Pewnie stwierdzicie, że jestem emocjonalnym masochistą, ale taki plan w głowie mi się zrodził.
Jak zawsze, zatęsknijmy za sobą, dajmy sobie czas, bądź póki co dla siebie przyjaciółmi. Ona musi sobie życie ułożyć, zacząć być odpowiedzialną samą za siebie, a nie polegać tylko na tatusiu lub na mnie. Z rozmów wynika, że nie przekreśla niczego, że zobaczymy co i jak się potoczy. Mówi, że wierzy w to iż poukładamy sobie życia (w sumie za ciekawe nie są, ale też nie są jakieś na dnie) i nadejdzie ten moment. Powiedziała także, że nie chciała by mnie na zawsze stracić ze swojego życia. Że jak byśmy zerwali kontakt na stałe (co jest niemożliwe, bo mamy wspólnego psa, którego ja, ani ona nie oddamy sobie nawzajem na stałe) to by czuła, że straciła coś najlepszego ze swojego życia. Też mam swoje za uszami, ta sytuacja pchnęła mnie do podjęcia w sumie rewolucyjnych decyzji w życiu. Nie będę pisał kto jak i czym zawinił, bo to nie mój cel pisania tutaj (oboje zapomnieliśmy o dolewaniu paliwa).
Do sedna.
Plan jest taki, aby dać radę być tym przyjacielem. Tylko, że zarazem aby działać w wiadomym celu. Jak wiadomo przyjaciele też się świetnie razem bawią, wyjazdy, kina, disco itd. itd. będąc zarazem tylko tymi przyjaciółmi. Więc tak ogólnie by to miało wyglądać.
Wymazać, zapomnieć nie chcę, może póki co. Tak, idiotyczny pomysł samemu sobie sprawiać cierpienie. Odnoszę wrażenie, że jak by udało mi się wprowadzić we mnie permanentne zmiany to mój plan by wypalił. Zmiany które już dawno powinny być poczynione. Obecna sytuacja dała mi takiego kopa, że wchodzą one w życie.
Niby idę do specjalisty pogadać o tym, ale czym więcej człowiek się wygada tym mu lepiej.
No tak, jak dasz radę to próbuj...
Opinie, własne podobne przeżycia mile widziane.
Najgorsza jest ta cholerna huśtawka.
(największy mój związkowy grzech? Jak widzę że już "moje" to spoczywam na laurach, właśnie nad tym będę pracował, jak i nad swoim wstydem hmm ogólnie rzecz ujmując, przed wszelkiego rodzaju wystąpieniami publicznymi, nawet tymi w klubie
)
Podobne tematy
Pewnie stwierdzicie, że jestem emocjonalnym masochistą, ale taki plan w głowie mi się zrodził.
Jak zawsze, zatęsknijmy za sobą, dajmy sobie czas, bądź póki co dla siebie przyjaciółmi. Ona musi sobie życie ułożyć, zacząć być odpowiedzialną samą za siebie, a nie polegać tylko na tatusiu lub na mnie. Z rozmów wynika, że nie przekreśla niczego, że zobaczymy co i jak się potoczy. Mówi, że wierzy w to iż poukładamy sobie życia (w sumie za ciekawe nie są, ale też nie są jakieś na dnie) i nadejdzie ten moment. Powiedziała także, że nie chciała by mnie na zawsze stracić ze swojego życia. Że jak byśmy zerwali kontakt na stałe (co jest niemożliwe, bo mamy wspólnego psa, którego ja, ani ona nie oddamy sobie nawzajem na stałe) to by czuła, że straciła coś najlepszego ze swojego życia. Też mam swoje za uszami, ta sytuacja pchnęła mnie do podjęcia w sumie rewolucyjnych decyzji w życiu. Nie będę pisał kto jak i czym zawinił, bo to nie mój cel pisania tutaj (oboje zapomnieliśmy o dolewaniu paliwa).
Do sedna.
Plan jest taki, aby dać radę być tym przyjacielem. Tylko, że zarazem aby działać w wiadomym celu. Jak wiadomo przyjaciele też się świetnie razem bawią, wyjazdy, kina, disco itd. itd. będąc zarazem tylko tymi przyjaciółmi. Więc tak ogólnie by to miało wyglądać.
Wymazać, zapomnieć nie chcę, może póki co. Tak, idiotyczny pomysł samemu sobie sprawiać cierpienie. Odnoszę wrażenie, że jak by udało mi się wprowadzić we mnie permanentne zmiany to mój plan by wypalił. Zmiany które już dawno powinny być poczynione. Obecna sytuacja dała mi takiego kopa, że wchodzą one w życie.
Niby idę do specjalisty pogadać o tym, ale czym więcej człowiek się wygada tym mu lepiej.
No tak, jak dasz radę to próbuj...
Opinie, własne podobne przeżycia mile widziane.
Najgorsza jest ta cholerna huśtawka.
(największy mój związkowy grzech? Jak widzę że już "moje" to spoczywam na laurach, właśnie nad tym będę pracował, jak i nad swoim wstydem hmm ogólnie rzecz ujmując, przed wszelkiego rodzaju wystąpieniami publicznymi, nawet tymi w klubie)
Będąc przyjacielem, utrzymując tego typu relację i licząc na ponowne zejście nie dajesz jej możliwości zatęsknienia za Tobą i tym samym uniemożliwiasz jej odnalezienie w jej sercu Twojej wartości jako partnera. Może warto, choć to trudne, na jakiś czas odseparować się zupełnie?
Tzn jest plan ograniczyć kontakt do minimum. Typu zabrać/oddać psa. Ewentualnie przelotnie na uczelni (różne kierunki). Dochodzi jeszcze kwestia tego, że muszę wytrzymać
Postaram się jak mogę. No i póki co dopiero w piątek wracamy do domu, do codzienności. Będzie szukała miejsca na przeprowadzkę, ale to z miesiąc może potrwać (względy finansowe), a na ulicę jej raczej nie wyrzucę
. Jakiś plan mam, starać się jak najmniej kontaktować (chociaż to trudne mieszkając pod jednym dachem). Pracę także zmieniam, na zajmującą więcej czasu. Do tej pory w sumie jak by zliczyć ile godzin miesięcznie pracuję to ledwo pół etatu wychodzi. Plan jest taki, aby w ciągu 1-2 miesięcy zmienić pracę, a w drugiej połowie czerwca po zaliczeniu egzaminów wyjechać na wyspy do przyjaciela na 3-4 miesiące. Popracować, POŻYĆ, aby móc wrócić jak normalny, zdrowy, pewny siebie, pełny sił facet. Pożyjemy zobaczymy. Czytałem inne podobne wątki. W sumie wszędzie jest ten sam schemat. Schemat który jest ogólnie błędny, ale w mniemaniu osób porzuconych wydaje się nadzieją. Jak każdy powie, czas leczy rany i pozwala sobie poukładać w głowie. Zobaczymy, może mi się odwidzi. Także póki co bez zbędnych dywagacji na temat tego jak będzie, czy źle, czy dobrze. Trzeba starać się żyć normalnie. Karnet na siłownię już czeka od początku roku, aż wrócę do domu. Fajki chcę definitywnie rzucić. Zacząć uprawiać sporo sportu (póki co zero było
). Rolki są, jeszcze rower by się przydał na wiosnę. Ba nawet chcę z pomocą psychologa pozbyć się wstydu "wygibasów" na imprezach i iść na parenaście lekcji tańca "ogólnego". Wiem niby głupota dla większości, ale to jest na prawdę jeden z moich największych problemów związanych ze wstydem. Jak patrzę na innych to aż zazdroszczę i sam bym chciał się "gibać".
Miłego popołudnia.
PS Mój problem polega też na tym, że jest we mnie prawie zero egoizmu i zawiści. Ktoś wie jak się można trochę tego nauczyć? ;p
W sytuacjach takich jakich wiele tu na forum należy nauczyć się zdrowego egoizmu. Co do reszty Twojej wypowiedzi - poszukaj tu na forum metodę 34 kroków. Nie wkleję tej metody, bo nie pamiętam gdzie jest. Ale warto się z nię zapoznać.
Według mnie wybrałeś dobrą drogę, ale jeżeli faktycznie Ci zależy na niej, to powinieneś gdzieś w sercu pielęgnować uczucie do niej, ale w samotności. Ciężko jest być dobrym przyjacielem, kiedy są w was jeszcze emocje. Najlepiej to dać sobie czas (dłuższa chwila, minimum 3 miesiące ) i faktycznie nie mieć ze sobą żadnego kontaktu. Pewnego dnia przyjdzie taki moment, że poczujesz, że to ten dzień i dzisiaj chcesz się do niej odezwać.
Kiedy już oboje będziecie wiedzieli, że np chcecie do siebie wrócić, to nie będzie żadnych przeszkód, bo po takim czasie zapomnicie o tym co było złe i zostaną tylko dobre wspomnienia do których będziecie mogli dokładać teraźniejszość
Powodzenia.
to samo mogłabym zadać pytanie jak przeczekac zeby nie zwariować, albo czy warto czekać?
Czy warto czekać?
Nie wiem, nie mam pojęcia. Chcę wierzyć, że warto. W miłości jest ten problem, że nie jest się w stanie obiektywnie spojrzeć na związek, albo się nie widzi pewnych rzeczy, albo za bardzo inne nam przeszkadzają i zaczynamy winić drugą stronę. W najgorszym przypadku pozostaje doświadczenie do wyciągnięcia wniosków. Już raz miałem problem. Musiałem NLP sobie zafundować tylko że to była inna historia. Ja 22 ona 38
. Tu znowu NLP odpada, tzn nie wiem ale wydaje mi się że w NLP chodzi o wóz albo przewóz, a jak mówiłem nie chcę jej usuwać z głowy.
Z jednym mam mały problem. Z zazdrością. Jak słyszę, że smsa dostaje to wrze we mnie. Z rozmowy na trzeźwo jak i pod wpływem wynika że nie ma nikogo, nie miała i nie ma zamiaru, że po prostu ma kogoś do rozmów, kogoś z kim musiała porozmawiać o tym wszystkim. Z kolei znam zasadę działania "przyjaciela do wysłuchania i poradzenia się". Zresztą widzą się tylko w weekendy zjazdowe na zajęciach. Fakty mówią, że to prawda iż nic między nimi nie ma, przynajmniej na tą chwilę, bo co będzie jak zostanę sam to nikt nie wie. Niby wiem, ale i tak co innego sobie wymyślam, dopisuję. Niby w obecnej sytuacji nic mi do tego, tylko że ciężko mieć to gdzieś po tak krótkim czasie.
Jakiś pomysł jak pozbyć się tego uczucia?
Dzięki za "kroki", zaraz sobie zajrzę.
Jakie macie zdanie na temat "zasady kontrastu"? Może nie postępować według dokładnego schematu tylko to wszystko zmiksować?
Czy warto czekać?
Z jednym mam mały problem. Z zazdrością. Jak słyszę, że smsa dostaje to wrze we mnie. Z rozmowy na trzeźwo jak i pod wpływem wynika że nie ma nikogo, nie miała i nie ma zamiaru, że po prostu ma kogoś do rozmów, kogoś z kim musiała porozmawiać o tym wszystkim. Z kolei znam zasadę działania "przyjaciela do wysłuchania i poradzenia się". Zresztą widzą się tylko w weekendy zjazdowe na zajęciach. Fakty mówią, że to prawda iż nic między nimi nie ma, przynajmniej na tą chwilę, bo co będzie jak zostanę sam to nikt nie wie. Niby wiem, ale i tak co innego sobie wymyślam, dopisuję. Niby w obecnej sytuacji nic mi do tego, tylko że ciężko mieć to gdzieś po tak krótkim czasie.
Mam DOKŁADNIE tak samo ze swoją. Też dostawała smsy. kilkanaście dziennie. Czesto 23.00 i później. Też tylko z nim rozmawiała. Potrzebowała tego. Teraz juz nie mieszkamy razem. Nie wiem co będzie miedzy nimi, ale nie chce mi sie wierzyć, że nie zaczną się spotykać i rozmawiać jak teraz mają techniczne możliwości. Jak zaczną się spotykać to i zacznie sie "uczucie". Teraz chociaż te smsy mnie nie denerwują
Nie wiem cobędzie, ale myślę że takie schematy się zazwyczaj sprawdzają...
Może i odległość jest znaczna, 300km, może i będzie tak jak mówisz, ale nie bardzo się tym przejmuję, poza tym że szlag mnie trafia jak widzę pisanie smsa albo dźwięk przychodzącego. Właśnie to miało miejsce, tym gorzej że się obudziłem z poczuciem niepokoju... Już uczucie które spowodował sms stłumiłem, niepokój też gdzieś zniknie tylko muszę się ruszyć, iść z psem, jechać na śniadanko i zakupy, łazienkowe. Mieliśmy remont łazienki robić. No i będziemy, bo za nim się wyprowadzi to w tym czasie już jest umówiony fachowiec. Niby razem, a jednak sam. Nie czuję że dla kogoś to robię i nie widzę w tym sensu. Zrobić byle zrobić. Kolejny masochizm, robić pod wspólne ustalenia. Zszedłem z tematu, nie bardzo się tym przejmuję gdyż związki na taką odległość kiepsko się kończą, tym bardziej znając ją. Co 2 tygodnie spotkanie przez weekend? Ani on, ani ona się nie przeprowadzą.
Jej pomaga myśl o jakichkolwiek miłych chwilach które spędziliśmy. Mi nie. Kiedy o nich myślę, owszem jest miło, ale dostaję "szału", że już takich chwil nie będziemy mogli przeżywać (w najgorszym scenariuszu), jestem wtedy bardzo zły na siebie...
Ostatnie 35 godzin razem... Powrót do domu mnie dobija.
W sobotę po zjeździe jak zazwyczaj idą do miasta. Przed "tragedią" zawsze dzwoniłem jak się bawi i o której chce wracać. Czasami po nią jechałem jak dała znać że już dość. Czasami po prostu czekałem. Nie z zazdrości (no może czasem trochę przez to nie mogłem spać), po prostu się martwiłem. Tak wiem, trzeba było też czasami wyjść z nią, tylko jak zwykle przeszkadzał mi mój problem z pierwszego postu.
A co teraz? Z najbliższą sobotą? Wiem że mam nieprzespaną noc. Pewnie wymięknę i napiszę chociaż czy wszystko ok i jak się bawi, chociaż wolałbym nie. Już mną trzęsie, że nie powinienem tego robić, że nie mogę, że to już nie jest nasze wspólne życie, że nie mogę za nią w jakiejś części brać odpowiedzialności.
Idę z psem. Wiecie że nawet słoneczny dzień na mnie źle wpływa.
Zaczyna się. 6,5h do wyjazdu do domu. Dzisiejsza noc pewnie będzie kiepska. Póki co jesteśmy spokojni. Jedna z najgorszych nocy mnie czeka w sobotę. Co prawda też wychodzę (pierwsze wyjście z moim rokiem na piwo), ale nie wiem jak przebiegnie to spotkanie, oby do rana:P Jak nie to oszaleję jak wrócę do domu. Odezwać się w nocy, czy nie odezwać. Tak w kółko mam w głowie jak o tym myślę. Częściej myślę, że historia będzie miała szczęśliwe zakończenie, tylko czas który jest potrzebny mnie dobija... Jej też nie jest lekko widzę i słyszę. Byliśmy tu (w jej mieście rodzinnym) rozejrzeć się za sprzętem do urządzenia łazienki, po 3 sklepie wymiękła i powiedziała, że jest jej źle i nie ma głowy do tego. Pożyjemy zobaczymy.
Jestem prawie pewien, że to popsuję, że może nie być kolejnego razu. Jest gorzej po powrocie, przede wszystkim ze mną. Gdzie nie spojrzę już czuję jej brak... Psiak jakby też coś wyczuwał. Włazi i śpi w walizce. Wydaje się jak by to jej nie dotyczyło, chyba że akurat ja mam gorszą chwilę, to wtedy przejmuje moją aurę. Myślę czy coś się zmieniło od kiedy wyczułem, że jest nie tak. W sumie to nic patrząc na jej zachowanie. Ani gorzej, ani lepiej. Może tylko do czasu aż "zniknie"? Wtedy ją dopadnie?
To nasze drugie tak poważne potknięcie. Scenariusz ten sam. Prosto w łeb. Brak walki, brak inicjatywy w naprawie, brak konkretnych sygnałów. Wtedy się udało, ale żeby nie było za kolorowo to teraz wpadliśmy w głębszą dziurę. Ten sam scenariusz. Moje spostrzeżenie że coś jest nie tak, brak rozmowy mimo prób, aż po paru dniach udaje się porozmawiać. Tym razem nie dała nam szansy na tą chwilę. "Kto wie co będzie za jakiś czas, może się okazać, że i tak jesteśmy sobie przeznaczeni".
Może się wydawać, że jestem naiwny wierząc w to. Ale trzyma mnie przy tej myśli fakt, że nadal chce mnie gdzieś w życiu mieć.
Cholernie boli brak chęci do walki o to, co znowu mnie popycha ku drugiemu końcowi, że to koniec i nie wróci więcej...
Jestem cholernie zły przez to. Właśnie przez te nerwy i przez tą nadzieję jestem między młotem, a kowadłem. Nie potrafię podjąć decyzji, a życie ucieka z każdym dniem.
Stan nieważkości. Próbuję myśleć, analizować. Nie wychodzi. Myśli znikają w mgnieniu oka. Czuję się jak zombie.
"Kto wie co będzie za jakiś czas, może się okazać, że i tak jesteśmy sobie przeznaczeni". [...]
Może się wydawać, że jestem naiwny wierząc w to. Ale trzyma mnie przy tej myśli fakt, że nadal chce mnie gdzieś w życiu mieć.
Cholernie boli brak chęci do walki o to, co znowu mnie popycha ku drugiemu końcowi, że to koniec i nie wróci więcej...
Jestem cholernie zły przez to. Właśnie przez te nerwy i przez tą nadzieję jestem między młotem, a kowadłem. Nie potrafię podjąć decyzji, a życie ucieka z każdym dniem.
Stan nieważkości. Próbuję myśleć, analizować. Nie wychodzi. Myśli znikają w mgnieniu oka. Czuję się jak zombie.
Mi mówiła tak samo (słowo w słowo).Prawie, że identyczna sytuacja to Twojej. Uczucia identyczne. Jej zachwanie też. Ona nie wie czego chce. Tak jak moja.
Miałem takie same myśli... IDENTYCZNE.
Ja przyjąłem totalnego ignora na nią (po rozstaniu). Zareagowała początkowo smutkiem ale już na drugi dzień słała honorowe smsy.Bardzo ją to moje zachowanie sfrustrowało.... Jakby chciała powiedzieć "Nie chcesz ze mną rozmawiać?? Nie to nie. Jestem teraz szczęśliwa i nie potrzebuję Ciebie"
Niestety przechodziłem/wciąż przechodzę bardzo podobną sytuację. Z mojego doświadczenia mogę Ci powiedzieć, że zazwyczaj takie układy kończą się z dużą szkodą dla tego, które pierwsze cos poczuje ponownie. Ja dawałem się długo oszukiwać i wykorzystywać, a ona celowo dawała mi nadzieję, też słyszałem, że beze mnie nie chciała by żyć, a nie wyglada na smutną teraz, gdy mnie nie ma. Aby utrzymać relacje koleżeńską, np. ze względu na psa, powinieneś przeczekać aż miną uczucia. Inaczej każde wasze spotkanie będzie dla Ciebie męką.
Czy do psychologa idac pierwszy raz warto sie zapisac na dwie sesje z rzedu? 50 min wydaje sie bardzo malo, nie zdaze opowiedziec najwazniejszych rzeczy.
Tak ogolnie nie wiem co napisac w temacie. Czym bardziej sie staram tym bardziej dostaje w dupe. Czym wiecej jestem zazdrosny, tym wiecej cierpie.
Nie potrafie zyc, postepowac jakby nic sie nie stalo. Jeszcze ta sytuacja dzisiejszej nocy...
Witam... napiszcie szczerze czy wy naprawdę wierzycie w jaką kolwiek przyjaźń między facetem a kobietą? zaznaczmy np po wspólnych 6 nocach razem na wyjeździe, wspólne łózko wspólny pokoj... ? a później przyjaźn?? sory ktoś tu kogoś buja albo on że nic nie czuje albo ona jego że się zakochała..
Z twojego opisu wynika, że rozstaliście się fizycznie...i że Ty teraz czekasz na coś, coś ma się zmienić...i oczekujesz, że wrócicie do siebie....ja tak zrozumiałam ..jak się mylę to mnie popraw...Czyli ten czas jest na to, że ona ma nauczyć się samodzielności itd...Może napisz po prostu : Czym jet dla Ciebie szczęście i wolność w związku?
17 2014-01-12 18:24:17 Ostatnio edytowany przez zwiazkowy_len (2014-01-12 18:42:25)
Wiem to był masochizm. Teraz mógłbym być o te 2 tygodnie do przodu. Z drugiej strony myśl o tym, że tam pojadę napawała mnie optymizmem i nadzieją, że jednak uda się jeszcze raz spróbować (z tego co poczytałem jest ogromne prawdopodobieństwo, że ta sytuacja i tak by się powtórzyła). Mimo, że z rozmowy wynikło iż w tej chwili nie ma szans, to i tak jej ciągła obecność trzymała mnie w większości czasu w dobrej kondycji psychicznej. Jednak teraz wróciliśmy do codziennego życia i nie ma możliwości (nawet jeśli by była to było by to chore) aby było jak na wyjeździe. Nasze stosunki były normalne, jak zawsze, rozmowy o wszystkim i niczym, 3 wspólne wypady do innych miast, przytulanie czy nawet w dwóch przypadkach pocałunek (wiedziałem i wiem, że to tylko pogarsza sprawę na przyszłość). Było wszystko oprócz stosunku i tych związkowych uczuć.
Mimo iż wiem jakie ma minusy, że one także miały wpływ na moje zachowanie i reakcje, to jednak nie potrafię spasować, co jak każdy mówi byłoby najlepszą opcją. Niby wszystko wiem co powinienem zrobić, jak sobie ułożyć życie, aby mi było dobrze, jak zmienić moją codzienność, monotonie (tak musiałbym się do tego zmuszać, mam mało samozaparcia, ale nie było by to zmuszanie dręczące) to jednak nie daje mi to spokoju i nie pozwala zacząć pracować nad sobą. Staram się jak mogę, nie miałem dziś iść na zajęcia, jednak z czyjąś pomocą poszedłem. Miałem iść teraz na siłownię, otwarta do 17:45, niby jest czas, ale pytam się po co?
Zdaję sobie sprawę, że z perspektywy czasu miało by to pozytywny wpływ na mnie, co się wiąże z tym że na otoczenie też. Tylko, że źle mi jest teraz, a teraz mi to nie pomoże. Posprzątać, pranie zrobić, przygotować jadłospis pod siłownię, wszystko co dookoła sprawia że człowiekowi jest raźniej. Sam porządek polepsza humor, ale po co skoro i tak mi to w moim problemie nie pomoże. Zresztą z tego co wiem to już mi nic nie pomoże na tą chwilę. A ja głupi nadal jestem zazdrosny, tęsknie, staram się dać jej powód do radości, myśląc mimo tego co wiem, że to coś zmieni. Totalny idiota.
Tak, spadek kontaktów fizycznych i zainteresowania się sobą nawzajem to wszystko spowodował. Owszem rozmawialiśmy sporo jak zawsze, w 95% przypadkach możemy o czymś rozmawiać. Jak to się mówi, jak stare dobre małżeństwo, za rączkę do kościółka i prawie tylko rozmowy. Tym bardziej że poszliśmy na studia, ona zawsze była bardziej towarzyska i potrafiąca łatwiej nawiązać nowe znajomości. Co wręcz jeszcze bardziej mi ją w pewien sposób odebrało. Jak to w chęci poznawania nowych osób bywa. Każda nowo poznana osoba która przypada do gustu nie ma wad, a ja je mam po prawie 5 latach. Mi to przychodzi ciężej, pewnie dużą rolę w tym odegrało wydarzenie z dzieciństwa.
Ja nie czekam, staram się działać, tym bardziej że nie usłyszałem "nie kocham Cię", "nic do Ciebie już nie czuję". W sumie to czekam na naszą następną szansę, no to że jednak teraz się uda. Zarazem wiem że tej szansy teraz nie będzie.
Ten czas jest zapewne dla każdego z nas osobno. Czas który pozostał do końca życia.
Wolność w związku hm nigdy nie byłem dobry z pisania. np ja idąc do klubu idę się napić, nie tańczę z powodu co już wyżej pisałem (nieśmiałość, że obcy zobaczą tą pokrakę, chociaż jak sięgnąć pamięcią zdarzały się imprezy taneczne w moim wykonaniu i nigdy czegoś takiego nie zarejestrowałem, a czasami miałem wrażenie, że panny spoglądają i się uśmiechają, a nie śmieją, tylko że był warunek, wypita odpowiednia ilość alkoholu, z kolei nie tak że miałem większe problemy z poruszaniem się), z kolei ona lubi tańczyć, nawet alko do tego nie potrzebuje. Więc twierdziłem po co mam iść i zamulać przy stoliku skoro ona tak lubi tańczyć i psuć jej zabawę. Teraz twierdzę, że trzeba było iść i nawet posiedzieć i się napić, pogadać, potupać nóżką. Nie wiem czy między innymi taką wolność miałaś na myśli. Nie ograniczałem jej w wyjściach, z kolei te wyjścia też nie były co tydzień, były nawet przerwy miesięczne w jej tańcach.
Szanowałem to co nie oznacza że nie byłem zazdrosny że wracała np o 2 w nocy.
Nie wiem co tu więcej napisać, jak bym miał jakieś konkretne przykłady to bym powiedział tak lub nie.
Szczęściem dla mnie jest, że jak coś robię dla drugiej osoby to ona jest szczęśliwa, docenia to. Tylko człowiek się wypala, gdy za długo sam tego nie doświadcza. Np romantyzmu we mnie niewiele, starałem się być i całkiem dobrze mi to wychodzi, tylko że gdzieś po drodze to mijało, przestawałem być. Nie mam pojęcia dlaczego. Może dlatego, że patrząc na to wszystko teraz, dostawałem mniej niż dawałem. Z drugiej strony wiedziałem kogo i jaki charakter sobie wybrałem. Jakaś porażka, wstyd i kto wie co jeszcze. Teraz pod wpływem stresu i emocji takich pomysłów mam dziesiątki w ciągu dnia.
Chciałbym znowu pogadać, pewnie z nadzieją że usłyszę coś innego. Chciałem nie raz zapytać czy coś jeszcze do mnie czuje, czy gdzieś tam nadal kocha i chciałaby. Ale boje się, boję się obu wariantów odpowiedzi. I tego że tak, ale się nam nie ułożyło, jak i tego że nie.
Po prostu jedna wielka próżnia, kosmos. Czuję się jak bym wisiał centymetr nad ziemią i nie mógł na niej stanąć.
Jutro idę się wyżalić na 19. 26 godzin, jakoś chyba dotrwam w jako tako byle jakim stanie. Ze snem (zapewne z przerwami, chociaż czując ją obok powinno być spokojniej) nie powinno być kłopotu bo spałem dziś 4,5h z przerwami. Z kolei nie potrafię zrobić tak że pójdę spać do pokoju obok wiedząc, że ona jest obok. Nawet teraz wystarczyło by żeby siedziała obok, żebym czuł jej obecność, nawet nic nie mówiąc, robiąc cokolwiek niezwiązanego ze mną i możliwe że ten walltekst by nie powstał. Strach przed samotnością? Nie sądzę, bo w tej chwili nawet obecność osób trzecich mi za bardzo nie pomaga, na moment przestanę myśleć i się zadręczać, ale po chwili wszystko wraca.
Cholerne wygadanie się też nie pomaga, rozmowa z innymi na ten temat też nie. Tylko na tą chwilę w której się wygaduję, wypisuję. Zaraz to potwierdzę i wracam do rzeczywistości...
Np jak myślę o tym że ma się wyprowadzić, to będzie mi brakować tego cholernego martwienia się o nią jak wychodziła ze znajomymi do miasta. Nagle nie będę mógł napisać jak się bawi, o której planuje wracać to może po nią podjadę, czy wysłuchania jak się bawiła, czy nawet głupich plotek o znajomych.
Wiem, same smęty i narzekania. Muszę się ogarnąć tylko póki co szukam sposobu. Czegoś co by mi pomogło ruszyć się, bo działania które by miały wpłynąć na moją korzyść jakoś mnie nie motywują do wrzucenia ze wstecznego na luz, a następnie do przodu.
Jak ja bym to widział? Osiągnąć stan, aby mną tak emocje nie rządziły, aby widzieć sens w tym co robię dla siebie, co by wpłynęło także na otoczenie (czyli przede wszystkim na nią), ale żeby nie zapomnieć, nie odsunąć się, nie czuć nienawiści. Wtedy mógłbym się ogarnąć i zrobić wiele dla siebie, pokazać że to i wyłącznie moje lenistwo z którym chcę walczyć.
Cholernie mnie kusi, aby napisać o której wraca, czy co robi, czy cokolwiek aby mieć kontakt, ale wiem że nie mogę.
Jeszcze jedno. Wczoraj po zajęciach ona poszła ze swoimi do miasta i ja poszedłem ze swoimi (różne kierunki). Ja wróciłem około 1, ona około 3. Nie spałem, weszła, spojrzała, zamieniliśmy parę słów, powiedziała, że była teraz jeszcze z koleżanką (co bardzo prawdopodobne jest nieprawdą) i powiedziała, że jeszcze na chwilę wychodzi. Zareagowałem głupio bo powiedziałem, że ja też sobie wyjdę, przejść się. Wyszła, za nim ubrałem buty i kurtkę zdążyła wsiąść do taksówki i odjechać ze znajomymi do miasta. Impuls i alkohol spowodowały że skrótami przez osiedle chciałem taksówkę zatrzymać, ale tchu mi zabrakło. Dosłownie brakowało 5 sekund. Od tego momentu ani razu się nie odezwała, dopiero na uczelni ją spotkałem o 13. Normalnie rozmawialiśmy, ciężko było powstrzymać smutek we mnie tkwiący, ale dałem radę. Ona poszła na zajęcia, a ja właśnie skończyłem.
Pytanie jest takie czy jest sens próbować porozmawiać na ten temat. Co to zachowanie (pod wpływem alkoholu) miało oznaczać. "Za chwilę wracam" i ucieczka do taksówki i brak znaku życia do 13? Znaczy to tyle co "teraz to już nic nie możesz, jest za późno, a ja Ci to udowodnię"?
Cała sytuacja wygląda bardzo dziecinnie i śmiesznie, ale trochę mnie to dręczy. Czy chciała mi coś udowodnić, czy nie powiedziała prawdy i myślała, że się nie ruszę z miejsca i będę myślał, że poszła do koleżanki na noc? Nienawidzę domysłów, zwariować można, tyle historii co już sobie wymyśliłem...
18 2014-01-25 15:25:11 Ostatnio edytowany przez zwiazkowy_len (2014-01-25 15:32:55)
Trochę się wyjaśniło. To co powyżej, ostatni akapit, to było niby z zazdrości. Nie ma sensu tłumaczyć co, jak i dlaczego, bo nie ma to większego znaczenia chyba.
W poniedziałek 3 sesja.
Wczoraj hm "kłótnia". Nie wytrzymałem "smsowania". Prawie codziennie, od rana do wieczora. Szlag mnie trafił. Usłyszałem, że nie będzie mi się tłumaczyć, myślę że w sumie ma rację, bo jeżeli to nic takiego to i tak bym pewnie nie uwierzył
. Powiedziałem jeszcze, że koleś ma w pysk jak kiedykolwiek zobaczę ich jako parę. Nie obchodzi mnie w tym momencie, że jeżeli ona by nie chciała to nie, czy powiedzenia typu "jak su*a nie da to pies nie weźmie". Nawet niech zaiskrzy za pół roku to i tak ma w pysk. Z tego co wiem, widziałem i słyszałem to niby nic takiego. Tylko jakoś nie mogę w to uwierzyć i się tego trzymać (pewnie coś w moim zakutym łbie mi przeszkadza). Z drugiej strony nie wychodzi potajemnie, wraca z pracy normalnie, ogólnie nie było momentów, aby miała możliwość się spotkania. Niby od stycznia zmienił miejsce zamieszkania na poznań(ta fb), ale nadal nie było takich sytuacji.
W sumie nie ma powodu dla którego, by mi nie miała w tej kwestii powiedzieć prawdy. Że tak ktoś się pojawił jakiś czas temu itd.
Hm, a może tylko dlatego, aby mnie gdzieś tam mieć przy sobie? Jak by powiedziała to by mnie straciła w ogóle? Na obecną chwilę myślę, że byłbym tą opcją. Jak by jej tam nie wyszło o ile coś w ogóle istnieje, to bym się jej "poddał".
Póki co nadal pomiędzy młotem, a kowadłem. Mieszkamy razem, jemy razem, rozmawiamy o wszystkim i niczym, śpimy w jednym łóżku, kąpiemy się razem(wtf?!)itd. Wszystko jest tak jak było tylko nie jesteśmy partnerami... Nie potrafię zrezygnować z tego wszystkiego i odbić na swoją ścieżkę. Z drugiej strony chciałbym zobaczyć jej reakcje (może to by mi trochę rozjaśniło) jak bym przyszedł i poszedł spać do pokoju obok, nie pisał smsów(dziś mam zamiar się powstrzymać przynajmniej do rana). Nie potrafię na zewnątrz przestać "wybuchać", żeby przestało to być tak bardzo widoczne jak bardzo mi zależy i jest mi z tym źle.
Mam nieodparte wrażenie, że straciłem ją na zawsze jako partnerkę, ciężko mi się z tym pogodzić... Że teksty o powrocie za x czasu jak zaczniemy mieszkać osobno, będzie inna relacja, jak na początku, są tylko ściemą, aby mnie karmić nadzieją o świetlanej przyszłości. Może i tak będzie, lecz w tej chwili skłaniam się ku temu, że z jej strony już nic nie będzie. Tylko przyjaźń.
Idiotyczne karmienie się codziennymi czynnościami ze związku, aby "lepiej" się czuć. Pewnie dlatego boję się, że będzie ze mną gorzej jak to wszystko by miało zniknąć, dlatego w tym tkwię...
No i telefon cały czas przy sobie. Wcześniej prawie wszystko wiedziałem(przed kryzysem), sama mi mówiła. Teraz (zakładając że to jest bardzo dobra przyjaźń) chce mieć coś dla siebie i abym tego nie widział? Po prostu aby nie być "obnażonym"? Nie wiem czy coś miała do tego moja bezgraniczna ufność? Wcześniej ufałem, a teraz nie i dlatego to wszystko?
Staram się z całych sił znormalnieć, być tym kim byłem, a nawet trochę lepszą wersją. Staram się żyć "sam". Powoli do przodu jakoś to idzie. Pracę chociażby zmieniać będę od marca. Chodzę do tego terapeuty. Hm póki co to chyba na tyle z tych większych zmian. Trochę mało jak na to co sobie postanowiłem. Fajki póki co odpadają, nie dam rady.
19 2014-01-25 15:53:28 Ostatnio edytowany przez zodiac87 (2014-01-25 15:55:12)
Z tymi czynnościami wspólnymi (spanie w jednym łozku, bzykanie itd) też tak miałem. Jej telefon "twierdza" też tak miałem.
Aż, któregoś dnia rano spojrzałem w lustro i gość, którego zobaczyłem obrzydził mnie.... Bez honoru, bez charakteru, bez godności, bez uśmiechu natwarzy - narkoman uzależniony od drugiej osoby.
Zacząłem spać oddzielnie, bez przytulania, rozmowy dyplomatyczne. Nie powiem - była w szoku. Było jej smutno - zaczeło się wzbudzanie mojej winy i manipulacje moimi uczuciami... Po prostu była pewna tego, że zawsze dla niej bede - bez względu na to co ona zrobi. Wiedziała dobrze, że ją ogromnie kocham. Co z tego jak siebie nie kochałem... Jeżeli nie będziesz szanował siebie uwierz. Nikt nie będzie szanował Ciebie...
Nie rób tego. Robisz sobie nadzieję. Dla niej po prostu jest wygodne to. Tworzycie teraz tzw. wolny związek i jesteś niczym innym jak PRZYJACIELEM Z BENEFITAMI...
P.S. Wiesz w czym może być problem? Ona po prostu nie wierzy, że możesz odejść, żyć bez niej. Nawet podświadomie może tak myśleć... Pokaż jej że mozesz sprawnie życ sam.
To nawet nie jest wolny związek. Nawet jak by był to byłoby tylko gorzej. Sam sobie właśnie zaprzeczę i powiem, że całe szczęście, że nie jest to wolny związek.
Wszystko wiem. Wiem co powinienem zrobić, wiem jak się zachować, itd. Teoria w małym palcu. Tylko teraz potrzebny jest duży krok naprzód, aby z tej wiedzy zrobić użytek.
Niby się mówi "Chcesz pomagać innym, najpierw pomóż sobie". To tak a propos wzięcia się w garść.
Jeszcze to słoneczko za oknem... :] "napawa mnie optymizmem".
Boję się dnia dzisiejszego, bo idę zalać mordę ze znajomymi. Módlcie się proszę, żebym czegoś nie odje**ł
.
I tak ma w pysk "kolega" w razie czego. Śmiem twierdzić, że młoda twierdzi, że i tak nic bym nie zrobił. Jak by załadować mój mózgu z przed 1,5-2 miesięcy to bym przyznał jej rację. Oby nie musiała się tym razem zdziwić.
Zadziwiające jak tak ciężkie przeżycia potrafią zmienić człowieka.
Czuję się jak dwa tygodnie temu, dziś znowu zjazd na uczelni, znowu wyjście i zadawanie sobie pytania "Czy wróci na noc? O której? itd.". Jak bardzo bym chciał się tego pozbyć z mojej głowy...
Trzeba pełznąć powoli do przodu. Damy radę Zodiac, kupa życia przed nami.
Po prostu zrób ten krok. Proste i trudne zarazem. Ale innej drogi nie ma.
Ano, cholernie trudne, a zarazem takie proste. Mówisz aby już zacząć? Nie czekać do końca lutego? Tak mniej więcej pewnie już by się ogarnęła z mieszkaniem. Zobaczymy, postaram się co w mojej mocy. Póki co plan nadal jest taki jak na początku. Zacząć żyć i powoli próbować.
23 2014-01-25 16:55:25 Ostatnio edytowany przez zodiac87 (2014-01-25 17:00:26)
Po prostu mieszkając razem nie zachowuj się jakby była Twoją partnerką...
Zacznij od razu.
P.S.
Nie mów doniej, że dasz mu w pysk. I oczywiście nie rób tego z dwóch powodów:
1. Pokażesz jej jak słabym gościem jesteś. Rozwiązania siłowe pokazują słąbość.
2. Ty z nią byłeś. Obowiązywała umowa między Tobą a nią. A ten gość? On się z Tobą na nic nie umawiał. To jej wybór, ale uzasadniony żal możesz mieć tylko do niej a nie do niego.
24 2014-01-25 17:08:23 Ostatnio edytowany przez zwiazkowy_len (2014-01-25 17:09:29)
To ma być w ramach ewentualnego oszukiwania mnie
Chcesz żeby ktoś cierpiał? Zadaj cierpienie jego bliskim.
To błąd będzie. Wyjdziesz na zakompleksionego słabego faceta.
Bez poczucia własnej wartości nie staniesz na nogi. Ona nie będzie cierpieć jeżeli to zrobisz a to jest Twój cel. Będzie Ci lepiej? Na ile dzień, dwa?
Uczuciem przeciwnym do miłości nie jest nienawiść, czy chęć zemsty tylko obojętność.
Dziś, jutro bym to zrobił. Za jakiś czas, tym bardziej jak przestaniemy razem mieszkać, pewnie nie.
Tak masz rację co do obojętności. Tylko znowu pojawia się obawa. Nagle się zmieniam o 180. Z wielkiej miłości do niej zmieniam się na kompletnie obojętnego. Znam ją na tyle, że pomyśli, że ja tak specjalnie, na złość. I znowu pojawia się obawa przed całkowitą stratą. Tak jak pisałem, teoria na 5, z praktyki ndst...
No i nie wytrzymałem, napisałem 3-4 smsy. Jakie to lepiej nie mówić, sami się domyślcie.
Z jednej strony chcę zasnąć, aby przespać większość czasu, gdyby nie miała wrócić.
Z drugiej strony nie chcę spać, aby nie przespać momentu jak wróci...
Pop****olone to wszystko...
I stało się, pierwsza noc samemu w trakcie trwania kryzysu. Poszedłem spać około 1, wstałem godzinę temu. Budziłem się co 30-60 min. Za każdym razem z innymi myślami i uczuciami. Najczęściej z myślą "Co ona teraz robi?". Było też zwykłe martwienie się o nią. Najgorzej było wstać, w sensie nie że mi się nie chciało, bo psiak się już prosił o wyjście. W sensie, że czasami budzę się z uczuciem niepokoju.
Teraz? Teraz jest w miarę ok. Muzyczka włączona, ma trochę kojący wpływ na mnie. Teraz kwestia tego aby nie spędzić całego dnia przy kompie. Myślę nad jakimś lekkim śniadankiem i ruszeniem w końcu tyłka na siłownię, bądź też poćwiczenie w domu kalenistyki. Trochę obowiązków domowych jest, powiedziałbym że nawet sporo.
Nienormalne jest też to, że we własnych 4 kątach źle się czuję. Trochę negatywny wpływ mają na mnie. To nie jest kwestia, zdjęcia, pamiątek, bądź cokolwiek by to nie było co jest jej. Po prostu z tymi ścianami kojarzy mi się ona. Myślałem nawet nad wynajęciem mieszkania i poszukania sobie kawalerki, bądź pokoju na jakiś czas. Ale chyba to trochę bez sensu.
Nie wiem zrobiłem źle czy dobrze. Wysłałem jej smsa niedawno z pytaniem czy wszystko ok i czy poszła na zajęcia. Nie odpisuje, bo pewnie odsypia.
Mam dobry stan w tej chwili. Próbuję o czymś myśleć, nakręcić się i nie bardzo wychodzi. Zaraz przestaję o tym myśleć i zaczynam od nowa. Nie mogę sobie żadnej historii w głowie napisać
.
Nie zrobisz malutkiego kroczku do przodu jeżeli będziesz szukal z niavkontaktu...
to jest FAKT
Pisząc ze pewnie odsypia -właśnie tworzysz historie. Nie odpisje dlatego, ze albo ma cię w d*pie ponieważ Ciebie nie szanuje i ma komfort psychiczny, ze myślisz o niej tesknisz, albo sprawia sprawę przed Tobą uczciwie i chce Ci pokazać, żebyś dał sobie spokój bo ona juz stoi dawno obok tego co Was łączył.
Pomysł sobie o jakiejś koleżance Twojej, która Ciebie kiedyś zarywala a Ty nie miałeś najmniejszej ochoty na to. A ona pisała, dzwoniła była wręcz natretna.... Pomysł ze Twoja może myśleć teraz dokładnie to samo o Tobie. Rozumesz?
Staram się obecnie mieć to wszystko gdzieś. Czy to dobre momenty, czy złe. Po prostu nie myśleć o tym w żaden sposób. To co napisałeś biorę pod uwagę, jest jeszcze inne wytłumaczenie. Które jest prawdziwe nie ma znaczenia.
Co najwyżej jak wrócę do domu 21-22 i jej nie będzie (z tego co pamiętam o 19:30 kończy zajęcia) (to już będzie ponad 20h od ostatniego odzewu), ani też żadnego odzewu to spróbuję się tylko dowiedzieć czy wszystko w porządku i nic poza tym. W końcu nadal razem mieszkamy i staramy się żyć w przyjaznych stosunkach, czasami wybuchnę, ale ciężko tego nie robić w obecnej sytuacji.
Co dalej zobaczymy, póki co po prostu się martwię.
30 2014-01-30 23:36:37 Ostatnio edytowany przez zwiazkowy_len (2014-01-30 23:44:21)
Wyjechała, wczoraj. Do poniedziałku mam "spokój". Nie jest źle. Dwa przebudzenia w trakcie 5h snu. Potem praca, a w pracy był totalny luz jeżeli chodzi o rozmyślania. Szkolenie było, więc nie bardzo był czas. Nawet jak się wymienialiśmy smsami to też nie myślałem o tym wszystkim w perspektywie związku/rozstania itp. Coś mnie tam pod wieczór dopadło, ale już minęło. Przydałoby się następny krok poczynić. Czyli od jutra nie odezwać się jako pierwszy. Spróbuję, a nóż się uda.
Postanowiłem się w pracę zaangażować. Brać nadgodziny jak będzie możliwość.
Jutro imprezka z dawnymi znajomymi.
Jakoś leci to życie jednak.
Byle sobie nie wkręcać historii jak na haju.
W tej chwili najgorsze to to, że zasypiam w pustym łóżku, ale jestem przez nową pracę tak zmęczony, że długo to nie trwa.
U terapeutki pracować zaczynamy nad moją lekką nieśmiałością.
Będzie dobrze, jak nie dziś, to jutro na pewno ![]()
Z tą sytuacją (na ile to prawda, a na ile przykrywka- ale jak mówiłem bez wkręcania, więc staram się nie myśleć o tym w ten sposób) to się wyjaśniło. Dzień wcześniej jak ona i ja sobie gdzieś byliśmy to pisałem chwilę z nią. Pod wpływem alko napisałem, że nie daje dziś rady i nie chcę aby do mnie tego dnia pisała i dzwoniła. Brak kontaktu z jej strony był na "złość" i z przykrości. Tak mogło być i myślę, że było. W końcu znam ją 5 lat. Tak sobie wkręcam, że tak było. Lepiej z tym żyć niż wymyślać
Jak było inaczej to cóż, mam nadzieję, że Bozia lub karma istnieje i karze za złe uczynki ;p Chociaż nadal jak myślę (już nie wkręcam) sobie o tym co pisałem wyżej na temat tego facia to nadal mam ochotę mu w pysk dać w razie czego
Za pchanie łapsk tam gdzie nie trzeba. To tak jak wkładanie rąk pod zatrzymującą się piłę ![]()
Oby tak dalej, powodzenia!
Parę dni mnie nie było, to chyba dobrze.
Więc wróciła, dwie noce temu. Pierwszej nocy próbowałem się dobierać
. Przebudziła się podniecona, ale chwilę po przebudzeniu powstrzymała się i mnie
. W sumie to w większości chodziło mi o jedno
. Pewnie i dobrze, że tak postąpiła, bo mogło by to cofnąć nas trochę. Drugiej nocy poszła spać sama. Musiała rano wstać, a pewnie bym znowu się próbował dobierać (ta obiecanki cacanki przed samym sobą że nie
). Poszedłem na chwilę jak już spała (od 20, a ja w kuchni do 23 siedziałem), przytuliłem i dałem cmoka w główkę na dobranoc i mnie chwyciła, żebym został. Tylko że łóżko nie było rozłożone
Rano sama wpadła się przytulić.
Co raz bardziej jest mi obojętna. Nadal coś mam w sobie, ale jest to przytłumione. Pewnie przez złość za to wszystko.
Nawet jak rozmyślam, że mielibyśmy się teraz zejść to kiepsko by to mogło wyglądać. Za dużo emocji nadal, za dużo żalu. Co raz częściej widzę to co mnie czasami drażniło.
Co dalej? Jak ta relacja będzie wyglądać?
Nie mam pojęcia. Patrząc na poprzednie związki, z żadną nie mam kontaktu.
W tym przypadku jest inaczej. Psinka z której żadne nie zrezygnuje.
Zobaczymy.
Owa impreza ze znajomymi bardzo udana. O 6 wybrałem się (sam) na after party, ciężkie techno, nawet się pobawiłem chwilę, a później na egzamin nad którym myśląc, dosłownie zasypiałem i jedną cześć egzaminu strzelałem
Potem jeszcze jakieś kombinacje z kimś się spotkać, aż w końcu o 12 dotarłem do domu
.
Piątek urodziny przyjaciela, także pewnie powtórka z rozrywki. Liczniejsze grono także mam nadzieję że znowu o 6 nie skończę sam ![]()
Jedynie wczoraj wieczorem mnie dobiła nie/świadomie. Powiedziała coś do sytuacji odnoszącej się parę dni po pierwszej rozmowie o rozstaniu. Chodziło o to że z jej zdania w moim odczuciu wynikało, że wtedy była szansa, a teraz już nie ma. Że wtedy było coś co mogłem zrobić, abyśmy byli znowu razem, ale tego nie zrobiłem. Albo coś zrobiłem czego nie powinienem był robić. Tak to odebrałem. Tzn to co wczoraj powiedziała nie było na temat w ogóle na temat związku czy czegoś takiego. Także podejrzewam że to moje przewrażliwienie.
Uprawnienia zdane. W nowej pracy póki co dorywczo, od marca na stałe. Widzę szansę na szybki rozwój. Szkoła to nie problem. Także w sumie życie na plus. Jestem w miarę zadowolony. No poza jedną kwestią nadal.