Fahkir napisał/a:Jestes naiwny lub jestes Ukraincem jesli wierzysz w pojednanie polsko-ukrainskie.
Dzisiejsze tlumy Ukraincow na Majdanie to antypolska cholota, zwolennicy ludobojcy Bandery, pod czerwono-czarnymi sztandarami OUN i UPA. Te dzikusy z Majdanu nawoluja do rewizji polskich granic i zwrotu Przemysla.
Może niektórym glupkom spacerującym po ukraińskich ulicach nie przeszkadza gloryfikacja morderców Polakow i jak się im pluje w twarz to twierdzą, że deszcz pada, ale normalni ludzie wiedzą, że pojednanie nie jest możliwe bez uderzenia się w piersi przez Ukraincow.
Najbardziej przykre jest to, ze "polskie" media w kolko trabia o Majdanie a politycy (kto im płaci?) prześcigają się w uprzejmościach i przyjaznych gestach wobec Ukraincow pod flagami UPA, zapominajac o Polakach z Kresow, ktorzy dzisiaj sa kalekami fizycznymi i psychicznymi. Czy to nie godne potępienia że Kresowiacy którzy jeszcze żyją,wówczas małe dzieci lub młodzi ludzie nie mogą postawić pomnika na Wolyniu i Galicji Wschodniej, aby ocalić pamięć o swoich pomordowanych bliskich? Moze zamiast wspolczuc banderowcom z Majdanu, czas najwyzszy przypomniec sobie o wlasnych Rodakach, ktorzy zmagają sie teraz ze swoja tragiczną przeszłością, kalectwem i cierpieniem.
Dlatego dopoki Ukraincy nie przeprosza, dopóki nie zaczną dbać o polskie pozostałości tam, będą tylko dzikusami, wypranymi z resztek rozumu, zmieleni przez ten cały syf w jakim przyszło im wieść swój ograniczony światopoglądowo, kulturowo i społecznie żywot. Jak dla mnie to Ruskie moga ich pojechac i to tak ze dwa razy, na wszelki wypadek.
Kilka lat temu byłem na Ukrainie. W jednej z wołyńskich wiosek spotkałem starszego mężczyznę - Ukraińca, z którym zacząłem rozmowę na tematy społeczne i ekonomiczne. Potem przeszliśmy do omawiania tematów politycznych, aż wreszcie "zahaczyłem" o historię. Powiedziałem mu o rzezi Polaków, jaka się tu dokonała w latach 1943-1944, wyczułem również że ów mężczyzna niechętnie chce powracać do tych czasów. Gdy już opowiedziałem mu w jaki sposób (w jak brutalny sposób), byli mordowani polscy mieszkańcy tej ziemi, on w pewnym momencie przerwał mi i powiedział słowa, które głęboko zapadły mi w pamięć: "To wielkie bandyctwo było - to nie po naszemu".
Prawdą jest że banderowcy dokonali okropnych (niewyobrażalnych zbrodni), że zabijali z zimną krwią, kierując się tylko motywami narodowościowymi i etnicznymi. Bandera był zbrodniarzem, to nie ulega żadnej wątpliwości - jednak należy (wg. mnie), spojrzeć na problem Ukrainy, trochę "pod innym kątem". Chodzi mianowicie o to że ci ludzie - Ukraińcy...nie mają zupełnie żadnej innej tradycji walki narodowowyzwoleńczej z czasów II Wojny Światowej - jak organizacje OUN i UPA. Więcej, takiej tradycji próżno też szukać w okresie wcześniejszym. Ukraina miała prawdziwego pecha, nie "wydała" bowiem żadnego wielkiego człowieka, męża stanu, który zdołałby (a przynajmniej spróbowałby), uratować kraj przed rozpadem i komunistycznym zniewoleniem. Polska w tej kwestii miała więcej szczęścia.
Krótki (prawie nieznany, lub przez lata skutecznie oczerniony), sojusz Józefa Piłsudskiego i atamana Semena Petlury, w ogóle nie odcisnął swego piętna na Ukraińcach. A szkoda, gdyż Petlura też nie był żadnym polonofilem, on po prostu był pragmatykiem. Wiedział że Polska może zagrozić integralności terytorialnej Ukrainy (np. kwestia przynależności Lwowa i Galicji Wschodniej), ale Rosja, jak rozumował, i to bez względu "biała" czy "czerwona", zagrażała fizycznej integralności Ukrainy jako państwa. Kierunek na Polskę, nie był wcale podyktowany sympatią do tego kraju, był podyktowany walką o przeżycie. Tu nie chodziło o taką czy inną ranę, lecz o fizyczne przetrwanie Ukrainy i Polski, jako niepodległych państw.
A teraz ja się zapytam Ciebie Fakhirze: czy naprawdę uważasz, że ci wszyscy banderowcy, parita "Swoboda" Julii Tymoszenko, ukraiński hitlerek Tiahnybok, Doncow, Dywizja SS-Galizien, UPA, wspólne niemiecko-ukraińskie antypolskie knowania w 1939r., łącznie z wybuchem na kresach powstania ukraińskiego w 1939r., wymierzonego przeciwko Polsce - czy naprawdę sądzisz, że to wszystko (nawet razem wzięte i "zmiksowane"), mogłoby być groźne dla dzisiejszej Polski?
Piszesz że wszystko ci jedno co się stanie z Ukrainą a Rosja może ich "spokojnie pojechać", ale pamiętaj o jednej rzeczy. Gdy już skończą z Ukrainą, gdy ją całkowicie "pojadą" i "rozjadą", za kogo się wezmą w dalszej kolejności? Odpowiedz oczywiście jest bardzo prosta - za słabe, malutkie polskie państewko, zamknięte w "etnicznych" czyli piastowskich granicach. Innymi słowy za słabą Polskę.
Nasza wielkość już od czasów Kazimierza Wielkiego, który w sposób wręcz rewolucyjny unowocześnił kraj a nawet uczynił coś więcej. To właśnie król Kazimierz stworzył nowy ideału polskiego szlachcica, polskiego obywatela, czym położył fundament pod przyszłą Demokrację Szlachecką Rzeczpospolitej Obojga Narodów.
To właśnie za Kazimierza i w jego otoczeniu, poczęła się tworzyć, niewidzialna dla oka, niesłyszalna dla ucha, ale niezwykle istotna dla każdego szanującego się państwa - Wielkość Ducha (MAGNANIMITAS). Oczywiście owa Magnanimitas, nie oznaczała jakichś bliżej nieokreślonych duchów narodowych, czy Ducha Narodu, (jak to później błędnie interpretowali Niemcy), tylko konkretnych, żywych ludzi. W tym przypadku Wielkością Ducha cechował się bez wątpienia sam król Kazimierz, ale nie tylko on. On stworzył coś niesamowitego - natchnął szlachtę Wielkością Ducha. Ta sama szlachta (już po śmierci króla), cechując się ową Magnanimitas - wykonała rzecz, wg. mnie genialną, wprost niesamowitą i niespotykana nigdzie indziej w ówczesnej Europie. Mianowicie postanowili młodziutką królową polską Jadwigę, ożenić z...dzikim barbarzyńcą, księciem pogańskiej Litwy - Jogaiłą. Po co to zrobili, czy nie lepiej im było siedzieć "za miedzą" i liczyć dutki? Oficjalnie mówi się że uczynili to dla wspólnego odparcia krzyżackiego zagrożenia i powstrzymania litewskich najazdów rabunkowych na polskie ziemie. To na pewno też, ale czy tylko?
Ludzie ci tak sobie wykalkulowali, że przecież ci brudni i jedzący surowe mięso barbarzyńscy Litwini (takie plotki krążyły o Litwinach, a sama królowa Jadwiga, straciła przytomność na samą myśl o ożenku z na wpół dzikim Jogaiłą), mogą stać się podobni do nas i nie trzeba wcale ku temu mieczy, jak czynił to Zakon Krzyżacki, wystarczy pokazać im nasze dobrodziejstwa, nasze prawa i przywileje i po prostu zapytać: "Chcecie to mieć bez przelewania krwi, bez wojen i osłabiania naszych narodów? Chodźcie z nami, razem będziemy niezwyciężeni". Czym kierowali się polscy panowie, jeśli nie ową Wielkością Ducha? Gdyby bowiem pragnęli zawrzeć z Litwą sojusz tylko przeciwko Zakonowi Krzyżackiemu, mogli to uczynić, bez obdarzania Litwinów swoimi przywilejami - i tak jednym i drugim by się to opłaciło. Ci jednak poszli dalej, pragnęli stworzyć państwo potężne, państwo budowane nie na sile militarnej i przemocy, na krwi i sile oręża, tylko właśnie na sprawiedliwości, wolności, godności ludzkiej - na owej Magnanimitas - Wielkości Ducha. Tym właśnie wyrażała się mądrość i dalekosiężna przenikliwość naszych przodków.
Następcy Kazimierza i Władysława Jagiełły - Jagiellonowie, także (z różnym natężeniem), realizowali ideę Wielkości Ducha, tworząc jedno z najpotężniejszych państw europejskich, a przy tym najbardziej demokratyczne i wolne społeczeństwo ze wszystkich znanych wówczas w całej Europie (a być może i na całym świecie).
Piłsudczykowska idea MIĘDZYMORZA, jest kontynuacją tamtej polityki "Wolnych z Wolnymi, Równych z Równymi", i sprzeciwia się odwiecznej zaborczej, zbrodniczej, krwawej polityce turańskich hord ze Wschodu. W tym przypadku ich odpowiednikiem jest koncepcja euroazjatycka, realizowana przez Kreml, a której piewcą jest Aleksandr Dugin (były już doradca prezydenta Putina, oraz konsultant przewodniczący Dumy rosyjskiej. Co ciekawe...po krótkiej korespondencji - raz odpowiedział - pełnej wyzwisk pod moim adresem, już nie odpowiada na moje maile, które do niego kieruję
).
W polskiej historii politycznej nie ma tradycji upokarzania i niszczenia już pokonanego przeciwnika, nie ma w ogóle tradycji militarnego niewolenia narodów. Nie ma tego, gdyż I Rzeczpospolita, którą stworzyła tradycja szlachecka (za co powinniśmy być wdzięczni naszym przodkom), wymagała pewnego rodzaju zgody, konsensusu, debaty - którą później nazwano warcholstwem. Innymi słowy I Rzeczpospolita była państwem bardziej demokratycznym, niż dzisiejsza III RP, a już w ogóle nie można jej porównywać z absolutystycznie rządzonymi twardą ręką królów i książąt - państwami Europy Zachodniej, o moskiewskim krwawym despotyzmie nawet nie wspominając. Polską tradycję polityczną zbudował konsensus i odpowiedzialność za państwo, połączoną z głębokim patriotyzmem i troską o dobro "Rzeczy-Pospolitej" , czyli wspólnej wszystkim obywatelom. Gdy zaś w XVIII wieku, zaczynał brać górę interes prywatny nad "wspólnotowym", wszystko zaczynało się walić.
To właśnie dzięki szlachcie polskiej, powstało tak wielkie i potężne państwo, które nie podbijało zbrojnie swych sąsiadów, tylko rozszerzało się dzięki ideałom wolności i sprawiedliwości jednostki, oraz odpowiedzialności za swój kraj. Dominowało kulturowo, moralnie, politycznie, językowo i...modowo - daleko poza swoimi granicami. Nie podbijając tych państw siłą swego nieprzeciętnego oręża - zdobyła Ruś, Siedmiogród, Wołoszczyznę, Mołdawię a nawet Moskwę - zdobyła te wszystkie kraje nie siłą swego oręża, lecz swej kultury, sztuki, języka i mody - Były czasy gdy w tych krajach ubierano się "na polską modłę", czytano polskie książki i literaturę, oraz co najważniejsze mówiono po polsku. Nie wiem czy wiecie ale gdy w 1553r., angielskie okręty, płynęły w stronę Rosji (Archangielska), by przedłożyć carowi Iwanowi IV Groźnemu, do podpisu umowę powołującą do życia angielską Kompanię Moskiewską (podpis królowej Anglii - Marii Tudor - starszej siostry Elżbiety, był już na owym dokumencie), dokument ten został sporządzony w trzech językach. Po grecku, po włosku i...po polsku. Zresztą w Moskwie jeszcze w końcu XVII wieku oficjalnym językiem rosyjskich elit, był język polski - i to...w 70-80 lat po wygnaniu Polaków z Kremla (1612r.).
Jako ciekawostkę nadmienię tylko że w ostatnich latach swych rządów nad Anglią, król Henryk VIII, dążył do stworzenia wyraźnego aliansu polsko-angielskiego, a wydarzenia w Rzeczypospolitej bardzo go interesowały (również romans królewicza Zygmunta Augusta z Barbarą Radziwiłłówną. Król dopytywał się polskiego ambasadora na londyńskim dworze - Stanisława Lasoty o to czy związek polskiego królewicza z litewską szlachcianką "jest poważny", czy tez to chwilowa miłostka. A dlaczego król Anglii chciał to wiedzieć - wg. Lasoty Henryk VIII planował wydać swą starszą córkę - Marię, właśnie za królewicza Zygmunta Augusta - jakby zapomniał że 15-cie lat wcześniej sam odsunął żonę i wywyższył swą poddankę Annę Boleyn, czyniąc ja królową, a potem się jej pozbył). Zresztą do Anglii posłowali już wcześniej Feliks Allen i Hieronim Łaski (podejmowani przed audiencją u króla, w prywatnej posiadłości kardynała Wolseya). Zresztą w XVI wieku stosunki (przede wszystkim intelektualne), pomiędzy Anglią a Polską, były nadzwyczaj intensywne, żeby wspomnieć tylko Leonarda Cox'a (osobistego przyjaciela Erazma z Rotterdamu), który studiował na Akademii Krakowskiej, a który w listach do sekretarza kancelarii królewskiej Zygmunta I Starego - Ludwika Decjusza, rozpływa się nad pięknem Krakowa i niezwykłością krakowskiej Akademii, którą stawia za przykład dla niemieckich, francuskich a nawet...angielskich wszechnic wiedzy. Chwalił szczególnie katedrę filozofii scholastycznej i jej profesorów. Szczególnie ujmujący jest list do Decjusza, w którym Cox pisze że "Wszystko czym jestem, zawdzięczam Polsce".
Te kontakty można by było mnożyć: Andrzej Krzycki, Jan Łaski, Andrzej Zebrzydowski, Ludwik Decjusz, Jan Konarski, Piotr Tomicki, Stanisław Hozjusz, Stanisław Lasota, Mikołaj z Popielowa (który rozwodził się nad urodą Angielek) - oraz Leonard Cox, Cuthbert Tunstall (biskup londyński), Frynes Moryson, William Bruce, Roger Barlow, Andrew Boorde, kardynał Thomas Wolsey, Thomas Cromwell i inni. Nie o to jednak chodzi. Chodzi o to, że dzięki owej MAGNANIMITAS - ruskie miasta na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej, mając do wyboru pokojowe przejście i "zjednoczenie" z Moskwą (celowo stosuję tu podział pomiędzy ludnością ruską a moskiewską, czyli rosyjską, gdyż do dwa zupełnie odmienne narody), w ramach "zbierania ziem ruskich" (hasła które jeszcze w XIV wieku rzucił wielki książę moskiewski - Iwan Kalita) - a Rzeczpospolitą, wybierali tę "drugą opcję". Dlaczego, przecież z Moskwą łączyło ich o wiele więcej cech wspólnych, niż z Litwą czy tym bardziej Polską, jak choćby religia (prawosławie), pochodzenie etniczne (słowiańskie, choć bliższe Moskwie), a nawet język. Dlaczego więc nie tylko pragnęli pozostać przy Rzeczypospolitej, lecz także gdy król polski, dążąc do zgody z Moskwą, oddawał jakieś ruskie miasto Rosji, oni...przygotowali się do jego obrony, jednocześnie wysyłając swych przedstawicieli do Warszawy, by na sejmie prosić króla do zmiany decyzji, oraz namawiać w przypadku królewskiej odmowy - posłów do buntu (tak się działo w 1645r., gdy król Władysław IV Waza, pragnąc uzyskać sojusz z Moskwą przeciw Turcji, zamierzał oddać Rosji miasto Trubczewsk - znajdujące się na odległych rubieżach Rzeczypospolitej). Dlaczego tak się działo? Odpowiedź jest bardzo prosta - działo się tak, ponieważ Rzeczpospolita była państwem wolności i prawa - Rosja, czyli Moskwa, krwawą despotią, z bezwzględną władzą cara, jako samodzierżcy państwa (czyli właściciela całego kraju).
Moskwa nie wytworzyła nigdy kultury i ideałów wolnościowych (Dugin mówi o tym otwarcie i wręcz to idealizuje), powiem więcej - Rosja jest "krajem bez historii". To określenie nie jest nowe i nie ja je wymyśliłem. Określenia tego użył Piotr Jakowlewicz Czaadajew (1794-1856), który w swych utworach przedstawiał Rosję jako kraj zupełnie wyalienowany z historii (za co został uznany przez reżim carski za "obłąkanego" i zamknięty w szpitalu psychiatrycznym). Dlaczego Czaadajew twierdził że Rosja "nie ma historii", co oczywiście było obrazą dla ówczesnych imperialnych elit państwa rosyjskiego, które mówiły: Jak to Rosja nie ma historii, a Iwan Groźny, a Piotr Wielki, a Katarzyna II - to nie historia?. No właśnie - w 1836r., w piśmie "Teleskop", Czaadajew przeanalizował historię Rosji w trzech wymiarach czasu: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Wnioski do których doszedł, wprawiły autora w stan zupełnego pesymizmu, stwierdził wręcz że zupełnie niepotrzebne jest istnienie nie tylko państwa rosyjskiego, ale wręcz kwestionował jakąkolwiek wartość rosyjskiej cywilizacji. Rosję uważał za kraj opuszczony przez Opatrzność, kraj w którym zabrakło idei "obowiązku, sprawiedliwości i porządku".
Pisał: "Rośniemy, ale nie dojrzewamy, idziemy naprzód, ale po linii krzywej, czyli takiej, która nie prowadzi do celu". Czaadajew, jako jeden z niewielu XIX-wiecznych pisarzy i myślicieli rosyjskich, krytykował rosyjską Cerkiew prawosławną, w niej to właśnie upatrując zacofania cywilizacyjnego i moralnego Rosjan. Kolejnym przykładem, który jest podbudową jego tezy o "Rosji, jako kraju bez historii", jest stwierdzenie że w Rosji nigdy nie było baroku, nigdy nie było epoki "odrodzenia", nigdy też nie pojawiła się epoka średniowiecza. Rosja "zatrzymała się" w czasach podboju mongolskiego i taki stan w niezmienionym kształcie przetrwał co najmniej do początków XVIII wieku, a i wówczas nastąpiła jedynie powolna i cząstkowa "europeizacja elit", naród pozostał wciąż w "okresie wojen mongolskich z XII i XIII wieku". Pisał: "Gdy cały świat przebudowywał się od podstaw myśmy nie wznieśli nic nowego, po dawnemu siedzieliśmy skuleni w dawnych chałupach z bierwion i słomy. Jednym słowem losy ludzkości wykuwały się bez nas".
Rosję postrzegał jako kraj "stagnacji, marazmu i zastoju", bez korzeni, bez chlubnej przeszłości, ani też bez nadziei na...przyszłość - "Żyjemy wyłącznie teraźniejszością"- pisał Czaadajew w swych "Listach filozoficznych". Jako główny powód tego stanu rzeczy i zacofanie kraju widział rosyjską Cerkiew. Czaadajew twierdził że przyjęcie chrztu Rusi z Bizancjum, było dużym błędem Włodzimierza Wielkiego (chrzest Rusi nastąpił w 988r.). Twierdził że chrześcijaństwo pochodzące z Konstantynopola było wypaczone, odszczepione od prawdziwego chrześcijaństwa. Uważał że dla Rusi i późniejszej Rosji byłoby lepiej gdyby przyjęto chrzest z Rzymu. To właśnie Rzym Czaadajew stawia za wzór do naśladowania i nie chodzi mu tylko o religię katolicką (którą idealizuje i wychwala). Chodzi mu o całą kulturę starożytnego Rzymu, na której wyrosła Europa, o to że to właśnie cywilizacja rzymska wprowadziła prawo własności, prawa wolności obywatela oraz praw, jakimi powinni kierować się rządzący.
Rzymski cesarz to nie był król, nie panował - on rządził, ale nie rządził dla własnego widzimisię, czy też dla własnej chwały - on przewodził ludowi dla Jego Chwały. Rzymski władca nie ma żadnych "widocznych" oznak swej władzy. Może bić własną monetę, może przedstawiać na niej swe zwycięstwa i uwypuklać dokonania, ale...nie są one jego własnością. Rzymski cesarz nigdy nie mógłby wybić monety, na której opisywałby własne cnoty, męstwo i odwagę w boju - rzymski władca jeśli pragnął uwiecznić swe zwycięstwo na monecie, musiał dodać iż odnowił, bądż ocalił Republikę, w ogóle panujący władca nie żyje dla siebie - on żyje dla państwa: "Urodził się dla dobra Republiki" - jak określano rzymskich cesarzy w pierwszych trzech wiekach cesarstwa. Rządzi, walczy, odnawia, buduje, myśli, czuje i żyje nie dla siebie samego i swego szczęścia lecz wyłącznie na chwałę Rzymu ("Gloria Romanorum"). Rodzina władcy - jego żona, bracia, synowie, córki, siostry, kuzyni - wszyscy oni są zwykłymi obywatelami, nie mają i nie piastują żadnych publicznych urzędów, tylko dlatego że: "tatuś jest u władzy". Jeśli cesarz chciał obdarować członka swej rodziny jakąś funkcją publiczną, musiał uzyskać aprobatę Senatu, a i wówczas obowiązywała kadencyjność danego stanowiska. Wszyscy oni służyli państwu, nie zaś dobru własnemu czy swej dynastii. Rodzina władcy należała co prawda do arystokracji, czyli rzymskiej nobilitas, jak i inne możne rody - nic poza to.
Król (czy car rosyjski), który przegrał bitwę, lub którego spotkała jakaś klęska osobista lub publiczna, był zawsze powodem do współczucia i żalu, ze strony swych poddanych, którzy wszystkie obciążenia, jakie ich spotykały, zrzucali na barki "złych królewskich doradców", ale "dobry car", czy król - gdyby tylko wiedział o naszych trudach dopomógłby nam. Król to król, należy mu się wierność, jak i całej jego rodzinie - książętom i księżniczkom krwi. Rzymski cesarz który przegrał bitwę to nie powód do współczucia ze strony współobywateli - to powód do jak najszybszego odsunięcia od władzy "tego nieudacznika". Nikt się nad nim nie będzie litował, gdyż wypełnia on jedynie wolę ludu - rządzi nim na Jego Chwałę. Władca musiał dbać o to by obywatele Rzymu (jak i przez swych namiestników - mieszkańcy całego Imperium), nie głodowali, nawet najubożsi mieli prawo do skromnego państwowego wiktu, czyli dziennej racji chleba. Lud żądał "Chleba i Igrzysk", więc władca musiał się podporządkować. Znamiennym jest iż podczas igrzysk gladiatorskich ("munera"), jeśli lud postanowił ocalić jakiegoś wojownika, a władca miał inne zdanie - musiał się przychylić do zdania większości. Zwrócenie się przeciw woli ludu było bardzo niebezpieczne i mogło się skończyć tragicznie.
Następstwo władzy z reguły następowało w sposób dziedziczny, czyli z ojca na syna (prawdziwego bądź adoptowanego), a jeśli zabrakło synów, na brata, kuzyna, siostrzeńca, bratanka lub jakiegoś innego męskiego przedstawiciela rodu. Przekazywanie władzy w sposób dziedziczny, to właściwie jedyny wspólny element, łączący władzę królewską z władzą cesarzy rzymskich. Wszystko to jednak musi otrzymać sankcję ludu rzymskiego i senatu (a to nie znaczy jedno i to samo). Obowiązywał niepisany konsensus, który powodował że każdy władca musiał być przyjęty na komicjach ludowych, zatwierdzony przez senat i zaakceptowany przez armię. W praktyce często pomijano komicja i ograniczano się do samego senatu i armii. Lud bowiem pragnął by następstwo odbywało się w gronie jednej rodziny, gdyż dzięki temu nie dochodziło do wojen domowych. A każdy obywatel Rzymu, poparty przez armię (np. dowódca wojskowy znad Renu, Dunaju czy Orientu), mógł ogłosić się cesarzem, jeśli tylko tego pragnął. Musiał co prawda spełniać jeden podstawowy warunek - wywodzić się z nobilitas i chociażby formalnie (jak dowódcy wojskowi), być członkiem senatu. Jeśli spełniał te warunki, nic nie stało na przeszkodzie, by sam sięgnął po cesarską purpurę.
Zresztą Rzymianie nie znali pojęcia "uprawnionego przez Boga/Bogów władcy", który panuje niepodzielnie i któremu należy się posłuszeństwo, bez względu na to co czyni. W praktyce każdy wódz mógł spróbować sięgnąć po władzę, jeśli uznał że sprawy w państwie idą w złym kierunku. Nikt nie mógł mu tego zabronić - choć jeśliby przegrał, za zdradę czekała śmierć nie tylko jego, lecz wszystkich męskich członków jego rodziny, oraz jego małżonkę. Jeśli jednak to ów buntownik zwyciężył - dotychczasowy cesarz, wczoraj uwielbiany przez tłumy i wychwalany pod niebiosa, dziś był ciągnięty przez tłum ulicami Rzymu, a częstokroć jego zwłoki wrzucano do Tybru. Nikt się nie litował przegranym, gdyż jak mówiłem władca nie rządził z woli Boga, lecz na Chwałę Rzymu. A Rzymianie nie byli niczyim niewolnikami, nawet władców, których wychwalali, lecz którymi prywatnie częstokroć gardzili. Jak pisał Mommsen: "Wola ludu jest zawsze i wszędzie uprawniona, gdy prawdziwą wolę ludu wyraża prawo silniejszego".
http://www.youtube.com/watch?v=0Y92kC5Y6gk
Wracając jeszcze do Czaadajewa, ubolewał on, że Rosja nigdy nie doświadczyła epoki średniowiecza i renesansu, pisał w swych "Listach Filozoficznych": "Wszystkie społeczeństwa przeszły przez taką epokę. Jej zawdzięczają najżywsze swoje wspomnienia, cudowność swojej przeszłości, swoją poezję, wszystkie najsilniejsze i najpłodniejsze idee, jest to niezbędna osnowa każdego społeczeństwa. W przeciwnym razie w pamięci narodów nie byłoby nic, co mogłyby cenić i kochać, nic oprócz pyłu własnej ziemi (...) My nic takiego nie mamy. Najpierw brutalne barbarzyństwo, potem ordynarna ciemnota, następnie obce panowanie, okrutne i poniżające, którego ducha odziedziczyła późniejsza nasza władza - oto smutna historia naszej młodości". Owo obce panowanie, o którym pisze Czaadajew, to oczywiście panowanie mongolsko-tatarskie nad Rusią, która "przesiąknęła" zupełnie inną kulturą, odmienną od głoszonej przez Dugina i jego poprzedników "Słowiańskości" i "Słowianofilstwa". Była to kultura mongoloidalna, czyli turańska - dziś modelowo reprezentowana w koncepcji euroazjatyckiej, tak wychwalanej i preferowanej przez Dugina, jako "Jedyna możliwa dla Rosji w przyszłości".
Dalej Czaadajew pisze: "Jeśli nawet założyć, że potrafilibyśmy drogą studiów i rozmyślań zdobyć brakującą nam wiedzę, to skąd wziąć żywe tradycje, rozległe doświadczenie, głębokie zrozumienie przeszłości, trwałe nawyki intelektualne (...) Żyjemy w kraju tak ubogim, gdy idzie o objawy tego, co idealne". Czaadajew nie znalazł zrozumienia nie tylko w politycznych kręgach państwa rosyjskiego, lecz także wśród rosyjskich twórców. Jeszcze 1836r., odpowiedział mu Aleksander Puszkin, który wykpił i wyśmiał wszystkie zarzuty, które przedstawił Czaadajew. Podobnie postąpił Nikołaj Czernyszewski w swej "Apologii obłąkanego" (to o Czaadajewie), którego tytuł mówi sam za siebie. Tą sama drogą co Puszkin i Czernyszewski, poszli późniejsi apologeci "słowianofilcy", którzy z czasem zaczęli popierać coraz bardziej ekspansywny i coraz bardziej turański model rosyjskiego imperializmu. Było też coś, co łączyło poprzedników Aleksandra Dugina,z nim samym - głęboka (choć niekiedy skrywana za ogólnikami frazesami), niechęć, lub w zasadzie nienawiść do Polski, jej kultury i tradycji.
Kończąc ten mój przydługi "wykład" przytoczę ostatnią zwrotkę z wiersza Adama Mickiewicza pt.:"Reduta Ordona":
"Bóg wyrzekł słowo stań się - Bóg i zgiń wyrzecze
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
obleją jak Moskale Redutę Ordona
Każąc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute
Bóg wysadzi tę ziemię - jak On swą Redutę"
http://www.youtube.com/watch?v=O3efQ8yXmFg