Na wstępie, jako forumowa świeżynka, witam wszystkich serdecznie i przechodzę do sedna.
Moja historia zaczyna się 3 lata temu, kiedy na jednym z portali poznałam typowego Casanovę i oszusta. Choć metryka nie kłamie, dałam się mu wkręcić jak naiwna pensjonarka. Uwierzyłam w "nieszczęśliwe" małżeństwo i koszmarny rozwód, "podłą" teściową - zwaną pieszczotliwie przez zięciunia Królową Śniegu, jego toksyczną matkę, no i oczywiście eks, która rzekomo już zaciążyła z nowym gachem (he he he). Przyznacie, że tylko pozbawiona jakichkolwiek odruchów człowieczeństwa kobieta, nie zaopiekowałaby się takim pisklakiem, oferując mu spokój, poczucie bezpieczeństwa, a z czasem może i coś więcej.
Dalszego ciągu łatwo się domyślić. Podpowiem tylko, że Pinokio przy tym panu, to wzór prawdomówności. Nie powiem, że było łatwo wstać i otrzepać się po takim policzku, tym bardziej, że Casanova do tej pory wmawia sobie i innym, że nadal śnię o nim po nocach opłakując utracone "szczęście", choć z własnej woli od kilku lat nie utrzymuję z nim jakiegokolwiek bezpośredniego kontaktu, choć mam odruch wymiotny na wspomnienie jego dotyku, choć po numerach, które odstawiał bałabym się zostać z nim sam na sam...
Dziś mogę z czystym sumieniem przyznać, że mam to (= jego) już za sobą. Stoję mocno na nogach i są one silniejsze niż kiedykolwiek. Jedynym problemem jest to, że stałam się bardziej zachowawcza jeśli choć o płeć przeciwną. Nigdy nie prowadziłam bujnego życia towarzysko-erotycznego, ale nie miałam oporów, by poznając kogoś zaryzykować nową znajomość. Teraz dużo za dużo zastanawiam się, a w rezultacie rezygnuję już na samym początku nie dając drugiej osobie szansy na bliższe poznanie się. Przypięto mi nawet łatkę karierowiczki, no bo skoro w ocenie innych nie chcę mężczyzny, to znaczy, że myślę wyłącznie o pracy, prestiżu i forsie. Prawda jest jednak taka, że tu nie o nie-chcenie chodzi, ale o zwykły strach, że znów się kimś rozczaruję, albo sama nie będę już w stanie zaufać na tyle, że skrzywdzę drugiego człowieka. Może więc ta moja siła to czysta ułuda?
Żeby było weselej, przekorny los postawił na mojej drodze człowieka, który tak samo jak ma wewnętrzne hamulce przed wejściem w nowy związek, ale w przeciwieństwie do mnie chce próbować i prosi o szansę. Znamy się od ponad 2 lat. Najpierw jako zwykli znajomi, bez motylków, chemii, można być rzecz nawet obojętni wobec siebie, ostatnio ciągnie nas ku sobie. Rozmawiamy, śmiejemy się, spieramy o duperele i zaczynamy wyczuwać, że instynktownie szukamy swojego towarzystwa. A mnie znowu gula rośnie ze strachu, choć ciekawość jego osoby jeszcze nad tym góruje. Tłumaczę sobie, że skoro on (po śmierci żony i mając kilkuletnie dziecko, którego dobro jest siłą rzeczy dla niego najważniejsze) chce zaryzykować, to moje obawy przy tym to pikuś.
Może ktoś z Was drodzy Forumowicze był (jest) w podobnej sytuacji, albo chciałby się po prostu wypowiedzieć w temacie (pochwalić, nakrzyczeć, doradzić). Czekam...