Witam Wszystkich,
trudno jest opisać moją sytuację, a trudność ta wynika z faktu, iż boję się Waszej oceny.
Większość ludzi pyta się na forach jak pomóc osobie bliskiej, która przeżywa żałobę - ja mam jej już dosyć (tj. i żałoby, i osoby ją przeżywającej)... Problem rozpoczął się jakieś trzy lub cztery miesiące temu - (przyszły) teść usłyszał od lekarzy diagnozę, że jego żona, a moja teściowa (przyszła, niestety niedoszła) ma raka z przerzutami. Wiadomość ta jak i sposób jej przekazania przez lekarzy spowodowały, że jego świat się skończył (to są mniej więcej jego słowa). Od tego momentu, przez cały okres choroby tj. jakieś trzy miesiące nie mógł się pozbierać, ciągle płakał, mówił, że on ma najgorzej, i dziwił się dlaczego jego żona ma go dość, i dlaczego ona nie płacze (nie mogła, bo nawet mimo swojej choroby cały czas martwiła się o niego i jego stan psychiczny). Według mnie i mojego partnera w tym czasie zachowywał się już tak jakby jego żona nie żyła. Przez cały okres choroby pomagałam teściowi jak tylko potrafiłam w opiece nad żoną, próbując jednocześnie wesprzeć go w tym trudnym okresie. Niestety od czasu do czasu nie wytrzymywałam również i ja, niestety uważam, że płacz i lament to nie jest to co powinien ofiarować kochający mąż swojej chorej żonie w ostatnich, jak się później okazało, momentach jej życia. Teraz jest już prawie miesiąc od śmierci teściowej - teść nadal rozpacza. Tak naprawdę to powtarza dalej te same zdania, co w czasie choroby teściowej, że sam sobie nie da rady, że nie ma po co żyć, że nic go nie cieszy, dodatkowo doszły do tego wyrzuty, że on sobie to inaczej zaplanował, że powinniśmy z nim zamieszkać, że nic nie rozumiemy, że najgorsze są noce i poranki, że nikt nie ma tak jak on (mimo, że w jego otoczeniu są osoby, które przeżyły podobną tragedię - zawsze wynajduje jakieś, ale). Cały czas, na okrągło ta sama płyta. Czasami nie zdążymy nawet wejść do niego do domu (mieszkamy dość blisko i staramy się z partnerem odwiedzać go codziennie), a lament już się rozpoczyna. Staramy się jakoś pomóc, podnieść go na duchu, ale zwykle słyszymy, że MY NIC NIE ROZUMIEMY. Boli mnie również fakt, że mój partner nie czuje żadnego wsparcia ze strony ojca, sytuacja wygląda bardziej w ten sposób, że to on (mój partner) jest tylko zobligowany do wspierania ojca - nie funkcjonuje to w dwie strony.
Jak widzicie sytuacja jest dość trudna - przynajmniej tak wygląda to z mojej perspektywy - i męcząca, gdyż po każdej wizycie u teścia czuje jak schodzi ze mnie energia do życia. Z jednej strony wiem, że potrzebna jest mu pomoc i wsparcie w tym trudnym okresie, a żałoba to proces długotrwały, z drugiej strony mam już po prostu tego zwyczajnie dość. Czuję się bezsilna w tej sytuacji, a dodatkowo zastanawiam się czy moje odczucia (mam tutaj na myśli gniew, poczucie rezygnacji) nie są oznaką znieczulicy, braku empatii itp. Nie chciałabym również, żeby moje zachowanie wpłynęło na relacje mojego partnera z ojcem.
Jeżeli ktoś miałby dla mnie jakąś radę - proszę o pomoc lub komentarz do mojej historii, za wszystkie z góry dziękuję.