Witam.
19 marca minął rok od naszej pierwszej randki. Mi jednak wydaje się jakby minęło już sto lat. Z mężem poznałam się przez internet. Rozmawialiśmy dwa tygodnie i postanowiliśmy się spotkać. Szybko przerodziło się to w związek. Niecałe dwa miesiące po spotkaniu zaszłam w ciążę. Od początku było ciężko. Mąż ma spore długi (dawny kredyt), nie ma własnego mieszkania, nie wykazuje też większej chęci do zmiany pracy czy podjęcia nowej. Dwa miesiące temu urodziłam córeczkę. Bardzo się o nią boję. Już w ciąży zdarzały się sytuacje, że nie miałam czego włożyć do garnka, odłączano nam prąd. Mąż jednak woli wziąć iphona na abonament, na który nas nie stać niż zrobić cokolwiek. Na każdy mój płacz i gniew mówi tylko, że będzie dobrze. Sama zadłużyłam się w chwilówkach, żebyśmy mieli za co żyć. Trzy miesiące był bezrobotny i siedział ze mną w domu. Nie chciał podjąć żadnej pracy przez dłuższy czas, bo żadna mu nie odpowiadała. Ja w tym czasie zrezygnowałam ze szkoły, znajomych, przeprowadziłam się do męża (choć nie znoszę miasta w którym mieszkamy). Jestem tu sama, zostawiłam całą rodzinę, zostawiłam dla niego wszystko. W te święta chrzciliśmy naszą córeczkę. Mąż zachowywał się niekulturalnie, arogancko, nerwowo. Zawsze podczas kłótni krzyczy, a później wychodzi. Kocham go i wiem, że on mnie też, ale czuję, że sama miłość już chyba nie wystarczy. Stałam się nerwowa, ciągle wydzwania do mnie windykacja, bo nie stać nas na spłacanie długów. Mieliśmy wziąć ślub kościelny we wrześniu jednak zaczynam się wahać. Przede wszystkim boję się, że ślub wykończy nas finansowo. Mąż jednak reaguje agresywnie, gdy mówię o przełożeniu ślubu. Szybko ulega emocjom, a gdy się denerwuje wyłącza mu się myślenie. Rzuca czym popadnie, albo trzaska drzwiami i wychodzi. Nie wiem już co robić, jest mi bardzo wstyd przed wszystkimi i boję się mówić o problemie bliskim czy rodzinie. Bardzo boję się odejść, bo wiem, że z niego straszny nerwus i kocha córkę. Boję się, że będzie chciał mi ją odebrać, albo ją wywiezie. Staram się kierować dobrem córki i nie chcę by miała dom, w którym wszyscy będą nieszczęśliwi. Gdzie będzie tylko bieda i krzyk. Chcę dać dziecku wszystko na co zasługuje. Mąż odbierał mnie z porodówki w walentynki. Nie kupił ani kwiatów ani misia dla dziecka, za to chwalił się, że umył samochód i kupił nowe kołpaki. Wciąż nie dostałam pierścionka zaręczynowego, a na obrączki pożyczał mu pieniądze mój ojciec. Co miesiąc jest coraz gorzej. Ważne jest tylko to by samochód był czysty, by kupić nowe kołpaki, żaróweczki. Wciąż przegląda felgi na allegro, albo inne akcesoria samochodowe. Jego rodzice wcale nam finansowo nie pomagają, bo sami są potężnie zadłużeni. Córeczka nie dostała od nich nawet grzechotki. Gdyby nie moja rodzina nie mielibyśmy za co żyć, większość rzeczy dla dziecka też zakupili oni. Nie chcę skończyć jak jego rodzice, którzy po 30 latach ślubu nie mają nawet własnego mieszkania, a kredyty spłacają nawet ich dzieci, bo sami już nie dają rady. Rodzice męża mieszkają klatkę obok nas i czuję, że mają ogromny wpływ na nasze życie, czego mąż nie widzi. Zachowuje się jak małe dziecko, ma 30 lat a wciąż jest nieodpowiedzialny i jedyna miłość jaką widzę to gdy nas przytula albo nam o tym mówi. Nie widzę jednak żadnych czynów, które prowadziłyby do poprawy sytuacji. Boję się powiedzieć mu, że waham się i nie chcę na razie ślubu kościelnego, bo myślę, że wyrzuci mnie z domu albo będzie chciał odebrać mi dziecko. Już wcześniej straszył mnie, że gdy będę chciała odejść to zrobi wszystko by zabrać mi dziecko i bym skończyła pod mostem albo w psychiatryku. Mąż nie chce się wyprowadzić do innego miasta. Mam 24 lata, jestem młodą mamą i nie chcę zmarnować życia sobie i dziecku. Nie wierzę, że ktoś może się aż tak bardzo zmienić na lepsze po ślubie. Czy jest sens bym tkwiła w tym związku? Proszę, doradźcie coś. Sama już nie daję rady.