Witam,
Chciałabym poznać Wasz punkt widzenia. Moim problemem jest mój mężczyzna, który mnie kontroluje i jest chorobliwie zazdrosny. On ma 25 lat, a ja 22. Kocham tego człowieka i po raz pierwszy czuje się kochana tak naprawdę. Wcześniej spotykałam chłopaków, którzy byli ze mną i albo mnie olewali albo oglądali się za innymi. Związki te nie trwały długo. Aż w końcu poznałam mojego ówczesnego chłopaka, który okazał się niemal ideałem. Na początku było ciężko, bo on zakochał się od pierwszego wejrzenia, a u mnie uczucie przyszło o wiele później dzięki temu, że mimo iż dałam mu kosza to nie odpuszczał. Na początku wydawał mi się typowym burakiem, miał dużo dziewczyn, burackie teksty itd. Lecz po jakimś czasie zauważyłam, że to chyba była tylko taka poza, bo dziewczynom, które dotychczas miał takie zachowanie się podobało. Okazał się naprawdę dobrym człowiekiem, dba o mnie, troszczy się, opiekuje się, chce spędzać ze mną każdą wolną chwilę, zawsze mogę na nim polegać. Powiedział mi też, że chce być ze mną całe życie, chce mieć ze mną dzieci i że zbiera na pierścionek zaręczynowy. Jego gesty, słowa, czyny i to jak na mnie patrzy pokazuje, że naprawdę mnie kocha. Jesteśmy razem dopiero 9 miesięcy, ale już rozmawialiśmy na temat naszej wspólnej przyszłości. Wiem, że to wszystko wydaje się piękne i idealne, ale niestety tu pojawiają się schody...
Mam wrażenie, że za bardzo mnie kontroluje, jakby musiał wiedzieć co do minuty co robię. Jak idę do sklepu z koleżanką i dostaję od niego telefon to zaraz wypytuje mnie: "Co robisz? Gdzie jesteś? W którym dokładnie sklepie? Z kim? Kiedy wyszłaś? Kiedy wrócisz?". Szczerze powiedziawszy od pewnego czasu jestem tym zmęczona. Ciągle musi wiedzieć gdzie teraz jestem, z kim, czy nikt mnie nie podrywał, a kiedy mówię, że nie to się dopytuje czy na pewno. Jak wychodzę gdzieś z koleżankami wieczorem, mimo iż wcześniej widziałam się z nim 4-5 godzin to ma pretensje i mówi, że skoro mam chłopaka to powinnam z nim spędzać każdą chwilę. Studiuje dziennie, jestem na trzecim roku, mam do napisania prace licencjacką, bardzo dużo zajęć, praktycznie cały dzień jestem na uczelni, a do tego jeszcze praktyki w podstawówce. Mam naprawdę mało wolnego czasu, a on żąda ode mnie, jak tylko mam jakiś czas wolny, żebym od razu rzuciła wszystko i przebywała z nim. W istocie tak robię. Po szkole jestem u niego kilka godzin, póki jeszcze nie mam sesji. Z koleżanką mieszkam na stancji, ale rzadko robimy coś innego poza wspólnym pójściem do szkoły albo odrabianiem lekcji. Myślałam, że człowiek powinien być przede wszystkim wolny i że każda sfera jest ważna. Rodzina, miłość, przyjaciele i własne zainteresowania. Czasami chciałabym zrobić w wolnej chwili coś dla siebie, albo z kimś innym niż on, bo ileż można. Rodzice też są dla mnie ważni, kiedy już wracam do domu na weekend to nie powinnam spędzać z nimi czasu tylko z nim. Mam wrażenie, że mnie chce od wszystkich odseparować i sprawić, żeby tylko on się dla mnie liczył.
Było wiele sytuacji, które mnie niepokoją. Jak się rozglądam np. po sklepie to przy okazji zawsze uchwyci się kogoś wzrok. Ty popatrzysz, ktoś popatrzy. Niestety on uważa, że ja podrywam tego kogoś i że pewnie mi się podoba. Uważa, że o wszystkim mam mu mówić, nawet wyjawiać tajemnice przyjaciół czy znajomych, bo przecież to jest mój chłopak i może wiedzieć. Uważa, że nie mogę wieczorem wychodzić, a jak wyjdę to dostaje kilkanaście smsów, kilka telefonów, żebym już wracała, ze ktoś mnie może zaatakować. Że jestem gówniarą i zachowuje się nieodpowiedzialnie, a jak odmawiam to mówi, że pewnie chodzę po mieście i chcę kogo wyrwać, jak nie chce powiedzieć gdzie dokladnie jestem to pewnie mam jakies tajemnice, zdradzam go. Z kolegami w ogóle nie mogę wychodzić. To mnie akurat nie dziwi, w sumie też bym była zazdrosna jakby on wychodził z koleżankami. Ale nie mogę też z nimi pisać na komórce. Raz sprawdził mi archiwum na gg i potem była wojna, bo kolega coś napisał. Raz kiedy byłam na dole i szykowałam mu jedzenie, wszedł na jakąś zboczoną stronę i jak wróciłam to była wojna i robił mi jazdę, że mam tam konto i się tam rozbieram przy kamerce pewnie przed oglądającymi. Zrobił tak, bo jakaś koleżanka mu powiedziała, że widziała mnie na tej stronie. Jak dostanę smsa to zawsze pyta od kogo. Jak nie chcę odpowiedzieć, bo to moja prywatna sprawa to od razu twierdzi, ze coś ukrywam i że pewnie jakiś kolega. Traktuje mnie gorzej niż dziecko. Chciałam iść z koleżanką na koncert w moim mieście o 20. Powiedziałam mu o tym kilka dni wcześniej. Była wielka wojna, że dopiero teraz mówię, żebym nie szła, bo jest ciemno i niebezpiecznie, że ktoś na mnie może napaść, blabla. Kłóciliśmy się o to kilka dni. Próbowałam z nim o tym wszystkim rozmawiać, dużo czytałam o podobnych przypadkach, o syndromie Otella. Myślę, że to chyba ta choroba. Wszystko mi pasuje. Jest zazdrosny o innych chłopaków, a nawet o dziewczyny i własnego kuzyna. Muszę się z wszystkiego tłumaczyć, nawet z głupiego polubienia zdjęcia kolegi na facebooku. Nie mogę dodać zdjęcia na facebooka, bo po co, pewnie się chcę podobać innym. Nie mogę w lecie nosić krótkich spodenek, czepia się nawet o zwykłe spodnie, bo twierdzi, że "mam zbyt seksowny tyłek" i nie powinnam chodzić w rurkach, bo są obcisłe. Jak mówię mu, że się maluję (tylko rzęsy i fluid) to pyta po co i dla kogo się tak szykuje. Mieszkam na stancji z dwoma chłopakami. Oni mają osobny pokój i każdy ma swoje życie, nie kolegujemy się, nie imprezujemy. Po prostu mamy wspólny dach nad głową i mniejsze rachunki. Mój chłopak przez to zabrania mi chodzić przy nich w piżamie sięgającej do łydek, mogę tylko w długiej. Twierdzi, że patrzą na mój tyłek. Zabrania mi przekroczyć progu ich pokoju, wmawia mi, że jednemu z nich się podobam. Kiedyś mieliśmy z chłopakami dyżury mycia naczyń. Mój chłopak zadzwonił do mnie akurat gdy myłam naczynia. Mimo iż wiedział o tych dyżurach to zaczął mi mówić, że oni mnie wykorzystują, że moja przyjaciółka tak naprawdę nią nie jest, bo pozwala na to, że ja myję im wszystkim naczynia. I tym razem była awantura a głupie mycie naczyń. Kiedy powiedziałam, że przecież są dyżury i o co mu chodzi to powiedział, że: "po co ich bronisz i tak każdy ma Cię w dupie". Mam wrażenie, że próbuje mnie zbuntować przeciwko przyjaciołom, rodzinie, żebym była tylko jego. Po tej sytuacji przyjachał do mnie z innej miejscowości, mimo iż powiedziałam, że nie wyjdę, walił w drzwi, robił sceny, krzyczał na mnie, że "coo urządzacie sobie wspólne kolacyjki? tak się przyjaźnicie wszyscy?" Sugerował mi zdradę.
Nie zapoznał mnie jeszcze z żadnym kolegą. Raz jak jeden przyszedł na chwilkę to zamknął mnie w pokoju i kazał czekać i nie wychodzić. Potem tłumaczył mi, że boi się, że któryś z nich mi się spodoba. Ciągle mówi, że jestem tylko jego. Kiedyś obrażał się na bardzo długo przez to, że na noc albo w dzień nie zamykam rolet i mówił, że sąsiedzi na pewno mnie obserwują i pewnie mi się to podoba. Na nic rozmowy. Wygląda to mniej więcej tak, że on mówi, a jak jest moja kolej to za każdym razem mi przerywa i mówi CO MU SIĘ WYDAJE, ŻE JA ROBIE, jakbym faktycznie to robiła. On tworzy sobie jakieś chore historie w głowie i mówi mi, że tak jest w rzeczywistości, ja to wszystko muszę dementować i jeszcze się tłumaczyć z tego co on wymyślił. Jak już w końcu chcę powiedzieć, że źle mysli i jak było naprawdę, podać fakty to mi przerywa i dalej mówi, CO ON MYŚLI, ŻE JA ROBIE i taka musi byc prawda. Kiedyś musiałam mu na dobranoc pisać smsa czy zamknęłam drzwi od pokoju, bo wspólokatorzy mogą się włamać i mi coś zrobić, jak mu nie napisałam, albo napisałam, ze nie zamknęłam to dostawałam smsy przez całą noc, że co ja wyprawiam, że jestem nieodpowiedzialna, że mam zamknąć i przez to nie przespał kilka nocy. Musiałam to pisać do momentu, w którym z nim nie zerwałam na 2 tygodnie. Później wróciłam. Teraz chociaż w tej kwestii jest spokój.
Jeden z moich współlokatorów jest kucharzem. Mój chłopak zabraniał mi cokolwiek od niego jeść, bo przecież może mnie otruć. Stwierdził, że jestem naiwna, że tak wszystkim ufam. On jest taki, że ciągle spodziewa się najgorszego, że ktoś może zaatakować, zabić itd. Ja osobiście uważam, że nie jestem naiwna, a ufam ludziom w ramach rozsądku. Już nieraz mówiłam mu, że gdybym uważała tak jak on to zaszyłabym się w domu na całe życie i w ogóle bym nie wychodziła. Mówiłam mu, że każdy powinien mieć swoją przestrzeń, że duszę się w tym związku, że nie zostane jego żoną, bo nie chce się czuć jak w klatce przez całe życie. Dobrze jest tylko wtedy kiedy jesteśmy razem cały dzień. Może mieć mnie pod kontrolą i widzi co robię. Jak jestem gdzie indziej i z kim innym to pojawiają się schody. Gdy siedzę na facebooku i napiszę mu, że zaraz wracam to nagle dostaję po kilkanaście smsów "dlaczego zostawiasz włączonego facebooka, pewnie Ci współlokatorzy siedzą teraz, jesteś nieodpowiedzialna, niby Cię nie ma, a odczytałaś moją wiadomość, pewnie przegląda wszystkie twoje zdjecia i dokumenty". A ja oczywiście siedzę koło komputera i np. jem, więc widzę, że nikt nie siedzi, ale on mi wmawia, ze tak było jak napisał. Robił specjalnie zdjęcia, wysyłał mi jako dowód.
Zerwałam z nim już kilka razy, tylko raz na poważniej. Mówił, że się zmieni, ale zawsze na krótko. Zaciągnęłam go do psychologa, chodziliśmy razem. Mieliśmy kilka spotkań. Pani psycholog mówiła dokładnie to co ja jemu, że on sobie coś wyobraża i uznaje to za prawdę, mimo iż ja mu mówię jak było, to przecież on ma rację, jakby przy tym był. Mówiła, że on mi mówi co mam myśleć, robić, że trzyma mnie w klatce, że nie daje mi dojść do słowa, że ma problemy z zazdrością i kontroluje mnie. Jak z nim dyskutowała to zawsze w efekcie wychodziło na to, że to ona ma racje. Niestety po spotkaniu on stwierdził tylko, że to "solidarność jajników". Podejrzewam, że jakby psychologiem był mężczyzna i przyznałby mi rację to według mojego chłopaka oznaczało by to, ze mu się podobam.
Piszę to, choć właśnie przez godziną z nim zerwałam. Powiedziałam, że myślę przyszłosciowo, czytam o takich przypadkach i wiem, że to się nie zmieni. Zakończyłam to. Szczerze to jestem załamana, ale z drugiej strony wiem, że im dłużej by to trwało tym byłoby ciężej.. Mówiłam, ze mam dość kontroli i zazdrości. I tu pojawia się pytanie.. Czy dobrze zrobiłam? On twierdzi, że takie zachowania są u mężczyzn normalne, ze nie znam życia i facetów. Że każdy facet by go zrozumiał i przyznał mu rację, że każdy jego kolega go rozumie i robi tak samo. Kobiety po prostu mają inne poglądy. Faktycznie nie wiem jak jest, bo nie jestem za bardzo doświadczona, ale wydaje mi się, że takie zachowania są chore.. I że to może być syndrom Otella. Czy mam rację? Czy jednak nie znam życia i tacy są faceci? Już się gubię...
Bardzo przepraszam, że taki długi post. Jest o wiele więcej absurdalnych przykładów zachowań, ale piszę to na gorąco i nie mam do tego głowy. Dziękuję za przeczytanie i odpowiedzi.