Cześć...
Piszę do Was jako ta druga, wielokrotnie gorsza, męska strona związku...
Jestem w związku z pewną kobietą prawie 3 lata... Poznaliśmy się w średniej szkole, od października 2013r. zamieszkaliśmy razem, ja studiuję, ona pracuje. Mamy po 21/22 lata.
Związek Nam się sypie. Nie wiem po co to piszę. Jakiś czas temu wszedłem na to forum szukając jakiś rad na moje problemy i poczytując wątki innych osób... Więc pomyślałem, że wyrzucę to tutaj...
Nasz związek od początku nie był szczęśliwy... Ona okłamywała mnie kilkakrotnie w lżejszych lub cięższych sprawach. Zniszczyła moje zaufanie, przez co często robiłem się podejrzliwy i nerwowy przy okazji różnych niewspólnych spotkań, znajomych, itd. Sam byłem jak najbardziej uczciwy i fair... Mieliśmy trudne chwile, często mówiłem sobie "dosyć", ale uczucie wygrywało... Ciągnęliśmy to dalej w nadziei, że się dotrzemy za jakiś czas i kłótnie i złości miną... Teraz zamieszkaliśmy razem i wcale się nie poprawiło...
W jej pracy znalazł się nowy problem... Pewnego ranka dostała smsa. Telefon leżał bliżej mnie, sięgnąłem i sprawdziłem kto to. Nr był niezapisany, treść mniej więcej taka: "Cześć, pewnie już nie śpisz, ale i tak napiszę - pobudka!
". Stwierdziła, że pewnie pomyłka i chciała odebrać mi telefon. Ale uparłem się i zacząłem odpisywać: "Kim jesteś? Nie mam Twojego numeru". Odpowiedź: "Budzik
". Zapytałem jeszcze raz kim jest. Po tym ona telefon zabrała i próbowała zamknąć się w łazience. Ja lekko podburzony nie pozwoliłem jej na to, gdy usłyszałem że dostała smsa. Zapytałem kto napisał. Spławiła mnie mówiąc, że pewnie siostra, próbując się zamknąć. Ale odebrałem jej telefon i sprawdziłem sam. Odpisał owy nr, przedstawił się z imienia. Okazało się, że to kolega z pracy, z którym dziewczyna ma tam kontakt. Cholernie się wkurzyłem, poniosło mnie tak bardzo, że nie chciałem jej wypuścić z domu gdy chciała iść do pracy, czego później żałowałem i wstydzę się do dzisiaj. Kłótnia trwała ponad godzinę, wypierała się, że nic z nim nie ma wspólnego. Ja poczułem się jakby zdradzony... Sprawa rozeszła się po kościach, wyjaśniając nieco...
Po krótkim czasie wyznała mi, że inny kolega zapraszał ją na kawę po pracy. Nie zgodziła się. Ale mimo to i tak poczułem się okropnie i znowu była kłótnia... Doszedłem do wniosku, że skoro koledzy z pracy są dla niej tacy mili i adorują ją, to powód musi być. Najwyraźniej była dla nich bardzo otwarta i rozmowna, że tak sprawy się potoczyły... Automatycznie poczułem się traktowany gorzej od nich. Dziewczyna jest lekką choleryczką i różne pierdoły szybko ją denerwowały, czemu zawsze winny byłem ja. Wywiązywała się kłótnia, płacz, nerwy... Zawsze starałem się ją uspokajać, wyjaśniać sprawę i rozmawiać na spokojnie. Nie dawało rady... Często było tak, że gdy wracała z pracy, to mówiła tylko o niej, opowiadała co się działo. Ale różne nerwowe momenty z jej przebiegu, odreagowywała na mnie, często nerwy z pracy przelewała na mnie... Czułem się zaniedbywany... Zdarzało się, że nie pytała mnie przez tydzień nawet o moje samopoczucie... Gdy jej to wygarniałem w kłótniach, tłumaczyła się tym, że "myślała, że jak coś mi będzie, to jej o tym powiem sam". Studiując, w ciągu tygodnia często siedziałem sam w domu, a ona w pracy. Sprzątałem, zmywałem, robiłem zakupy, jedzenie, wychodziłem po nią gdy kończyła późno pracę, na mojej głowy było płacenie rachunków, czynszu, itd. Ja sam pracuję w weekendy w mieście, skąd pochodzimy i zmusza mnie to do powrotów "do domu" i zostawiam ją samą w tym czasie. Ale nigdy, gdy po weekendzie wracałem do mieszkania, ona nie wychodziła po mnie nawet na dworzec, mimo próśb... Lecz za to często przygotowywała dla Nas kolację... Może to nie było takie złe... Choć faktem jest, że nawet nie wiedziała jak mam rozłożony grafik w pracy, który nie zmienił mi się od 3 miesięcy...
Wracając do kolegi "Budzika". Facet nadal mi przeszkadzał. Przychodząc od czasu do czasu do jej pracy, widziałem go w jej pobliżu. Niby nie było widać po nim zainteresowania nią, ale mi facet i tak przeszkadzał. To chyba oczywiste... Nie miałem niestety okazji zamienić z nim słowa (co udało mi się z kolegą od kawy i problem się rozwiązał). Powodowało to we mnie często zazdrość i ogromną nieufność, gdy np. ona zostawała dłużej w pracy. Tym bardziej, że jej grafik na marzec został ułożony tak, że on również jest wtedy w pracy.
Lecz wczoraj stało się coś innego. Wyszedłem po nią po pracy. Rozmawialiśmy w drodze powrotnej, wygłupy, itp. Wszystko było w porządku. Po wejściu do domu, gdy się rozpakowywała, wyciągnęła coś z torby i schowała do kieszeni spodni. Zapytałem co to. Nie chciała powiedzieć. Coś tylko mruczała, że dostała to od kogoś i nie może mi tego pokazać. Ja zdziwiony i już poddenerwowany (znowu) zacząłem dosadniej pytać co to takiego. Wtedy zaczęła się wypierać, że nic nie miała w kieszeni. Wywiązała się sprzeczka. Powiedziała w końcu, że to pendrive od kolegi (nazywajmy go umownie) "Budzika". Był na nim rzekomo "ciekawy" artykuł odnośnie relacji w związkach. Zdziwiony zacząłem dopytywać czemu go dostała. Odpowiedziała, że tego dnia, gdy pokłóciliśmy się o tamtego "smsa na pobudkę" i spóźniła się przez to do pracy, owy kolega przeprosił ją wtedy i że był to tylko żart. Ponoć rozmawiali o tym i on jej owy artykuł miał polecić i przynieść do przeczytania, co zrobił właśnie wczoraj.
Chyba uzasadniona była moja wściekłość... Nie spodobało mi się, że wciągnęła w rozmowę o naszym związku kolegę z pracy, który prawdopodobnie próbuje się do niej zbliżyć i że teraz to przede mną ukrywała.
Kłótnia skończyła się dość późno i różny był jej przebieg. Ale ja sam postanowiłem po prostu się rozstać, bo nie mam już sił na nadwyrężanie i odbudowywanie zaufania do niej, które i tak po krótkim czasie niszczy... Dziś ma wolne miała wrócić na dwa dni do rodziny. Co też z rana zrobiła, wyszła bez słowa, zostawiają tylko liścik, w którym zapewnia mnie, że nie byłaby w stanie zostawić mnie dla kogoś innego i że kocha mimo wszystko...
Nie wiem już co o tym wszystkim myśleć... Na ten moment mam serdecznie dosyć kłótni i zazdrości, bo jej zakres "normalnego kontaktu z innymi facetami" jest inny od mojego...
Co mam myśleć...?
Na pewno dużo rzeczy nie dopisałem, nie wyjaśniłem tutaj. Ale mogę to zrobić, jeśli coś będzie niejasne...