz marnowac sobie i jemu czas.
3 2014-04-26 01:59:05 Ostatnio edytowany przez luc (2014-04-26 03:06:31)
nie wiem co mam robic,
Myślę, że wiesz co powinnaś zrobić tylko się tego boisz.
Ten związek Cię niszczy - "czuję się jak szmata".
Wróć do domu. Jakoś chyba wytrzymasz z rodzicami do końca studiów?
Czy Twoje studia są na tyle wymagające, że nie możesz pójść do pracy? To pomogłoby Ci się usamodzielnić (gdybyś nie mogła wytrzymać z rodzicami).
Tak jak napisał Thepass - nie powinno się być z kimś tylko z obawy przed samotnością. To nic dobrego nie wróży.
Poznałam go, kiedy było mi bardzo ciężko z moją samotnością. Nagle miałam najwspanialszego przyjaciela i do tego chłopaka, który pierwszy mi powiedział że mnie kocha. To nie jest tak, że jestem z nim tylko dlatego że boję się samotności- wiem, że dam sobie radę. Jestem z nim związana, dbam o niego, troszczę się o niego, chcę dla niego jak najlepiej. Ale strasznie mnie boli jak wyraża swoje poglądy, że kobiety są głupsze od męzczyzn, ze nigdy im nie dorownaja, ze to jest naukowo udowodnione. kobieta jest dodatkiem do mezczyzny. mowi, ze nie mozna mi ufac, nie moze juz na mnie polegac. ja to samo czuje do niego. po wieczornej klotni on idzie spac i rano problem dla niego znika, on nie wie o co mi chodzi, czemu ciagle jestem zla, czemu znowu klocimy sie o to samo. tez zaczelam tak robic, probuje zapomniec o tym i rano dac nam nowa szanse, ale jakas moja uszczypliwa czy zlosliwa dogryzka i nowa awantura gotowa, kiedy ja juz puszczam uwagi na swoj temat wolno, zeby sie nie klocic. on wczesniej ustepowal pare razy, teraz juz nie. kiedy mowie mu, co jest zle miedzy nami, ze nie chce zeby tak bylo to on mowi, ze ciagle mowie na niego negatywnie, ze wymieniam jego zle cechy. ale ja mowie to tylko po to, zeby mu to uswiadomic, zeby wiedzial dokladnie o co mi chodzi. chcialabym zebysmy potrafili sie dogadac i przestali sie krzywdzic, wiem, ze jest to mozliwe, tylko obydwoje musielibysmy sie zmienic, a to jest bardzo ciezkie. ja probuje, on kazdym wybuchem udowadnia ze sie nam nie uda. nie chce robic z siebie cierpietnicy ktora nic zlego mu nie zrobila, bo potrafie byc okropna, ale od paru dni jestem opanowana, uwazam na slowa, duzo to nie pomaga. wiem, ze to okropne, ale mam mysli, zeby byc z nim tylko do konca studiow, a potem od niego odejsc, kiedy bede juz na siebie zarabiac. ale jak mozna zyc tak nastepne lata? i jak mozna tak kogos oszukiwac dla korzysci materialnych? czuje sie z tym paskudnie
Własnie, żebyście pasowali, to musielibyście oboje sie zmienić. Da się tak?
Poza tym on kobiety traktuje z góry i on tego nie zmieni. To już są wewnętrzne przekonania.
Kiedyś było dobrze. Przyszedł kiedy nie było już nikogo. Sama mówisz, że byłaś samotna i stąd przyszło zakochanie. Teraz też jesteś samotna i też będziesz.
Kiedy tak siedze i pisze swoja historie, i slysze jak oddycha podczas snu, to ten gniew na niego odchodzi. znowu zaczynam zapominac o tym co sie dzialo raptem 3h temu. nie wiem, co mam zrobic, zeby mnie szanowal, zeby o mnie dbal tak jak na poczatku naszej znajomosci. wiem, ze moge na niego liczyc jesli bede miala jakis problem, on jest silny, ma plan na zycie, jest pracowity i wytrwaly. i stawia swoje plany ponad mna. ja jego stawiam wyzej niz szkole, i to pewnie blad. chyba musialby mnie uderzyc zebym odeszla. (chociaz juz wczesniej jakies przepychanki byly,tylko to on zawsze sprawia, ze czuje ze to byla moja wina, ze to nei bylo prawdziwe uderzenie...).
Własnie, on jest niezależny i stawia siebie na 1 miejscu. Dlatego Ciebie do niego coś ciągnie, mimo tego traktowania, ale to musi być dobrze wyważone. Tu nie jest. Moze by Cie szanował jakbyś też była jak on. To gdybanie, takie naprawianie "niebezpośrednie". Śpi, to jest milutki i już empatia Ci się wbija, przypominasz sobie pewnie jaki jest czuły i tak dalej. Ale to co złe znowu wróci.
Mówiłam mu, ze mogl od razu na poczatku naszej znajomosci przeklinac, pluc, nie myc sie, rzucac rzeczami (rozwalil swoj telefon, stlukl talerz, rzucal garniturem przed wyjazdem na wesele mojej bliskiej rodziny) krzyczec tak jak to robi teraz, a nie ukrywal sie z tym dopoki nie zamieszkalismy razem. on ma do mnie zazalenie, ze go bije. tak, to prawda, kiedy doprowadzil mnie do naprawde ogromnej rozpaczy, uderzam go gdzie popadnie, on zaczyna odganiac sie ode mnie, lapie mnie, wtedy podnosi mu sie cisnienie, podnieca sie, ma ochote na seks, dotyka mnie w miejsca intymne mimo ze zawsze mu mowie, ze ma tego nie robic, czuje sie jakby mnie gwalcil, mimo ze tego nie robi doslownie. wtedy jeszcze mocniej sie wyrywam, uderzam go w twarz, ciagne za wlosy, celuje w jadra. jesli oberwie mocno, szczegolnie w jadra to wpada w szal, kaze mi sie wynosic. wiem, ze jesli sie wyprowadze, to wszyscy beda zdziwieni, jak to, przeciez juz mieszkalismy ze soba, co sie stalo. rodzice wcale nie chca mnie z powrotem w domu, moj pokoj jest juz caly zawalony gratami. wiem, ze on bedzie plakac po moim odejsciu, ze bedzie przychodzil do mnie i bedzie probowal mnie naklonic do powrotu, a kiedy bede odmawiac, to mnie zwyzywa, wydrze sie przed domem,upubliczni nasze prywatne zdjecia, bardzo sie tego boje ze moglby to zrobic. ten moj opis wyglada tak, jakbym przezywala tutaj katusze, i pewnie troche tak jest wtedy kiedy klotnia siegnie apogeum. ale probuje go zrozumiec, i jedyne co moge sobie zarzucic to tylko to, ze nie daje mu seksu. obrzydzil mi wszystkich facetow, przez niego mysle, ze kazdy facet mysli tylko o jednym i ze tylko to go obchodzi. albo przynajmniej jest to w czolowce. nie wiem po co tutaj pisze, widze ze przekonujecie mnie do rozstania ale ja ciagle wierze ze jakos sie miedzy nami poprawi, on zawsze mi mowi, ze musimy sie szanowac, i ze po prostu trzeba zmienic swoje zachowanie. on zawsze wszystko wie, i ma racje ze az sama sie na to nabieram.
9 2014-04-26 02:41:21 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-04-26 02:45:02)
Ile ja już słyszałem takich historii. Inni powiedzą, że sie powtarzam, ale to drań jest.
On sie nie zmieni, naprawdę.
Brakuje jeszcze spuszczania Ci sie na twarz np gdy śpisz i robienia z Ciebie dziwki. Innych przykładów nie podam, bo jeszcze wyjdzie, że to wszystko masz. Po prostu znam opowieści co do takiego typu mężczyzn. Mało która odchodzi od takiego, bo wciąż wierzy w zmiany, ale też boi się. On wypacza obraz mężczyzn, a z drugiej strony kobieta wciąż takiego chce, podobnego. I całe życie "zasrane". Jak chcesz, to żyj nadzieją. Nikt nie broni.
Oni nigdy nie pokazują prawdziwego "ja" na początku, bo wiedzą, że tak nie można i tak byś sie nim nie zainteresowała. Teraz już może wszystko.
ma ambitne plany na zarobienie pieniedzy i wiem, ze ze swoim charakterem i podejsciem po trupach do celu jest w stanie to osiagnac. On twierdzi, ze dla swojej najblizszej rodziny jest zarowno najlepszy jak i najgorszy. widac to doskonale na przykladzie jego matki, ktora traktuje tak samo jak mnie, a ktora sie z tego smieje, bo wg niego to sa tylko zarty i pozwala mu na to. mowilam mu wiele razy, ze ja nie pochwalam takiego zachowania, nawet jesli to zarty. dla niego ja jestem wiecznym smutasem, ktory nie smieje sie z jego zartow, ze nie mam poczucia humoru, i ze przeze mnie on dostaje jakiejs depresji. pytam sie go po co mam tutaj zostawac, po co on chce ze mna byc, to mowi, ze moge tu zostac jak chce. ze bedziemy po prostu razem mieszkac, ale jak tak mozna? potem mowi mi ze mnie kocha, i chce ze mna byc. ale na tym sie konczy, nie ma poprawy, on sam to stwierdza. a potem odwraca sie i idzie spac. a rano do mnie przychodzi sie przytulac, i tak to wyglada. przynioslam sobie maskotke z domu, przytulam sie do niej, dostaje od niej wiecej ciepla niz od niego, bo on nie potrafi mnie tak po prostu normalnie przytulic, moze tylko na chwile, bo zaraz wlacza mu sie organ i chce mu sie czegos innego... czesto mowi takim tonem "no juz, wszystko juz dobrze, nie placz juz" ale nie czuje zeby to bylo prawdziwe, tylko takie sarkastyczne, ponizajace. nie wiem jak on to robi, ale potrafi tak zakrecic mna, ze mam wrazenie ze kazda klotnia byla przeze mnie, ze to zawsze moja wina.
11 2014-04-26 02:48:24 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-04-26 02:54:58)
Nie jesteś naprawde wyjątkiem. On dla każdej będzie taki sam. Nie ma tu Twojej winy. Tzn jest, że sobie pozwalasz i nie odchodzisz, ale tylko tyle.
To jest najbardziej męski typ mężczyzny. Bierze to co chce.
A że chce takie rzeczy, których Ty nie chcesz... dlatego własnie pasujecie, ale nie pasujecie.
Pasujecie bo życiowo na pewno da sobie radę, ale ogólnie w związku sama wiesz co sie dzieje.
nie chce go takiego, zawsze bylam bardzo ostrozna w kwestii facetow. on wydal mi sie spokojny, ambitny, pracowity, z planami na przyszlosc dla nas, nie pije, nie pali, siedzi ciagle w domu, nie ma tutaj zadnych znajomych, woli spedzac czas ze mna, wyjsc na spacer. nasze klotnie zaczely sie od tego, ze wypominalam mu ze uprawial seks zanim sie poznalismy. ta historia zmienila moje zdanie o nim, ale stwierdzilam, ze widocznie to normalne, ze to robil. ale robil to z przypadkowymi kobietami ktore zaczepial z kolega na ulicy na pytanie czy maja zegarek, a potem uprawiali seks w krzakach. ostatnia byla jakas baba po 30, albo w okolicach 40, poznal ja na jakims miejskim festynie, a potem 3 razy umawial sie z nia na seks, jezdzil po nia i robili to w krzaczorach na lace. czulam do niego ogromny wstret jak mi to powiedzial, nie moglam tego sluchac, ale chcialam wiedziec coraz wiecej, znalam kazdy szczegol. nie moglam patrzec na kobiety, w kazdem widzialam taka ktora ma ochote na "mlode miesko". mialam prawie obsesje na tym punkcie, ale mysle ze udalo mi sie juz to zaakceptowac, juz prawie o tym zapomnialam, juz o tym tak nie mysle, odrzucilam od siebie te mysli. ale w klotniach czesto wypominalam mu, ze jak ja mu nie daje, to niech idzie do Pani X, on wtedy zeby bylo mi przykro mowi cos w stylu, ze z nia to przynajmniej to robil i bylo mu dobrze. mi wtedy jest jeszcze bardziej przykro. jednak kiedy sie o tym dowiedzialam, a bylo to juz na poczatku znajomosci to mi to przeszkadzalo, jednak jeszcze na poczatku nie myslalam, ze bedziemy razem. dopiero kiedy zostalismy para zaczelo mi to przeszkadzac. Ale to juz nie jest tak wazne. chcialam napisac, ze jego przeszlosc seksualna byla jego jedyna wada. kiedy sie poklocilismy o to, to plakal, mowil ze mi zaufal, ze nie jest z tego dumny, ale ze zaluje ze mi to powiedzial. stwierdzilam, ze musze mu to wybaczyc. dopiero kiedy razem zamieszkalismy pokazal mi swoj prawdziwy charakter. a on mowi, ze ja pokazalam swoj. takze obydwoje sie rozczarowalismy soba.
Zero zdziwienia. Znam te historie, jakbym Cie znał i jego tak samo. On kobiety ZAWSZE bedzie miał pod ręką i same będą mu sie do krzaków pchały. Oczywiście te, które nie umieją zapanować nad dolną częścią ciała.
czuje jakby te problemy odchodzily teraz, kiedy on spi. ale tak jak piszesz, jutro znowu o cos sie poklocimy. wiem, ze tak bedzie. mam po prostu watpliwosci co do siebie, bo mama nie raz mi mowila, ze ejstem zołzą, ze mam paskudny charakter. boje sie, ze moze jednak robie cos, co sprawia ze sie klocimy, moze to ze mna cos jest nie tak, moze powinnam mu odpuscic, dac mu sie wygadac skoro tak opuszczaja mu sie emocje, jesli bedzie na mnie gadal. ale on tez nie jest dzieckiem, mowie mu, ze jego slowa mnie rania bardziej niz moje uderzenia jego. kiedy placze juz do mnie nie przychodzi, mowi to co moja mama, ze marnuje zycie na placz i smutek i ze do niczego w zyciu nie dojde. to boli, zwlaszcza ze mowi mi to juz druga bliska mi osoba. nie czuje jego wsparcia, ale ja tez jakos bardzo jego nie wspieram, nie mam juz na to ochoty. chociaz wczesniej kibicowalam mu, pomagalam jesli moglam, jesli widzialam, ze pracuje, to moglam posprzatac, czy zrobic obiad, ale czasem czuje sie jak sprzataczka, ktorej on nawet nie powie dziekuje.
Wygadasz się, a i tak go nie zostawisz. Oni wykorzystują waszą słabość, zaniżają jeszcze poczucie wartości i dzięki temu zaczynasz winić siebie w tym wszystkim. Opisywałem to niedawno tutaj na forum. Typowy schemat i żadnych zmian. Chyba, że na gorsze.
pamietam, ze jego matka i siostra przez niego plakaly kiedys, bylam tego swiadkiem, rozumiem, ze mozna sie jakos poklocic, ale on juz przesadzil, tlumaczy sie na swoj sposob, ze w domu mial patologie... ahhh, szkoda gadac. moi rodzice mysla, ze on jest taki spokojny, mily - taki jest u mnie w domu, i wtedy jest mi z nim dobrze, mam ochote byc blisko niego, wtedy wydaje mi sie taki atrakcyjny, znowu jestem w nim zakochana. ale kiedy wracamy do jego mieszkania czar pryska. mowilam mu o tym, ale on uwaza ze nie kloca sie tylko nienormalni ludzie. i ze jesli ludzie sie nie kloca w zwiazku to cos jest nie tak... ja mu powiedzialam, ze trzeba umiec sie klocic, i jesli ktos zaczyna wyzywac druga osobe to trzeba sie powstrzymac. jest jeszcze cos.... w zeszle wakacje moja dobra kolezanka, jedna z naprawde niewielu zaprosila mnie do siebie do domu(mam z nia juz tylko smsowy kontakt) na urodziny. przed wyjsciem poklocilam sie z nim o jakas glupote. mial mnie odwiezc, schodzilam po schodach i nagle splunal z gory przed moja stopa. poczulam sie strasznie upokorzona, myslalam, ze celowal w glowe, on twierdzil, ze na schody. plakalam, nie chcialam mu oddawac, zeby nie znizac sie do jego poziomu, ale oplulam go w twarz, widzialam, ze to go dotknelo. wiem, ze to patologia, ogromnie sie tego wstydze i bardzo tego zaluje, to nie jestem prawdziwa ja, stalam sie agresywnym potworem... pisal mi smsy ze to koniec, ze sie pakuje, nie moglam wysiedziec u kolezanki, przetsraszylam sie, co zrobilam, pobieglam do niego, przepraszalam, prosilam zeby zostal, zeby nie wyjezdzal, jakos sie pogodzilismy, ale tak jak on to stwierdzil "niesmak pozostal". pare miesiecy pozniej w wielkiej awanturze zrobilam to znowu, plakal, czul si eprzeze mnie upokorzony- tego chcialam, zeby poczul sie tak jak ja. teraz mi to ciagle wypomina, ze to ja go oplulam, a zapomina ze to on pierwszy to zrobil. ja mu oddalam, w zyciu by mi nie przyszlo do glowy zeby kogos opluc, a juz na pewno nie osobe ktora kocham, bo byl dla mnie szok. to brzmi jak patologia, jest mi wstyd za to co sie stalo z moim zyciem, kim sie stalam. ale ostatnio cos sie zmienilo . czuje, ze dojrzalam juz na tyle zeby sie opanowac w klotni, nie bic go, nie bluzgac, nie przeklinac, nie mowiac juz o pluciu(nigdy wiecej....). sprobouje jeszcze jutro, zobacze co bedzie. najgorsze jest to, ze wiem, ze on do mnie nie przyjdzie rano mowiac np. "nie smuc sie, postarajmy sie razem wszystko naprawic, wiem, ze mozemy to zrobic. nie marnujmy tego co udalo sie nam razem zbudowac". ale wiem, ze tak nie bedzie.... moze wstanie i bedzie robil swoje, moze do mnie nie przyjdzie. a potem bedzie sie zachowywal jakby nic sie nie stalo. a kiedy ja wspomne o tym, ze wczoraj zachowal sie nieodpowiedzialnie w samochodzie, zdenerwuje sie i znowu konflikt....
Jesteś dobrą, świadomą dziewczyną. Nie zasługuje on na Ciebie. Masz inne myśli o związku i o tym jak powinno się traktować drugiego człowieka. Stałaś się agresywna i robisz takie rzeczy w nerwach przez niego.
Musisz mieć kogoś bardziej wyważonego, takiego do przodu, ogarniętego, ale też dobrego, spokojnego.
Są tacy, a Ty wzięłaś sobie skrajność, która pod publiczke udaje. I mu to wychodzi, bo jest człowiekiem sukcesu i zmanipuluje wszystkich, by osiągnąć cel.
nie chce sie dawac tak ponizac, on mial mnie bronic przed takim czyms. czasem mu mowie, ze powinien mnie bronic przed samym soba, bo to on mnie najbardziej krzywdzi. ludze sie, ze cos sie zmieni, staram sie zaczac od siebie, zeby widzial, ze sie staram, ale kiedy widze ze to nic nie zmienia to coraz bardziej chce wrocic do rodzicow, do swojego pokoju. wiem, ze w koncu przyjdzie moment ze sie rozstaniemy. jest mi tak smutno, bo zawsze chcialam byc tylko z nim, myslalam, ze trafilam los na loterii.... on raz mi mowi, ze mnie kocha, ze chce zebym go przytulila, a za jakis czas ze mnie nie potrzebuje, "nigdy nie ufaj kobiecie", tak jakbym byla tylko "kobieta", a nie jego ukochana. on twierdzi, ze tym opluciem wszystko popsulam, ze zniszczylam to co bylo miedzy nami. a ja pamietam, jak jeszcze wczesniej bylam na wieczorze panienskim mojej siostry, on sie martwil ze ktos mnie poderwie, ze mnie wykorzysta seksualnie. w ogole sie nie bawilam, mialam poczucie winy, ze robie cos zlego, mimo tego ze nic zlego nie robilam... odebral mnie obrazony, twierdzac ze jestem pijana, chociaz nic nie pilam, i ze wygladam jak wiadomo kto.... bylo mi bardzo przykro, bo ubralam sie normalnie, w przeciwienstwie do innych dziewczyn ktore byly ubrane bardzo skapo. wtedy tez chcialam odejsc, bardzo mnie ranil swoim zachowaniem, swoimi slowami. myslalam, ze bedziemy sie dobrze dogadywac, bo zawsze mowilam mu prawde, nie owijalam w bawelne, mowilam prosto z mostu czego oczekuje, co mysle, co czuje. nie chcialam zeby byly miedzy nami jakies niedomowienia.
Masz społeczne przyzwolenie, by od niego odejść.
Więcej, to jest rada.
Więcej, powinnas zrobić to już dawno temu.
Więcej, on się nie zmieni.
Ciesz sie, że nie ma nałogów i jeszcze jako tako jest zaradny, bo wylądowałabyś w wariatkowie.
albo bylam z nim w moja mama w sklepie, moja mama czekala w kolejce razem z nim, ja pobieglam na chwile do sklepu obok, powiedzialam mu to, ale nie uslyszal, po paru minutach mnie znalazl i byl wkurzony czemu go zostawilam, czemu nic nie powiedzialam, i splunal do miski ktora stala na polce (do kupienia), i wyszedl ze sklepu. bylam w szoku jak mozna sie tak zachowywac, bylam bezradna. bylo mi wstyd. jak idziemy do skkepu i chce kupic chleb to tez robi mi wyrzuty, ze co ja znowu kupuje, ze jestem glupia, ze nie mysle. bardzo mnie to boli, bo zawszse bylam dobra uczennica, a on zrobil liceum zaoczne, bo w tym czasie juz zarabial pieniadze. i tak jak piszesz, uwazam, ze na pewno dobrze na tym wyjdzie, bo nie ma zasad moralnych. to jest kolejna kwestia, on jest slabo wyksztalcony, nie zna jakichs pojec, ktore sa oczywiste, nie chce sie niczego uczyc, bo twierdzi ze ma wazniejsze sprawy do roboty, ze musi zarabiac pieniadze.... nie wiem jak on to robi, ale jest sprytny i lepiej wyszedl na tym ze rzucil szkole niz ja, ze jestem na studiach bo nic nie mam.
dzieki thepass za rady, zawsze mnie zastanawia kim sa osoby, ktore radza na takich forach. wydajesz sie byc mily, ale co tutaj robisz? tez masz problemy w zwiazku, czy to Twoje hobby zeby pomagac innym?
ja bede sie zbierac do spania, pewnie niedlugo zacznie sie robic jasno... nie wiem co bedzie jutro, ostatnio bardzo czesto ide spac i prosze w duchu zebym sie obudzila w jakiejs innej rzeczywistosci. wiem, ze w porownaniu z kims innym moj problem jest maly. wiem, ze gdybym czytala swoj wpis pare lat temu to pomyslalabym ze jestem glupia, ze daje sie tak traktowac. ale wiem rowniez ze zalezy mi na tym czlowieku mimo calego tego bolu, ktory mi sprawil i mam codziennie nadzieje, ze bedzie miedzy nami dobrze.
23 2014-04-26 03:49:38 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-04-26 03:51:14)
Takie hobby, dobre
Mnie kobieca psychika bardzo interesuje, oczekiwania, wewnętrzne pragnienia. Ogólnie też relacje międzyludzkie i ich prowadzenie. Przyczyny rozpadów związków, przyczyny ich zawierania. Trafiłem tu po utracie związku, ale widze, że ludzie sobie nie radzą, nie rozumieją i zostałem. Dzięki temu wiem, że nie miałem ani źle ani nawet średnio źle, bo jak niektóre dziewczyny tu sie męczą to łapie sie za głowe. Ale też z drugiej strony dziwie czemu sobie na to pozwalają. Dlatego najlepiej wszystko co złe polecam pisać sobie na kartce. Nie zalety chłopaka jak ON sobie radzi, tylko jak WY sobie radzicie. Bo tu chodzi jaki jest związek, a nie jaki jest drugi człowiek dla samego siebie. Dla Ciebie jaki jest. Pozniej czytasz swoje wypowiedzi i dopiero zauważasz, że to patologia.
Taka sytuacja się powtarza i kobiety nie umieją odejść. Już to pisałem też. Ludzie w kontekście historii się zmieniają, ale sam przebieg historii nigdy. Podsumowując "kocham, ale sie męcze".
mielismy stworzyc kazdy taka liste, co mu sie podoba w drugiej osobie, czego nie akceptuje, czego mu brakuje w zwiazku, ale nigdy tego nie stworzylismy. zreszta ja wiem, co on napisze: brak seksu, tak czesto mi o tym przypomina ze az mi to obrzydzil....
kiedy juz mialam sie pakowac, to mowilam mu, ze bedzie mu mnie kiedys brakowac, i ze doceni dopiero kiedys to co mial, to on na to ze wie ze bedzie plakac, ale ze jesli odejde to pokaze ze klamalam, ze go oszukalam, ze go wykorzystalam, ze nie jestem prawdziwa, i ze okaze sie s**a itd.... a potem mowi, ze to ja bede za nim plakac, ze bede go blagac, zeby ze mna byl, ze bede lezec na podlodze i ryczec...
a moze masz jakies rady jak sprobowac go zmienic? jak sprawic, zeby chcial sie zmienic? jak uratowac ten zwiazek? wiem, ze jemu tez na mnie zalezy, ale sprawy potoczyly sie juz tak daleko, ze ciezko wrocic do etapu w ktorym sie szanowalismy...
26 2014-04-26 04:02:56 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-04-26 04:04:45)
I tym pokazuje, że jest pewny siebie, a Ty będąc tą słabszą mu wierzysz i dlatego czujesz, że w każdej kłótni on ma racje.
Czujesz, że go nie "złamiesz", że on sobie poradzi. To bedzie Cie boleć. Jednocześnie nie chcesz go krzywdzić zostawiając go i bojąc się, że zrobi Ci coś po rozstaniu. Wpadłaś w pułapke i co Ci moge wiecej powiedzieć? Jak zrozumiesz, to odejdziesz. Jeśli nie, to on Cie rzuci i będzie boleć podwójnie.
Jego zmienić może by się dało tylko w jednym przypadku. Gdybyś się szanowała.
Wymagasz, więc chcesz to dostać. Nie dostajesz to odchodzisz. I jeśli on naprawde kocha, to przyjdzie do Ciebie i powie, że sie zmienia, bo zrozumiał. Dajesz szanse, ale jeśli on znowu popełnia błędy to definitywnie to konczysz. Nie ma innego wyjścia. Słowa > jego reakcja > rezultat. Jeśli pozytywny - cieszysz się, jeśli negatywny - jesteś wolna i też sie cieszysz, bo masz szanse poznać kogoś kto będzie dla Ciebie lepszy.
thepass Dziękuję za rady i za poświęcony mi czas. Jutro tutaj zajrzę, może ktoś coś dopisze. Pozdrawiam wszystkich i dobranoc.
thepass napisał już wszystko, także nie mam nic do dodania, a szczerze mowiac mi się tez otworzyly oczy na pewne sprawy, bo wslasnie szukałam takiego tematu jak twój z uwagi na podobieństwo do mojego związku,
29 2014-04-26 12:53:44 Ostatnio edytowany przez paula31128 (2014-04-26 12:57:58)
jedno mogę podpowiedzieć, gdyż małam identyczną sytuację, jeżeli chodzi o zatracenie własnej wartości itd,
Wyprowadzając się do mamy, powoli nabierałam pewności, zaczynałam wierzyć w siebie. Wartości , które zatraciłam gdzieś po drodze zaczęły wracać.... ale na to trzeba czasu... Również nie wyobrażałam sobie powrotu do rodziców, ale to była chwila, sekunda, kiedy miarka się przebrał, gdy się napił, uderzył i jak zwykle rano nic nie pamiętał. I ja mam dziecko... Chwile u mamy odpoczęłam, i szybko poszukałam pracy, w dodatku studiowałam. Nie wiem tylko co mi strzeliło do głowy by tu wrócić.... Nie popełniaj tego błędu... Życzę poprawnej decyzji....
PS. Też bałam się, że wyjdę za drzwi.. i co wtedy... a jak on nie przyjdzie? nie przeprosi? nie powie wracaj? Zostanę sama....
A on byl taki pewny ze ja go nigdy nie zostawie... Nawet smiejac sie prosto w oczy powiedzial te slowa mojej mamie,,, a tu prosze... zaskoczenie, wyprowadzilam sie, a on przyjezdzal, przepraszal, blagal, ale wtedy to juz bylo dla mnie nie wazne.... w koncu poczulam ulge...
POWODZENIA
Witaj. Wiem dokładnie jak się czujesz, jestem w bardzo podobnej sytuacji. Mój mężczyzna tez mnie źle traktuje , a mimo wszystko zaraz o tym zapominam i chce , żeby bylo pieknie. Miłość z ogółu jest pieknym uczuciem, lecz niestety także niszczącym. Mam nadzieję, że zdobędziesz się na odwagę i zakończysz ten związek. Wiem, że okropnie będziesz się czuć bez niego, ale trzeba wierzyć, że z czasem to minie. Bo z pewnością zasługujesz na kogoś lepszego.
pozdrawiam i zyczę powodzenia ! ![]()
Miłość nie jest uczuciem niszczącym, tylko same wybieracie sobie takie miłości. Te nieprawdziwe. Miłość prawdziwa motywuje, wspiera.
Nie zawsze można rozpoznać taką miłość na początku. Po czasie okazuje się dopiero prawdziwe oblicze tej osoby, a w tedy najczęściej jest za późno, żeby tak po prostu odejść. W takim momencie zazwyczaj nie wyobraża się życia bez danej osoby.
To jest tylko wytłumaczenie, by zrzucić odpowiedzialność za własne życie.
Nie wiem jak to można nazwać zrzucaniem odpowiedzialności za własne życie. Chyba logiczne jest to, że nikt z nas nie planuje sobie takiego życia. Jestem przekonana, że werrrooonikkkaaaa tak jak większość kobiet nie wiedziała na początku w co się pakuje. Nie można tego przewidzieć.
A czy ja to neguje? Dopóki jest dobrze, to jest dobrze i trzeba to pielęgnować. Jak jest źle to trzeba podjąć decyzję o zmianach lub rozstaniu. Trwanie w tym to jest zrzucanie odpowiedzialności na los i tak naprawde godzenie się z tym wszystkim, a jednocześnie marudzenie, niezadowolenie i brak satysfakcji. Postawa "jest jak jest" czy ślepa wiara w zmiany jest najgorszym co człowiek może ZE SOBĄ i swoim życiem robić.
Witam ponownie. Zdecydowałam się, wróciłam do rodziców w sobotę w południe. Rano do mnie przyszedł i chciał się pogodzić, ale jakoś tak dziwnie mówił, czułam, że nic się nie zmieni, że będzie jak zwykle. Potem znowu się kłóciliśmy, miałam tego dość i zadzwoniłam po tatę. Przyjechał, był trochę zły, bo w trójkę mieliśmy za pół godziny jechać na mecz. Wzięliśmy połowę rzeczy, mój chłopak pomagał mojemu ojcu znieść rzeczy, bo ojciec już się wkurzał, ile tego jest... Ojciec pojechał na mecz, a ja z chłopakiem pojechaliśmy jego autem po resztę rzeczy. Płakał, był miły, a za chwilę znowu wyzywał (mówił, że to po to, żeby było mi łatwiej odejść). Wróciłam do domu, rozpłakałam się, mama mnie pocieszała trochę, potem zajęłam się wypakowywaniem tych rzeczy. Dopiero dzisiaj skończyłam wszystko układać tak, żeby był porządek. Przywiózł mi jeszcze po południu tamtego dnia lampkę, ale nie chciał zostać, wyszedł od razu, widziałam że płakał. Po paru godzinach napisał mi smsa że leci teraz program w tv, który lubię. Potem cos jeszcze napisal, ja też, ale nic takiego pod temat. Nastepnego dnia rano chcial sie spotkac, to wyszlam z nim razem z psem. gadalismy, ale czulam ze dalej nic nie rozumie, mowil, ze ja chyba nie mysle, co ja mam w glowie. chcial jechac gdzies ze mna i pogadac na spokojnie, ale ja nie chcialam, powiedzialam mu, zeby sie zastanowil nad tym wszystkim i ze mozemy sie spotkac za 1-2 dni, ze ja tez musze wiele przemyslec. on sie rozplakal, zostawilam go, poszlam z psem, a on odjechal. po godzinie zaczal mi pisac smsy ze go skrzywdzilam, ze on sie wyprowadzi. troche mnie to ruszylo, ale stwierdzilam, ze moze tak bedzie lepiej. potem mi pisal, ze prosi mnie o rozmowe, ze jest w okropnym stanie, ze chce porozmawiac, ze chyba po takim czasie ile bylismy razem, mieszkalismy to chyba zasluguje chociaz na to. pomyslalam, ze ma racje i rozmawialismy chwile przez internet. przeprasza, prosil zeby mogl przyjechac. zgodzilam sie, widzialam, ze naprawde chce mi cos powiedziec. w miedzyczasie przyjechala moja siostra, byla tez moja mama. poszlismy do mnie do pokoju to rzucil sie w moim kierunku, zlapal mnie za nogi, przytlil sie do nich, zaczal plakac i powtarzal "przepraszam". nie mogl sie uspokoic, przytulilam go, on przepraszal, widzialam, ze naprawde to przezywa. rozmawialismy, zostal u mnie jeszcze z 3 godziny, jakos sie tam pogodzilismy. dzisiaj tez u mnie byl. on ciagle placze, dzwoni do mnie, pisze, widze ze jest mu bardzo ciezko, mowil ze jak poszlam to wymiotowal 3 razy. mam nadzieje, ze cos zrozumial. on teraz chyba oczekuje, ze jak juz jest lepiej, to od razu do niego wroce, do mieszkania razem. ale ja na razie nie zamierzam tego robic. jesli mam do niego wrocic do mieszkania, to chce byc tego w 100% pewna. pisze do mnie juz 1,5 godziny o tym co jest miedzy nami, mam juz tego powoli dosyc, bo ani ja nic nie moge zrobic, ani on. plakalam tylko raz, od razu po przyjsciu do domu w sobote. ale potem juz nie. o dziwo bardzo dobrze znosze ta rozlake, w przeciwienstwie do niego. on chce, zebym do niego przyszla, wziela jakas ksiazke i sobie czytala, chce zebym byla tam, zeby on nie byl sam, meczy mnie juz ta rozmowa, nie wiem co mam mu napisac, zeby w koncu zrozumial. jak mu napisze cos bardziej dosadnego to dzwoni do mnie i ryczy. uspokajam go. on chce zebym dala mu odpowiedz, czy bedzie dobrze, ja nie ejstem w stanie dac mu takiej odpowiedzi. wpadl w rozpacz, cos tam mowil, ze on odejdzie i wtedy ja bede zanim plakac i zalowac. nie wiem co mam o tym wszystkim myslec.
Widzisz Weroniko. Tak działają nieprawdziwe miłości. On zaczyna słabnąć gdy traci grunt pod nogami, wychodzi z niego ten słaby człowiek, którego ukrywał wyżywając sie na Tobie. Ty za to widząc jak "mięknie" widzisz, że nie jest jednak kimś kto ma racje i że rzeczywiście chłop sam ze sobą nie daje rady. I to też pokazuje, że wcale prawdziwą miłością go nie darzysz, tylko tą wyobrażeniową. Dopóki był zły dla Ciebie to trzymałaś się go, obwiniałaś sama, bo on wiedział że może panować nad Tobą. Ty tego nie rozumiałaś i myślałaś, że to z miłości sie tak zachowujesz. Teraz pokazuje słabość, bo zaczyna widzieć, że jesteś silniejsza niż myślał, więc miota się z myślami i jest niespójny. Grał cwaniaka, a Ty "kochałaś" bo robił Ci krzywdę. Toksyczna miłość, nie prawdziwa...
Plus te manipulacje, że wyzywa, by łatwiej było Ci odejść. Że Twoja wina, ze krzywdzisz go. Szkoda, że nie widział tego wcześniej.
Cokolwiek się wydarzy cieszy mnie to, że podjęłaś wreszcie kroki ku swojemu szczęściu!
on teraz wylaczyl komorke, wiem, ze na pewno jest w histerii, jest mu bardzo ciezko. boje sie, ze moglby cos sobie zrobic, albo po prostu sie spakuje i gdzies wyjedzie, na pewno nie do swoich rodzicow, oni nic nie wiedza. ukryje sie przed wszystkimi, przede mna tez. mysle, ze moja obojetnosc i to ze bylam taka zimna go dobilo. a moze po prostu poszedl spac i tyle.... mam dosyc tych dramatow, ja tez chce sie pogodzic i zeby byly zmiany miedzy nami na lepsze i na stale, ale on nie rozumie, ze nie da sie tak od razu tego zrobic. znowu to ja czuje sie winna.... co za chory zwiazek, dzisiaj bylo dobrze, przyjechal do mnie, siedzielismy u mnie w pokoju, ogladalismy tv, poszlismy na spacer z psem. on wrocil do swojego mieszkania, przybila go znowu ta samotnosc, zaczal dzwonic z placzem, potem pisalismy przez internet to sie uspokoil, potem znowu plakal i dzwonil. teraz ciagle wlacza mu sie poczta.
39 2014-04-28 22:08:39 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-04-28 22:10:19)
I to jest zrzucanie odpowiedzialności. Wciąż to będe tłumaczył.
Popatrz. Człowiek nieodpowiedzialny zawsze chce by podejmowano za niego decyzje. Jest wtedy wolny, ale tak naprawdę nigdy nie jest sobą. Zawsze jest sterowany, omamiony, wykorzystany.
Za to jeśli drugi ten odpowiedzialny człowiek go krytykuje, to i go słucha i znowu sie obwinia. Bo przecież koło tej nieodpowiedzialności sie kręci.
Teraz podjęłaś jakąś decyzję, zaczęłaś być bardziej aktywna w tym i teraz czekają Cie konsekwencje podjętych decyzji.
Tylko pamiętaj o tym, że Ty podejmujesz decyzje po to by było Ci dobrze. Ty za to czujesz sie winna wszystkiemu co Cie otacza. Tak nie mozna.
Zrobisz coś dla kogoś - źle, bo ktoś tego nie chce. Zrobisz coś dla siebie - źle, bo kogoś krzywdzisz.
Gdzie jesteś Ty w tym wszystkim? Ceń siebie i wymagaj od kogoś tyle ile sama dajesz.
Jeśli dostajesz krzywdę, to nie możesz sie winić za to, że szukasz ukojenia, podejmując decyzje.
I to nie wet za wet, tylko próbujesz mu coś wytłumaczyc, by zrozumiał. Akcja - reakcja.
Nie uda się, to widocznie nie jesteście stworzeni dla siebie. Nie ma tu winnych, a jeśli jest to on. Bo to on pokazywał wyższość i że może Tobą pomiatać. Nie ma tu w ogóle Twojej winy, tak jak to, że podejmujesz decyzje o rozstaniu nie jest też Twoją winą, a jego. To że on płacze, histeryzuje to też konsekwencja jego czynów, ktore myślał, że będą mu wybaczone. Bo przecież Ty bierzesz na klate wszystkie krzywdy.
tak, masz rację. chodzi mi tylko o to, że moze tak go zszokowalo to, ze odeszlam, ze moze powinnam jakos mu pomoc, nie wiem co mam zrobic, zeby sie uspokoil, widze ze naprawde to przezywa. ja sie teraz o niego zamartwiam, a moze on sobie teraz spi... nie chce zeby mial wrazenie ze jest mi obojetny. zachowuje sie tak, zeby nie dac sie nabrac na jego pozorna zmiane, chce miec pewnosc ze sie zmienil. zastanawiam sie, czy nie napisac smsa do jego mamy, ze sie rozstalismy, zeby z nim porozmawiala. jego rodzice mieli do niego przyjechac za pare dni, wtedy sami zauwaza ze juz mnie tam nie ma, ze nie ma moich rzeczy. dzisiaj bylo dobrze, przytulalismy sie, trzymalismy za rece. a teraz znowu dramat, a moze ja tylko go teraz robie? serce mnie sciska jak sobie mysle, ze on lezy tam sam i placze, bo jest mu zle beze mnie. ale nie zapominam o tym wszystkim zlym, co bylo miedzy nami. czuje miedzy nami dystans, ale jest to osoba bardzo mi bliska, dlatego to takie dziwne i nie da sie tego opisac.
Wiem o co chodzi, ale po prostu Ci go szkoda, bo jesteś dobrą osobą. Tylko spytaj sobie czy on też by tak płakał, gdyby Ciebie zostawił...
on musi sobie z tym sam poradzić. Może go coś to nauczy.
pare miesiecy temu, kiedy sie klocilismy i myslalam, ze to koniec napisalam mu smsa "prosze cie, pomoz mi", on teraz mi to przypomnial i tez o to prosil. boje sie o niego, zalezy mi na nim caly czas, chce dla niego jak najlepiej... nie mam pojecia co mam robic. chyba tylko isc spac, bo na niczym sie nie moge skupic.
Sama mowilas, ze jest to zaradny człowiek. Uwazasz, ze jednak jest slabszy niz Ty i sobie gorzej bedzie radził? Co najwyzej jak to pisalas moze Cie szantażować, czy grozic, albo na litosc brac...
Kobieto zostaw tego człowieka, nie reaguj na jego gierki. Zostaw go i zerwij z nim znajomość, póki jeszcze Ciebie nie zniszczył całkowicie.
nie wiem juz co mysle. albo spi, albo juz mnie zwyzywal i sie spakowal. w tym przypadku nie jest mi go zal. ale jesli okaze sie, ze z wycienczenia zasnal to jutro bedzie to samo. powiedzialam mu, ze musi sobie z tym jakos poradzic, on histeryzuje, ja jestem przerazajaco obojetna i zimna, nie dopuszczam do siebie emocji, pewnie dopiero za jakis czas odreaguje. on mowi, ze ja mam teraz latwiej, bo siedze sobie u rodzicow, a on w tym beznadziejnym mieszkaniu (naprawde jest beznadziejne, wszystkiego sie tam odechciewa). niczego bardziej nie chce niz to, zeby sie nam udalo, zebysmy sie dogadywali i szanowali nawzajem.
Jak chcesz się godzić na życie pełne zachowań, o których napisałaś w pierwszym poście...to krzyżyk na drogę. Pamiętaj, że szkoda na to życia.
Boże... Uciekaj od niego gdzie pieprz rośnie. Tak się nie zachowuje kochający facet. Co z tego, że on teraz sobie popłacze i poużala się nad sobą jak pewnie za jakiś czas byłoby to samo. Już dawno powinnaś go zostawić.
48 2014-04-29 12:11:09 Ostatnio edytowany przez martka88 (2014-04-29 12:17:29)
werrrooonikkkaaaa
Byłam w podobnej sytuacji, ile podobieństw wyłapałam czytając twój wątek:)
Co prawda nie doszło do ciągłego wyzywania mnie, plucia itp, ale większość zachowań zgadza się. Też płakał jak go zostawiłam, mi serce się krajało jak pisał mi, że cały dzień wymiotuje, że któryś dzień z rzędu nie je, że nigdy w życiu tak nie płakał, miałam ochotę pobiec do niego i przytulić, żeby tylko się tak nie czuł...Wiedziałam, że jest w histerii i to samo słyszałam od znajomych, ale nie ugięłam się, choć było mi strasznie ciężko.
Oczywiście powstrzymałam się od tego, żeby go pocieszać, myślę, że nie ma innego wyjścia, przypomnij sobie jak cię traktował i ta empatia nie będzie tak silna. Nie obwiniaj siebie o to całe zło, ja rzucając go usłyszałam " że to ja go krzywdzę a nie on mnie", co było oczywiście nieprawdą, to on traktował mnie źle, to ja wylałam morze łez przez 3 lata, to ja prosiłam o zmiany i chciałam być dla niego idealna.
Ja też miałam takie dziwne uczucie, że nie jestem sobą.
Raz zdarzyło się, że uderzyłam go w twarz...To nie było lekkie pacnięcie "z liścia", to było mocne uderzenie - do tej pory się tego wstydzę, mam uczucie, że to nie byłam ja, ja nigdy czegoś takiego bym nie zrobiła, to jest patologia - myślę, że te nerwy które on u mnie wzbudzał doprowadziły do tego.
Kiedyś gdzieś przeczytałam, że jeżeli wydaje ci się, że związek sprawia, że stajesz się gorszą wersją siebie jest toksyczny. Ja byłam właśnie taką gorszą wersją samej siebie, nigdy bym nie pomyślała, że mogę taka być.
Też słyszałam po rozstaniu, że jak mogę być taka zimna i obojętna, też bałam się ujawnienia naszych prywatnych zdjęć i w sumie nie wiem czy już wszyscy jego koledzy nie widzieli mnie w jego telefonie...Trudno, co zrobić.
Co do seksu, to również ta kwestia była problematyczna, ponieważ ja po kolejnej awanturze zwyczajnie nie miałam ochoty się do niego zbliżać, myślę że u kobiet to wszystko zaczyna się w głowie, facet jest w stanie to oddzielić i strasznie dziwnie się czułam jak rano po wieczornej awanturze jak gdyby nigdy nic dobierał się do mnie, a gdy odmawiałam tłumacząc tym, że przez kłótnię nie mam ochoty, to słyszałam tylko "oooj, już przestań, nic takiego się nie stało, ile będziesz to rozpamiętywać" i kontynuował. Nie muszę chyba pisać jak się wtedy czułam, jak dmuchana lala do jednego.
Po roztsaniu prosił mnie, abym posiedziała chociaż chwile u niego, mogłabym robić co chcę, oby tylko być obok. Robił wszystko, żeby móc mnie zobaczyć chociaż na chwilę i nawet jeśli to spotkanie polegało na krótkim stwierdzeniu przeze mnie, żeby mnie nie nachodził to i tak potem dostawałam wiadomości, że cieszy się, że chociaż przez chwilę mnie zobaczył. To jest choroba, to nie jest miłość, tylko jakieś pieprzone uzależnienie - wniosek jedne - ucieeekaaaj!
Naprawdę nie ma co marnować czasu, jeśli jeszcze się nie zmienił, to nie zrobi tego. Zresztą musiałby dokonać takich zmian u sibie, że to chyba nawet nie jest możliwe...;)
Weroniko-jak na froncie.Mam nadzieję,ze nie ratujesz swojego zombi tylko siebie samą?
On przychodzi do mnie codziennie, wychodzimy z psem,trzymamy sie za rece. wczoraj ja bylam u niego ale byl taki maly konflikt o przescieradlo ktore pies pobrudzil... prosilam go dzien wczesniej zeby je zabral, ale on juz prawie spal i nie chcialo mu sie wstawac i tego zdjac... i podobno sprzatal w pokoju, a poklady kurzu sa takie jak byly... takie glupoty, a juz wyprowadzily mnie z rownowagi. ale jesli chodzi o jego zachowanie wobec mnie to widze, ze sie stara, nie przeklina, jest mily. wzial ode mnie ksiazke "mezczyzni sa z marsa, kobiety z wenus", pare dni temu bardzo chcial to przeczytac, zeby nasze relacje sie poprawily. czy przeczyta- to sie okaze. i czy to cos da. od 2 dni jest jakos inaczej, jest smutny, ze nie jestesmy juz razem w mieszkaniu, chce zebym wrocila. czuję jakby mial trochę pretensje, ze odeszlam, ze teraz on musi do mnie przyjezdzac, nie pracuje, ja sie nie ucze, a tak to bylismy razem w mieszkaniu i bylo lepiej. u mnie, przez obecnosc rodzicow, nie moze sie swobodnie do mnie przytulic, nie moze glosniej mowic. powiedzialam mu, ze sam wielokrotnie kazal mi sie wynosic z jego mieszkania, wiec o co mu teraz chodzi. on stwierdzil, ze w klotniach mowi sie rozne rzeczy i zebym nie brala tego na powaznie, to ja mu powiedzialam, ze to nie bylo raz, tylko wiele razy, kiedy mi tak mowil. ciezko jest nam sie porozumiec. nie usprawiedliwiam go, po prostu widze ze sie stara. dzisiaj tez przyjedzie. on chce zebym za jakis czas jak juz bede chciala z nim mieszkac, zebym wrocila do tego mieszkania. ale ja nie lubie tego miejsca, kojarzy mi sie ze smutkiem, placzem, brudem, wstydze sie isc przez klatke, mam wrazenie ze wszyscy sasiedzi na mnie patrza(przez glosne klotnie). w domu tez swietnie nie jest, rodzice sa na mnie cięci, przeszkadza im, ze jestem w lazience, ze za dlugo. wczoraj wrocilam pozniej do domu(22), to tez mama byla obrazona, ze z psem nie wyszlam i ze pozno przychodze, nic nie mowila, ale jej mina wyrazala wszystko). jest mi przykro i smutno, bo z rodzicami jest tak jak bylo zanim sie wyprowadzilam, nie mam z nimi bliskiego kontaktu. z chlopakiem niby sie pogodzilismy i dalismy sobie szanse, ale widze ze jego meczy ta sytuacja, ze nie jest mu to na reke, i przez to on ma swoje humory ktore maja na mnie wplyw. nie wiem jak to bedzie, czas pokaze. na pewno nie chce wracac do niego do mieszkania, jesli nie bede tego chciec, nie chce sie do tego zmuszac.
Uciekasz do tego zwiazku poniewaz nie masz wsparcia w rodzicach. Z tego co piszesz to traktuja cie jak 5 kolo u wozu. Pewnie przyjaciol tez nie masz. Wiec chcesz miec chociaz jedna bliska osobe. I dlatego jestes z nim mimo tego jak cie traktuje. Nie powinno tak byc.
weronika, jak tam?
53 2014-05-07 20:17:14 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-05-07 20:17:34)
Uciekasz do tego zwiazku poniewaz nie masz wsparcia w rodzicach. Z tego co piszesz to traktuja cie jak 5 kolo u wozu. Pewnie przyjaciol tez nie masz. Wiec chcesz miec chociaz jedna bliska osobe. I dlatego jestes z nim mimo tego jak cie traktuje. Nie powinno tak byc.
Popatrz, zupełnie jak Twoja sytuacja. Doradzasz, mimo że sama trwasz w tym... chociaz akurat Ty masz lepiej, bo totalnie jak szmate Cie nie traktuje (albo nie piszesz wszystkiego).
Witam ponownie. Jest kiepsko. On chce żebym wróciła, mówi że co to za spotykanie się znowu codziennie, jak jakieś nastolatki, skoro już prawie rok mieszkaliśmy razem. Powiedział mi, że chce, żebym się jakoś zadeklarowała, że np po obronie pracy wrócę do niego do mieszkania, i tam na próbę pomieszkamy znowu razem(tak żeby wziąć tylko najpotrzebniejsze rzeczy, a nie wszystko), i zobaczymy jak to będzie. Ja nie chcę tam wracać, ani do tego mieszkania, bo go nienawidzę, ani do niego, bo boję się znowu z nim mieszkać. Nie chcę też robić znowu cyrku z przenoszeniem się tam, wiem że rodzice nie będą z tego zadowoleni. Ale co najważniejsze- ja sama nie jestem przekonana do tego, mówiłam mu, że czuję się do tego przez niego zmuszona. On chce jakiejś deklaracji, mówi że on nie wie co ma robić, bo może nigdy się mnie nie doczeka. Rozumiem go, on chce mieć pewność, że warto na mnie czekać. Ale ja już nie chcę nic mu obiecywać. Problem jest w tym, że i tak nadal się kłócimy, jak rozmawiamy przez internet to tez... to jest straszne, ze w domu np jest ok, ale kiedy on jedzie do siebie i rozmawiamy przez internet to juz jest mu zle, bo jest tam sam w dusznym mieszkaniu. Byłam u niego pare razy i ma brudno, naczynia w zlewie, tluszcz w kuchni, brudna podloga... powiedzialam mu, zeby to sprzatnal to zaczal sie oburzac, ze jestem perfekcyjna pania domu, ze ciagle sie o cos czepiam... moze rzeczywiscie sie za bardzo czepialam, ale jesli mam tam wrocic, to chce widziec, ze potrafi sam sprzatnac w mieszkaniu, a nie ze ja mam przyjsc i wszystko posprzatac. on mowi, ze go wyrolowalam, ze on dla mnie sie przeprowadzil, przyjechal z drugiego konca polski, ze nie ma tutaj nikogo, ze go zostawilam.... jest mi strasznie ciezko, bo nie chce go stracic, on ma wiele zalet, potrafi sie mna opiekowac, czuje ze chce dla nas dobrze, ze sie o mnie troszczy, zawsze mi we wszystkim pomaga, poswieca sie dla mnie. Ale rownoczesnie nie zapominam jego wad. Nie wiem co mam zrobic ze swoim zyciem.... czuje, ze jesli sie rozstaniemy to tak duzo strace... ale nie chce byc zmuszana do mieszkania z nim, nie jest miedzy nami dobrze, nie chce mu obiecywac ze wroce do niego mieszkac, nie wiem co bedzie dalej ze studiami, nie czuje sie gotowa na mieszkanie "na swoim", wiem ze powinnam sie cieszyc, zeby mieszkac z chlopakiem, ale teraz wiem, ze to juz nie jest takie kolorowe, on mowi ze jestem jeszcze niedojrzala, ja mowie ze mozliwe, bo nie chce sie zajmowac calym domem, nie chce miec takich problemow na razie, chce sie skupic na nauce. nie czuje, zebym go tak mocno kochala, nie wiem czy go jeszcze kocham, nie wiem czy to milosc. czy w zwiazkach, tych szczesliwych ludzie sie kloca? czy potrafia normalna rozmowa sie dogadac? czy ludzie sie obrazaja? bardzo mnie boli, kiedy moj chlopak mowi, ze jestem kobieta, a kobiety sa glupsze. on moze zmienic zachowanie, ale pogladow juz nie zmieni. czasami jest mily, dobrze sie dogadujemy, ale czasami kiedy cos powie, szczegolnie jak opowiada o polityce czy religii, czy np o gwaltach(ze kobiety zawsze prowokuja facetow swoim ubiorem, ze na dyskoteki chodza wylacznie latwe kobiety) to rece mi opadaja. on twierdzi zawsze, albo A albo B, nie ma nic pomiedzy. ciezko jest mi sie dogadac z taka osoba. on mowi, ze ja nigdy nie mam swojego zdania, ze dla mnie nie ma a albo b, tylko cos pomiedzy.(bo ja zawsze staram sie patrzec na cos z roznych punktow widzenia, nie oceniam pochopnie). no coz, czesto nie mam konkretnego zdania, albo nie mam go w ogole, po prostu jesli sie na czyms nie znam, to sie nie wypowiadam. nie jestem zorientowana w wielu sprawach, wstyd sie przyznac.... zawsze mi sie wydawalo ze cos tam wiem, ale przy nim czuje sie glupia, bo nie mam wlasnego zdania. nie mam pojecia co robic, chcialabym tak bardzo zeby nam sie udalo, zebysmy sie dogadywali. od dzisiaj bede dla niego zawsze mila, nie bede mu dogryzac, nie bede prowokowac- zobacze, czy to cos pomoze. jesli nie pomoze, to znaczy ze nie uratujemy juz tego.... jest mi tak zle, wczoraj kiedy rozmawialam z nim przez internet weszla moja mama i zobaczyla ze plakalam, mowi mi, ze skoro to ma tak dalej wygladac, to moze trzeba sie rozstac... sama juz nie wiem, rozstanie to nie jest latwa rzecz, to nie jest obca osoba, to jest ktos kogo(chyba jeszcze)kocham, na kim mi zalezy, bo jest to moja najblisza osoba, przyjaciel. nie mozna sie z taka osoba nagle rozstac, zreszta ja nie chce sie rozstawac, chce z nim byc, chce byc z nim szczesliwa. chce zebysmy obydwoje sie starali...
55 2014-05-21 23:36:55 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-05-21 23:51:35)
Ty nie chcesz z nim być tylko z wyobrażeniem o nim. Taki jaki jest Ci nie pasuje. Będąc uległą zatracasz siebie i pozwalasz mu na jeszcze gorsze traktowanie. Nie zmienisz ani jego, ani jego podejścia do kobiet. Zrozum. I nie nazywaj kogos takiego przyjacielem. Na tym to nie polega. Z reszta milosc tez nie.
Rozumiem.... Ale to takie ciężkie do wykonania. Jak mam się rozstać z najblizszym mi czlowiekiem? Chce nam dac jeszcze jedna szanse... ale tak sobie mysle, ze jesli obydwoje bedziemy sie tak bardzo starac zmienic, to chyba nie jestesmy dla siebie stworzeni, bo jemu nie pasuje moje zachowanie, a mi jego, nie powinnismy sie zmieniac az tak bardzo, tylko kochac sie takimi jakimi jestesmy. ja tez mam wiele wad, nie jestem bez winy, ze sie klocimy. ale wiem tez jaki to typ czlowieka. jest mi tak zle, bo na poczatku, kiedy zaczelismy byc razem, nie znalam jego drugiej, ciemnej strony. On teraz chce wrocic z powrotem do swoich rodzicow, tzn raz mowi ze chce, a za jakis czas mowi, ze jeszcze nie wie, czy to zrobi. mowi, ze nie ma pieniedzy, ze musi tam wrocic zeby zarobic pieniadze, bo teraz ledwo mu na czynsz wystarcza, a u rodzicow nie bedzie musial za nic placic. czuje ze jesli pojedzie, to sie rozstaniemy, bo nie bedziemy juz miec kontaktu. on mowi, ze jesli ja sie nie potrafie zadeklarowac, czy wroce do niego do mieszkania razem to po co on ma tutaj zostawac.... on mowi, ze mnie kocha, ze chce ze mna byc, ze jestesmy juz taka rodzina, ze on chce byc mnie pewny. ja nie jestem w stanie dac mu tej pewnosci. tez czuje sie oszukana, bo kiedy wrocilam do rodzicow, on plakal i prosil mnie, zebysmy sprobowali sie pogodzic, chcial czytac ksiazki o relacjach miedzyludzkich.... a teraz kiedy znowu sie jakos tam sprzeczamy o jakas glupote, to on nadal ma te swoje odzywki, raz powiedzial mi ze mnie nienawidzi(z tydzien temu, myslalam juz ze to koniec, ale jednak jakos dalej jestesmy razem), znowu przeklinal. ja juz nie krzycze, nie przeklinam. jedyne co mi zostalo, to jakies takie chamskie odzywki, zachowania... staram sie, zeby bylo dobrze... widze ze on tez sie stara, jest mily, ale jednym czyms potrafi wszystko zepsuc
On mi mowi, ze czuje sie jak jakas moja rezerwa, ze bawie sie nim. Nie bawie sie nim, tesknie tak bardzo za nim. za kazdym razem kiedy sie jakos bardziej poklocimy, to chce juz sie rozstac, mowie mu o tym, on jest wsciekly, idzie gdzies, nie odbiera tel. ja sie zaczynam zamartwiac, tesknie za nim, w koncu on daje znak zycia, znowu rozmawiamy i jakos jestesmy dalej razem. ciagle mu wybaczam jego zachowanie, a on moje. ale zastanawiam sie, czy nawet jesli mowie mu ze ma brudno w mieszkaniu i patrze troche za bardzo drobiazgowo na brud, to czy to jest naprawde az taki powod do klotni? przeciez gdyby mu zalezalo, to by wzial ta szmatke i w 3 minuty poscieral ten tluszcz z kuchenki. on mowi, ze nie ma glowy do tego, ze musi zarabiac pieniadze zeby miec na czynsz, ze jest teraz sam, ze nikt mu nie pomoze, ze nie mamy juz wspolnych pieniedzy. wiem, ze pewnym osobom moze sie wydawac smieszne to, ze mieszkalam z chlopakiem i dostawalam pieniadze od rodzicow, zamiast sama zarobic. ale poki sie ucze, chce sie skupic maksymalnie na nauce, a nie na pracy. on mi ciagle mowi, ze kiedy beda pieniadze to nie bedzie problemow. ale kiedy to bedzie? on ma wielkie plany, ale gorzej z ich wykonaniem... w kazdym razie, patrze na moja siostre i jej meza, widze ze on o nia dba, ze usmiecha sie do niej, ze normalnie ze soba rozmawiaja. wiem, ze roznie to bywa, i ludzie ukrywaja ze sie kloca, ale nie sadze zeby oni sie nawzajem wyzywali, zeby on jej mowil, ze jej nienawidzi. tak bardzo bym chciala, zeby i mnie ktos tak kochal, czuje ze w moim zwiazku brakuje tak wielu rzeczy. mysle sobie o tym, ze chcialabym spotkac kogos, kto by o mnie naprawde dbal, kto by mnie nie nazywal glupia, tylko madra, kto by sie do mnie usmiechal rano, a nie atakowal moj tylek zeby sie poocierac... nigdy mnie nie przytulil rano, tak jak sobie to wyobrazalam, ze po obudzeniu usmiechamy sie do siebie, i on mnie przytula. rzeczywistosc wygladala tak, ze mu stal jego organ i chcial sie poocierac, nienawidzilam sie przy nim budzic, czulam sie jak dmuchana lala. rzadko kiedy sam z siebie mnie przytulal, on twierdzi ze to naturalne, bo przeciez w starozytnosci facet musial upolowac zwierze na obiad dla rodziny, a kobiety zostawaly w domu, sprzataly i opiekowaly sie dziecmi, ze to jest natura.... pewnie to glupie, ale strasznie mnie denerwuje ze lubi korwina-mikke, ma podobne poglady, ja nie zgadzam sie z tym czlowiekiem, strasznie mnie irytuje. juz samo to nas dzieli... mowi, ze w boga wierza glupi ludzie, smieje sie z tego. ja nie jestem osoba religijna, ale wierze w boga, ze ktos taki jest. on gada na moich rodzicow, ze sa glupi, bo ogladaja wiadomosci, a to jest przeciez manipulacja, ze to nie sa prawdziwe wiadomosci, tylko cos co ktos chce pokazac spoleczenstwu, zeby je oglupic. mowi, ze wiekszosc ludzi jest prosta, ze to idioci ktorzy nigdy do niczego nie dojda w zyciu, ze liczy sie dla nich tylko piwko po pracy. czesto sie mnie pyta jakie mam plany w zyciu, co chce osiagnac, meczy mnie takim czyms, bo ja sama nie wiem jak to bedzie po studiach. wiem, ze on chce juz mnie skrytykowac, ze pojde do zwyklej pracy, a przeciez do zwyklej pracy chodza tylko idioci, bo pracuja dla kogos, a nie dla siebie i dlatego nigdy nie dojda do niczego w zyciu. on pracuje sam dla siebie, dlatego uwaza sie za lepszego. to takie glupie, drobne rzeczy, a powoduja ze nie moge go juz sluchac, ze mam juz dosyc jego obecnosci... sami ocencie czy to dobry powod do sporu miedzy nami
Ja Ci tylko współczuje, naprawdę.
ze nie potrafie od niego odejsc?
Mysle, ze potrafie, tylko nie jestem osoba, ktora latwo sie z kims rozstaje, probuje ratowac ten zwiazek, bo cos mnie laczy z tym czlowiekiem. wiem, ze daje soba w ten sposob pomiatac, i ze prawdopodobnie wiekszosc kobiet juz dawno by sie z kims takim rozstala. chce tylko zauwazyc, ze piszac te wpisy skupiam sie na jego wadach, opisuje tylko to, co zle. moze jeszcze nie doroslam do rozstania, moze cos jeszcze musi sie zdarzyc, zebym powiedziala dosc, i zebym sie z nim rozstala. czytam te wpisy i widze jak to wyglada z waszej strony.... naprawde jest troszke inaczej, ja tez mam swoje za uszami. nie chce go usprawiedliwiac, tylko wyjasniam sytuacje.
61 2014-05-22 01:29:12 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-05-22 01:32:53)
Że czujesz "coś" do człowieka, który postępuje w ten sposób. Samo odejście jest akurat niekoniecznie czymś nienormalnym, bo wiele kobiet nie potrafi gdyż boi się nieznanego. To nie tak że nie dorosłaś, bo kobiety i mając 40 lat nie potrafia nic zrobić z własnym życiem. Ciesz się, że nie masz wobec niego zobowiązań, czegoś wspólnego, dzieci, kredytów itd. Lepiej tak pisać aniżeli gdybyś 100% winy na siebie brała i miała ciągnąć związek obwiniając się o wszystko. Wiele rzeczy które tu piszesz mi osobiście źle sie nawet czyta.
wiecie w czym jest problem? ze kiedy juz chce sie z nim rozstac, to on zawsze tak mnie zagada, ze mam wrazenie ze to moja wina, ze on sie tak poswiecil dla mnie przeprowadzajac sie do mnie, a ja zle go traktuje, ze to ja ciagle sie czepiam i powoduje klotnie. ale wiem tez, ze nawet jesli prowokuje klotnie, to jego zachowania nic nie tlumaczy. chcialabym zebyscie mi cos poradzili, ale widze ze radzicie tylko jego- rozstanie. zale sie tutaj, na forum, bo nie mam zadnej zaufanej osoby, ktorej mozna by sie zwierzyc, nie mam przyjaciol... kiedy rozmawiamy i mowie mu, ze chce zeby bylo dobrze, ale kiedy przypominam sobie cos co sie dzialo, co powiedzial z tydzien temu to robi mi sie przykro i smutno, to on wtedy mowi, ze po co wyciagam stare brudy. z jednej strony ma racje, ale z drugiej nie mozna tak o tym zapomniec, bo to sie w koncu zdarzylo i sprawilo mi przykrosc... pewnie nikomu sie juz nie chce tego czytac co tu pisze, ale jesli ktos to czyta, to prosze, niech cos napisze... myslicie ze on juz sie nigdy nie zmieni? ze nawet jesli bedziemy dla siebie mili to zawsze bedzie wychodzic jego patologiczna natura? (tak na marginesie, jego ojciec pije, on go nienawidzi, nie odzywaja sie prawie do siebie, ale moj chlopak prawie nigdy nie pije). czy mozna cos zrobic zeby poprawic nasze relacje? prosze doradzcie cos
63 2014-05-22 01:35:12 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-05-22 01:35:34)
Czyli jednak obwinianie. Dobrze, że widzisz jednak tą drugą stronę. Nie zmieni się, to dorosły człowiek. Mozna dac jedną szanse ,drugą, ale widzisz by cokolwiek docierało? Macie udawać miłych dla siebie, tylko dla zmian? Po co? Tak naprawde nie pasujecie do siebie, a trzyma was co? Seks? Też nie bardzo, bo sama mowisz, ze czujesz sie jak szmata przez to. Poczucie winy tylko wzbudza w Tobie. Radą na kryminaliste jest np resocjalizacja, więzienie. A na takiego wolnego człowieka co mozesz zrobic? Nie zmusisz go do tego, by był kims innym.
wiem, wewnetrznie wiem, ze powinnam sie z nim rozstac. ale to takie trudne, kazdego dnia mam nadzieje ze bedzie dobrze, ze sie dogadamy. teraz normalnie rozmawialismy, ale spytal sie, czy go kocham. ja z jednej strony tak, z drugiej nie, a z trzeciej sama nie wiem. on pisze, ze mnie kocha, ze chcialby ze mna byc niewazne jakie bylyby przeszkody, ze wolalby mnie od kazdej innej. i ze moze kiedys to poczuje, ta milosc do niego, kiedy jego juz nie bedzie, ze wlacza sie wtedy tesknota. takim pisaniem ja wychodze na nieczula, a on na kochajacego mezczyzne. thepass - domyslam sie, ze pewnie myslisz, ze jestem glupia, ze daje soba pomiatac. otoz juz nie daje soba pomiatac, wyprowadzilam sie od niego, nie chce na razie wracac, nie chce sie dawac zmuszac do powrotu, skoro tego nie chce. ale moze on ma troche racji? moze nie chce wrocic tez dlatego, ze bede musiala sprzatac, gotowac, bede miala bardzo ograniczony budzet (chociaz na co dzien i tak nie wydaje duzo pieniedzy), bede mieszkala w gorszych warunkach. pod tym wzgledem jestem jeszcze dziecinna: nie chce brac na siebie takiej odpowiedzialnosci, nie jestem jeszcze na to gotowa, a nie czuje jego wsparcia, ,nie czuje bliskosci takiej typu przytulenie. on mowi, ze jestem jeszcze dzieciakiem, moze pod tym wzgledem ma racje. jest to dla mnie bardzo trudna sytuacja, nie naleze do osob, ktore szybko wchodza w zwiazek i rownie szybko go koncza. wiazac sie z nim, myslalam, ze bedzie na cale zycie. on mi tez to wypomina. miedzy nami tylko przez pierwsze pare miesiecy bylo dobrze, potem juz tylko gorzej. prawdopodobnie rozstanie jest tylko kwestia czasu. nawet teraz mowi mi, ze ja nie wiem co to jest milosc, ze pewnie musialabym byc z kims nowym, zeby sie przekonac, czy chce do niego wrocic. nie jest mi go juz zal, wiem, ze wyrzadzil mi wiele krzywd, i ze nie zasluzylam sobie na az takie zle jego zachowanie.
65 2014-05-22 02:37:27 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-05-22 02:40:32)
Nie wiesz co to milosc, bo sie godzisz na to co on wyprawia z Tobą. To swiadczy o duzej wytrzymałości i sile, tylko zamiast spożytkować ją na rozwoj swojej wartości, to MARNUJESZ budujac przyszlosc z kims od ktorego roznisz się bardzo i ktos Cie tak naprawde ani nie docenia, ani nie szanuje, a jednoczesnie bardzo sie roznicie w tylu sprawach, ze trochę to wygląda jak związek psa z kotem - łączy was tylko to, że jestescie zwierzętami. Nie jestes w pełni odpowiedzialna za siebie, więc pewnego rodzaju strach trzyma Cie przy nim. Przed tym pewnie też że nagle zostaniesz sama i byc moze juz nigdy nie znajdziesz nikogo? Wszystko siedzi w głowie. Powinnas robic wszystko by "dorosnąć", czyli stac sie w pełni odpowiedzialna za siebie, niezależna. Inaczej będziesz sie ze strachu godzic na podobny typ mezczyzn, a i bedziesz wierzyc, e tylko los moze wpłynąć na to czy bedzie az taki patologiczny dla Ciebie czy nie. Przy takich zachowaniach powinnas zacząć oddalać sie od niego kiedy zaczynało byc miedzy wami źle. Teraz to juz jest cos w rodzaju uzależnienia, a i jeszcze Cie obwinia za jego stan, przejmujesz się. Faktycznie w milosci należy NAPRAWIAĆ, STARAĆ SIĘ a nie wyrzucać do kosza. Tylko czy czasem jego starania nie są tylko pustymi słowami?