Witajcie,
mam 20 lat i z moim byłym spędziłam 5,5 roku. On jest ode mnie dwa lata starszy. Muszę przyznać, że ostatnie pół roku było dla nas ciężkie i oddaliliśmy się od siebie. Byłam dla niego wredna (byłam zdecydowanie dominująca...), chociaż w gruncie rzeczy wynikało to nie z tego, że chciałam sprawić mu przykrość. Zapomniałam, że trzeba pracować nad swoim charakterem. On był raczej skryty, rzadko mi mówił, że jest nieszczęśliwy, nie podnosił na mnie głosu i przede wszystkim- nie pokazywał, gdzie leżą granice... Myślę, że byłam dla niego zbyt chłodna, jednakże on popełnił również parę błędów. Napotkały mnie sytuacje, przez które straciłam wiarę w siebie i to, czy mu się podobam. Oboje nie wyprowadziliśmy się jeszcze od rodziców, niestety z racji tego że jego matka mnie nie lubi, przez ostatnie 3 miesiące nie przychodziłam do niego. To nas oddaliło, a we mnie rosło poczucie "zagrożenia". (wiem, jak to brzmi, że nie mogę się porównywać z relacją matka-syn, ale czasem mam wrażenie, że bardziej zabiegał o jej miłość niż o moją, ale to już inny temat). W każdym bądź razie wpadłam w dołek... i jak zwykle dałam się ponieść mojej niedojrzałości pomieszanej z bezsilnością. Nie powiedziała mu wprost, że to koniec... wieczorem wspomniałam o tym, że chciałabym być z kimś, kto trochę bardziej się angażuje. Następnego dnia rano byłam na niego zła, ponieważ nie mogłam się do niego dodzwonić (a był to częsty problem i wielokrotnie rozmawialiśmy o tym) i powiedziałam mu, że chyba musimy odpocząć od siebie. Jednakże nie ustaliliśmy NIC w tej kwestii. Nie powiedziałam tego z tego powodu, ze nie odbierał (chociaż byłą to ważna sprawa, a ja jednak chcę mieć poczucie, że mogę na kogoś liczyć, a on nie odbierał z błahego powodu). To była w poniedziałek 2 tygodnie temu. Nie mogłam się z nim skontaktować, próbowałam wyłącznie telefonicznie. Oboje mieliśmy egzaminy, więc nie odczułam tego mocno. W środę chciałam z nim porozmawiać, ale odrzucał mnie i napisał tylko, że jutro pogadamy na spokojnie. Następnego dnia- cisza. I to ostatni sms, jaki od niego otrzymałam. Stwierdziłam, że coś mu nie poszło i musi się zamknąć w sobie (tak ma). Cały czas myślałam, że odpoczywa ode mnie, jednakże ja nei wyobrażałam sobie całkowitego braku kontaktu. Przecież jesteśmy w związku i nie rozumiem, dlaczego nie miałby odebrać, kiedy dzwonię i wysyłam sms'a "Ważne". W poniedziałek byłam zmuszona zadzwonić do jego matki, która powiedziała mi że przekaże mu, aby skontaktował się ze mną. Cisza, więc w czwartek dzwonię znowu do niej, zachęcona jej niespodziewanie miłym tonem głosu i oto co usłyszałam: "Widocznie Cię nie chce...Widocznie nie ma dla niego ważnych spraw... Nie nękaj go telefonami". Poczułam się strasznie, bo wolałabym dostać w twarz, niż od niej usłyszeć taki tekst. Napisałam mojemu, żeby przyszedł o 20 w pewne miejsce, żebyśmy porozmawiali, a jak mnie nie chce, to niech powie mi w oczy. Nie przyszedł. Pojechałam do niego do domu- był w pracy. Niestety nie wiedziałam dokładnie gdzie, bo jeździ w różne miejsce na montaże. Przeczekałam do 23 i wróciłam do domu. Miałam nadzieję, że przyjdzie w Walentynki- nic. Cały weekend pisałam e-maile i smsy usiłując przekazać mu, że jego zachowanie jest zwyczajnie dziecinne. Że musi się określić. Miałam nadzieję, że wszystko skończy się dobrze. Wczoraj poszłam pod firmę, gdzie pracuję, wiedząc, że tam jest. Czekałam 20 minut przy aucie i akurat mnie naszło coś, żeby się przejść kawałek dalej. Poszłam i usłyszałam trzaskanie drzwiami- tak, to on wsiadł do auta. Ja podbiegłam a on, kiedy mnie zobaczył wcisnął gaz do dechy i odjechał. Był bardzo zły, nie widziałam go jeszcze z taką miną. Jestem żałosną desperatką, więc poszłam do jego domu (ok. 10 minut drogi), gdzie usłyszałam do jego ojczyma, że on i tak pojechał na robotę i nie ma sensu bym czekała, że on z nim rozmawiał i zadzwoni do mnie wieczorem. Wieczorem zadzwonił. "No chciałem Ci powiedzieć, ze to koniec i nie nachodź mnie" Zapytałam dlaczego "Bo tak mi 2 tygodnie temu napisałaś i się już do tego przyzwyczaiłem". Nie zdążyłam mu wytłumaczyć, że w gruncie rzeczy nie powiedziałam nic o rozstaniu, tylko o oczekiwaniach. Moje zapewnienia, że mnie kocha nic nie dały. Wyłączony telefon ma do teraz. Wiem, że pracuje cały dzień. Bardzo mocno go kocham i w trakcie tych dwóch tygodniu usiłowałam mu to przekazać, ale nie dał mi możliwości. Nie wyobrażam sobie życia bez niego, to również mój jedyny przyjaciel, który zna mnie lepiej, niż ktokolwiek inny. Nie jestem w stanie wyjść na nasze rodzinne miasto, bo wszędzie widzę miejsca, w których spędzaliśmy razem czas, nawet niedawno. Był przy mnie tak długo, można powiedzieć, ze po części mnie wychował. Zawsze był pomocny, dobry i wrażliwy a tu takie chamskie zachowanie. Nie jestem święta, ale chcę się dla niego zmienić i pokazać mu to. Proszę o poradę- co mam teraz robić? Wpadłam w kompletny dół i od wczoraj biorę Tranxene. Z góry mówię, że nie mam przyjaciół. Z koleżankami raczej nie jestem na tyle blisko, by im płakać, z rodzicami się nie porozumiem w tej kwestii, ponieważ "nie jest ciebie wart blabblabla". Podsumowując: ja go kocham. On mnie... nie wiem. Nie wydaje mi się, żeby był na tyle płytki, przy przestać mnie kochać w dwa tygodnie. Co robić? Jak go odzyskać?