Cześć. Opiszę Wam krótko moją historię. Byliśmy razem prawie 1,5 roku. Niestety, po 3 miesiącach związku On musiał wyjechać, nie było go długo, ja czekałam - w sumie to czekałam 7 miesięcy, kontakt mieliśmy na skype itp., czasem się widywaliśmy na żywo, na 1-2 dni. W tym czasie, pojawiły się u mnie trudności w życiu rodzinnym, zawsze byłam nerwową osobą, ale bardzo moja nerwica się pogłębiła. Traktowałam go w trakcie napadów okropnie, nie zasługiwał sobie na to. Częściowo, może dlatego że było we mnie tyle bólu, że oszukał, że zostawił, że wyjechał na tak długo, czułam się bardzo oszukana, że tutaj zaangażowałam się w związek, a nagle wyjeżdża.
Kiedy wrócił, mieliśmy zacząć "od nowa", jednak on ma chorą matkę i znów go ciągle nie było. W dodatku te moje problemy psychiczne i moja trudna sytuacja rodzinna nie sprzyjały rozwojowi znajomości. Po licznych moich przekonywaniach go, wróciliśmy do siebie. Potem znów wyjechał, a ja zachorowałam "fizycznie", że tak powiem, jego matki stan się pogrążał. Zaczął mnie unikać, ja się dla niego przeprowadziłam na studia do innego miasta, żebyśmy w końcu mogli zacząć normalnie funkcjonować, dzielić codzienność. Jego ignorowanie mnie tłumaczyłam sobie tym, że On ma problemy z matką, że ona umiera, że muszę go wesprzeć. Napady miałam rzadziej, postawiłam się trochę na nogi, ale nie całkowicie. Czułam, że coś jest nie tak, padały słowa "rozstaniemy się już na dobre", nie chciałam ich zrozumieć.
W końcu niecały tydzień temu poprosiłam go na spokojnie o rozmowę, o szczerość - powiedział, że nie ma ochoty się starać, że ten związek go dobił, że nie byliśmy szczęśliwi i w sercu ma pustynię. Że nic nie poradzi. Oczywiście, na początku miałam fazę "szoku" - pisałam do niego, wyznawałam miłość, wracałam do wspólnych wspomnień - on mówił "przykro mi". Powiedział też, że "za późno" się zaczęłam starać, zabiegać, a potem gdy mu to wypomniałam, powiedział że mam się go nie słuchać.
Że jestem dla niego bardzo ważna, ale związku to on nie widzi w sumie od naszego pierwszego rozstania. Tłumaczyłam mu, że to nie nasza wina, tylko takie okoliczności losu - choroba jego matki, wyjazdy. Że w końcu jesteśmy w jednym mieście itp.
Wczoraj napisałam mu, że już wszystko zrozumiałam, że przepraszam, że być może kiedyś znajdzie się ktoś, kto pokocha mnie jaką jestem. Dzwonił potem 4 razy, ale nie odebrałam, bo miałam wyciszony dźwięk. Oddzwoniłam po jakimś czasie, miał wyłączony telefon. Napisałam mu smsa, że nie dam rady i że wracam do siebie, do miasta rodzinnego. Jak włączył telefon i zobaczył tę wiadomość, dzwonił kilkanaście razy, ale nie chciałam z nim rozmawiać. Bałam się, że usłyszę jego głos i znów jeszcze bardziej się rozkleję. Napisałam mu, że "nie mam ochoty na rozmowę".
Powiedział mi jakiś czas temu, że potrzebuje spokoju, że chce odpocząć, że ma wszystkiego dość, że może kiedyś wrócą uczucia, ale że mam nie czekać i jemu jest głupio mnie prosić o czekanie i wstyd, bo tyle już czekałam.
Póki co, dziś się nie odezwał. Cały czas w pamięci miał to, co zrobiłam złego, a to co zrobiłam dobrego to już nie. Powiedział, że gdyby nie jeździł na weekendy do chorej matki, to może by inaczej to wszystko wyglądało.
Zastanawia mnie - uważacie, że jest szansa że wróci? Byłam jego pierwszą dziewczyną, bardzo się do siebie przywiązaliśmy. Czy jeśli mężczyzna mówi: "czuję się w środku jak stary człowiek", to znaczy, że już nie wróci?
Teraz postanowiłam ogólnie, nie odzywać się, odpocząć, dojść do siebie, bo bardzo to przeżywam. Nabrać dystansu. Wiem, że jeśli by chciał wrócić, musiałby stanąć na głowie. Ale nawet ja sama w to wątpię, że wróci. Może dacie mi jakąś iskierkę nadziei...