Witajcie,
Mam 25 lat i jestem od 4,5 roku w związku. Mój chłopak (28 lat) od zawsze pracował, jednocześnie studiował i miał czas pomagać rodzicom/przyjaciołom. Zaradny życiowo, honorowy, pomocny, szlachetny. Rodzina zachwycona, nie mogą sie nachwalić. Ludzie, których dopiero co poznajemy np. na imprezie podchodzą do mnie i gratulują mi "tak fajnego chłopaka".
Podczas gdy ja? Skończyłam studia i nie jestem jeszcze w żadnym stopniu samodzielna. Czuję się przy nim jak ofiara losu, jak nieudacznik. Oczywiście to moje przemyślenia, bo on nigdy nie dał mi odczuć, że pod tym względem jestem jakaś gorsza (nie chodzi o rywalizację). Niektórzy jego znajomi mnie nie lubią. Wiele osób mówiło, że nie wyglądamy na szczęśliwych.. I nie jesteśmy. Już od jakiś 3 lat.
Wydaje mi się, że po prostu do siebie nie pasujemy. Nie jestem najgorszym człowiekiem na ziemi, ale nigdy mu nie dorównam. Mamy mało punktów wspólnych, inne priorytety. Często różne rzeczy nas wzajemnie irytują. On nie ceni mnie za to kim jestem, nie jestem dla niego wyjątkowa. Nie chodzi mi o komplementy czy prezenty. Po prostu o danie poczucia, że "będę o Ciebie walczył", albo "TY jesteś dla mnie bardzo ważna". Mówiłam mu to, ale on nie potrafi mi tego dać. Starałam się jakoś to skleić, jakoś poskręcać ten nasz związek, żeby działał. Tak jakbym miała części od dwóch samochodów i starała się z nich złożyć jeden działający.
Od pewnego momentu on się stara bardziej (rozmawiamy o problemach, wie czego mi brakuje, ja wiem czego jemu), rekompensujemy sobie potrzeby (może bardziej ja) innymi relacjami (nie to co myślicie). Dbam o Niego i zawsze jest na pierwszym miejscu, ale mam wrażenie, że robię to na siłę. Jakbym nastawiła się na takie myślenie, bo "tak trzeba". A on walczy za związek, ale nie dla mnie.
Jeszcze z Nim jestem, bo się boję zostawić kogoś takiego. On raczej czeka na mój krok, jeżeli już mielibyśmy się rozejść. Może z litości? Chociaż to dla mnie bardzo trudne (ja przeżywam całą sytuację, podczas gdy on jest niewzruszony), to mówiłam mu, że sobie poradzę i ma się nie martwić. Czuję się jakbym miała wyrzucić diament do śmietnika, jakbym nie doceniała tego co mam. Boję się być sama w życiu, boję się zostać sama (bo w zasadzie mam niewiele wsparcia od innych osób). Takie zerwanie wydaje mi się zupełnie irracjonalne, bo on przecież nic złego mi nie zrobił. Czy warto odejść dla, być może, ułudy szczęśliwego związku?