Witam, weszłam na forum po raz pierwszy. Szukałam w internecie rady, ale każda historia jest inna i już nie wiem, czy sama się oszukuję, czy ze mną jest coś nie tak. Bardzo proszę o pomoc. Jeśli ja jestem winna napiszcie!
Syn ma 25 lat. Zdał maturę i poszedł na studia.Już w liceum wagarował, ale jakoś zdał. Poszedł na studia , po półroczu oblał egzaminy i wrócił do domu. Powiedział,że tęskni za domem i chce być przy tatusiu. Od następnego roku akademickiego zaczął studia w naszym mieście. Nie uczył się,przede wszystkim zapału na chodzenie na zajęcia starczało może na miesiąc, trochę zaliczał, trochę nie, powtarzał, brał dziekanki. Trwało to przez cztery lata.Prosiłam, krzyczałam, straszyłam, nic nie pomagało.
Mąż przez wiele lat chorował, zmarł dwa lata temu. To był najwspanialszy człowiek na świecie, nigdy nie podniósł głosu, dla dzieci był cudownym ojcem, zawsze miał dla nich czas, prosił, nie wymagał. To ja zawsze byłam tym "złym policjantem". Starałam się, aby mąż się nie denerwował [ ze względu na chorobę], uważałam,że naturalne w naszej sytuacji, że przejmuję "działkę" zarobienia na dom, leczenie, wykształcenie dzieci. Pracowałam dużo, wydawało mi się,że sobie radzimy, że wszystko jest ok. Wisiał nade mną tylko kamień tej straszej choroby męża. Czasem myślałam przez chwilę, że dzieciom też jest trudno zaakpceptować chorobę, ale zaraz uspakajałam się, że tak dobrego tatusia miliony innych dzieci nie mają i właściwie dalej nie myślałam. Starałam się im zrekompensować materialnie. Córka skończyła studia, wyjechała za granicę, wyszła za mąż, ma dobrą pracę. Starałam się być przy niej w każdym trudnym okresie jej życia. Nie tylko pomagać finansowo [pierwsze lata za granicą], ale także być z Nią. Pamiętałam,że kiedy ja urodziłam ją i teraz myślę,że miałam depresję poporodową mojej mamy nie było ze mną, nie pomagałam mi [mój mąz był i pomagał mi], więc ja zorganizowałam dom i pojechałam do córki na dwa miesiące, aby miała czas dojść do siebie. Póżniej przez conajmniej 2.5 roku, więcej ona była w domu niż u siebie.
Myślałam,że wspieram także syna. Jesli tylko zaczynał chodzić na zajęcia chwaliłam go, rozmawiałam, pytałam o marzenia. Już wtedy mówił, że nie chce dorosnąć, że nigdy się nie wyprowadzi od nas,że nigdy się nie ożeni, że to za duża odpowiedzialność. Nie wierzyłam mu, zakładałam, że dorośnie i zmieni zdanie.
Dwa lata temu zmarł mąż. Swiat nam się zawalił. Ja właściwie nie pamiętam pierwszego półroku. Nie byłam żadnym wsparciem dla dzieci. Chyba oczekiwałam,że to one mnie wesprą. A tu okazało się,że jestem zła, samolubna, histeryczka.
Kilka miesięcy po śmierci męża pojechałam do córki zająć się wnuczką, nie stać ją było na przedszkole. I wtedy jakbym się obudziła w innym świecie. Miałam zajmować się wnuczką, sprzątać gotować i nie zawracać córce głowy. Nie chciała ze mną rozmawiać, nie chciała mówić o sobie. Wciąż słyszałam,że jestem wścibska, a ona jest skryta nie ma potrzeby ani ochoty zemną rozmawiać.Wytrzymałam kilka miesięcy. Widziałam,że znów wpadam w deprasję więc umówiłam sie z synem,że on przyjedzie pomóc córce, a ja wrócę do domu. Wolałam być sama. Oczywiście syn nie zaliczył znów roku i chętnie przystał na to.
Kontakty nasze mimo,że sporadyczne, niewiele poprawiły. Ja nagle poczułam się wykorzystywana, odtrącona. Przy każdej pyskówce słyszałam, że tatuś był całym ich światem a ja nie miałam dla nich czasu. Starałam się przypominać,że jednak byłam. Na to słyszałam,że wciąż wypominam.Że na szacunek trzeba sobie zasłużyć... To straszne ale mam uczucie,że potrafią się się dogadać tylko w jednym wypadku, kiedy można mi dokopać. Kłócą się tam wciąż i do mnie oskarżają nawzajem. Syn nic nie robi: cały dzień gra na komputerze, nie ugoruje wnuczce obiadu, nie sprząta, córka ciągle się go czepia, a on nie będzie robił, bo ona wymaga juz w twj chwili. Słuchałam tego i najpierw starałam się szukać w tych relacjach pozytywów i jakoś ich nawzajem tłumaczyć, teraz już nic nie mówię. Czy tak czy owak, ja dostaję po głowie.
Teraz syn wraca, wnuczka idzie na 6 godzin do przedszkola za darmo, 2 córka dodatkowo dopłaci. Mi powiedziała, że już nie może się doczekać kiedy on wyjedzie. Syn, kiedy go spytałam co zamierza po powrocie, robi jak zwykle uniki. "Jestem dorosły, moja sprawa".
Jednak kiedy spytałam dalej, czy myśli wracać na studia lub iść do pracy, odpowiedział mi, że studia nie pójdzie , a pracy nie ma. Mówiłam,że nie ma już, żadnego ubezpieczenia,on na to że " jutro może mu spaść cegłówka na głowę, więc żebym mu dała święty spokój. Boję się tego jego przyjazdu, bo dotarło do mnie,że jesli czegoś nie zrobię, to już tak będzie do końca mojego życia. Do pracy nie pódzie, będzie u mnie mieszkał, będzie mnie pouczał i krytykował. A co będzie jak mnie zabraknie?
Napiszcie mi szczerze,jak mam postępować. Bardzo kocham moje dzieci, chciałabym poprawić relacje z nimi. Co robiłam żle. Co zrobić aby syn wziął odpowiedzialność za swoje życie.
Podobne tematy
No właśnie jak napisałaś na szacunek trzeba sobie zasłużyć:) więc niech twoje dzieci zasłużą sobie na Twój szacunek za bardzo się starasz jesteś zbyt nadopiekuńcza są już dorośli pozwól im żyć własnym życiem niech sobie radzą sami szczególnie syn jeśli nie umieją Cię docenić . Pomyśl o sobie bo na dzieci nie masz co liczyć okazali się bardzo samolubni nie myślą co Ty przeżywasz po śmierci męża jak jest Ci ciężko a jeśli są takiego zdania że im się wszystko należy tylko dlatego że jesteś ich matką to czas ich wyprowadzić z tego błędu . ![]()
(...) Co zrobić aby syn wziął odpowiedzialność za swoje życie.
Przestać być odpowiedzialną za życie, decyzje, zachowanie dorosłego człowieka.
Przestać chronić go przed konsekwencjami jego własnych decyzji.
Przestać zabiegać, łasić się, starać się, być podnóżkiem.
Szanować i cenić siebie samą.
A ja pytam:czy musisz te relacje poprawiać?
Zajmij się Swoim życiem,bo życia dzieci nie przeżyjesz!
Syna wywal na zbity pysk, niech idzie na swoje i weźmie odpowiedzialność za swoje życie. Już najwyższy czas.
Mów wyraźnie, czego oczekujesz, co Ci nie pasuje. Bądź konsekwentna i wymagaj szacunku dla swojej osoby.
Najgorsza rzecz jaką możesz uczynić, to pomagac synowi, m.in. dając mu dach nad głową. Niech idzie w świat, zarobi na swoje utrzymanie i niech wtedy zacznie mówić, że mu ''nie zależy'', ale najpierw niech pokaże, że rzeczywiście jest dorosły.
Pomaganie krzywdzi i ciebie i Twojego synka.
Być rodzicem to również umieć wypuścić dziecko z gniazda. Trochę jak z alkoholikami- pomaganie im tylko wzmacnia w nich nałóg, czasem należy stanąć obok i tyle, choć to boli, wiadomo. Ale to jedyna droga, bo dorośli ludzie powinni brac za siebie odpowiedzialność.
Być może w Twoich dzieciach tkwi żal i ból po stracie ojca, a także gniew, który kierują w Twoją strone, bo tak najprościej. Skoro nie było innego wyjścia i musialaś dbać o dom, kosztem poświęcanego im czasu, to nie szukaj w sobie winy. Niestety takie czasy, że niejednokrotnie dzieci nie widują rodziców, ale ktos musi dbac o tzw. potrzeby podstawowe. Bez tego byłabys posądzona o zaniedbanie czysto fizyczne. Starałas się i powinnas usłyszeć 'dziękuję'.
Dziękuję, za odpowiedzi, jakoś zrobiło mi się rażniej.
Dzisiaj cały dzień myślałam o tym co Wam napisałam.
Jestem w totalnej rozsypce, ale wiem jedno: nie potrafię pogodzić się z sytuacją,że syn tak żyje. Nie ma żadnych planów, marzeń, nic mu się nie chce. Wydaje mi się,że ma depresję. Od dawna prosiłam aby poszedł do psychologa. On w to nie wierzy. Mąż także nie wierzył w psychologów i syn czasami o tym słyszał. Ale mąż miał bardzo silną konstukcję, jeżdżąc na różne leczenia spotykał psychologów, którym zawsze odpowiadał,że czuje się "elegancko". Mówił,że jesli sam sobie nie pomoże to obcy człowiek, na pewno mu nie pomoże. Próbowałam polemizować z mężem, ale zawsze obracał w żart. Teraz syn powtarza słowa męża.
Bardzo chcę zmienić relacje z dziećmi. Sama nie byłam taka mądra, przyjaciółka powiedziała mi,że jeśli całe życie byłam "twardą babą"[ bo taka była potrzeba], to teraz dzieci myślą,że jak zwykle sobie poradzę i nie ma potrzeby aby zdjęły trochę problemów ze mnie. jesli zawsze wszystkie problemy brałam na siebie i ogarniałam to teraz też pozbieram się i dalej będę wszystko ogarniać.
Jestem głupia, ale tak bardzo bym chciała cofnąć czas. Wtedy zaparłabym się aby skończył studia, dziś nie mam żadnego wpływu. Tylko jak żyć dalej?
Zuza napisała, abym zajęła się swoim życiem. Ma racje, zycia za nich nie przeżyje, ale tak bardzo chciałabym aby byli szczęśliwi.
szarotko, Twój syn nie ma depresji - jest po prostu totalnym leniem!
Nie musi się starać, bo wie, że mamusia pomoże. To jest jego depresja.
Jak sobie wyobrażasz, mam wyrzucić syna z domu? Kiedyś zresztą w nerwach powiedziałam żeby się wyprowadził. Odpowiedział mi,że nigdy sie nie wyprowadzi, a dom był także tatusia i on ma prawo w nim mieszkać. I tego właśnie nie rozumiem, nigdy nie zatrzymywałam dzieci, starałam się aby wierzyli w siebie, poznawali świat, nie czuli się w jakikolwiek sposób uwiązani nami.
Na pewno, jak przyjadą powiem synowi, że to koniec. Że musi się ogarnąć i iść do pracy. To po pierwsze. Jeśli będzie pracował, to może się wyprowadzi?
Naprawdę uważasz,że to tylko lenistwo? Chciałabym bardzo w to uwierzyć. Byłoby mi łatwiej.
(...) tak bardzo chciałabym aby byli szczęśliwi.
Może będą, gdy pozwolisz im na dokonywanie własnych wyborów, gdy nie będą musieli - często wbrew sobie - postępować inaczej niż Ty im każesz. Zobacz rzeczywistość. Osoby, które kiedyś urodziłaś są dorosłymi. Chciałyby samodzielnie oddychać, w swoim tempie, nie pod dyktando nadopiekuńczej i "lepiej wiedzącej" mamusi.
Myślę jakie życie jest przewrotne. Ja wychowałam sie w domu, gdzie rodzice byli zajęci swoja pracą, spotkaniami towarzyskimi. Zawsze miałam poczucie,że niewiele ich obchodzę{[moi bracia także]. Na chwilę, kiedy mogli się pochwalić przed znajomymi. Zakręty życia, kłopoty - musiałam sobie radzić sama, wiedziałam,że na nich nie mogę liczyć. Obiecałam sobie,że będę inną matką. Będę dbała o nich, będą dla mnie najważniejsi. I tego się trzymałam. Rodzice niewiele się nami zajmowali, a jednak o nich dbamy, szanujemy, odwiedzamy, pomagamy. Ja ustawiłam swój dom: mąż, dzieci; dzieci,mąż. Siebie na końcu, to jakoś wynikało z logiki. Dopiero teraz do tego doszłam. Może żle postępowalam, może trzeba było jednak postępować tak jak rodzice? Może nie tak bardzo, bo z domu rodzinnego nie mam ciepłych wspomnień, ale trochę egoizmu [halo, jestem tu, też jestem ważna], uzmysłowiłoby moim dzieciom, że mają matkę, która też potrzebuje miłości.
szarotka04 napisał/a:(...) tak bardzo chciałabym aby byli szczęśliwi.
Może będą, gdy pozwolisz im na dokonywanie własnych wyborów, gdy nie będą musieli - często wbrew sobie - postępować inaczej niż Ty im każesz. Zobacz rzeczywistość. Osoby, które kiedyś urodziłaś są dorosłymi. Chciałyby samodzielnie oddychać, w swoim tempie, nie pod dyktando nadopiekuńczej i "lepiej wiedzącej" mamusi.
Ok Wielokropek, uważasz, że nic mam nie mówić, pozwolić synowi dalej tak żyć: nie uczyć się, nie pracować, utrzymywać go i czekać, aż w "swoim tempie" coś zrobi. To trwa już kilka lat. Moderatorem jest chyba psycholog, więc jesli tak piszesz to może Ty masz rację?
szarotko04, przesada (w każdą stronę) jest niedobra. Dawno temu postanowiłaś udowodnić swym dzieciom, że są najważniejszymi istotami, że Twoja osoba jest na ich usługach. Nic złego w tym, że chciałaś/chcesz, by byli szczęśliwi. Błędem było i jest pokazywanie hierarchii, w której na czele jest zaspokojenie potrzeb dzieci, później potrzeb męża, później długo, długo, długo nic, a jeśli coś zostanie to jest przeznaczone dla Ciebie. Nauczyłaś ich, że Twoja osoba, Twoje potrzeby nie są ważne.
Co możesz teraz? Uświadomić sobie (tak, tak - sobie), że Twoje potrzeby są równie ważne jak potrzeby innych osób w rodzinie. Uświadomić sobie, że nie musisz zasługiwać na czyjąkolwiek miłość. Zacząć dbać o siebie w takim samym stopniu, jak o inne osoby.
Edit:
Dopisałaś post, więc też to robię. ![]()
Dlaczego masz zabraniać DOROSŁEMU człowiekowi żyć, według swego wyboru? Dlaczego chcesz chronić go przed konsekwencjami jego decyzji? Dlaczego przejmujesz za niego odpowiedzialność? Tak, wiem, chcesz dobrze. Tyle tylko, że wybrany przez Ciebie sposób jest najgorszym i dla Ciebie, i dla Twego syna. Dzisiaj w Internecie przeczytałam rozmowę z Wojciechem Maziarskim na temat jego alkoholizmu i tego, jak niektórzy chronili go przed konsekwencjami jego picia. Oj, nie jest im wdzięczny.
I jeszcze jedno. Twój syn ma dwie ręce? Dwie nogi? Sprawny fizycznie? To dlaczego masz utrzymywać dorosłego, zdrowego, nieroba?
Dziękuję.
Proszę bardzo. ![]()
W międzyczasie dopisałam jeszcze trochę w poprzednim poście.
Trzymam kciuki. ![]()
powiem Ci jako 22 letnia studentka, że z tego co piszesz Twój syn naprawdę jest po prostu leniem (jak już ktoś napisał), echhh wstyd się przyznać ale jestem podobnym typem człowieka, pierwszy rok na studiach położyłam nie chciało mi się, nie podobało wszystko jedno, kolejny to samo jakoś tam zaliczałam niby na poprawkach, niby z warunkami no ale jakoś tam szło i też zawsze mama stała nade mną, jest najcudowniejszą osobą na świecie, zrobiła dla mnie tyle co nikt, ale kiedyś zawsze było mi mało, w ogóle tego nie doceniałam, zawsze było źle, zawsze miała zrobić dla mnie coś jeszcze (mimo, że robiła wszystko!) nigdy nie słyszała 'dziękuję'. dopiero jak wyszła po raz kolejny za mąż, stwierdziła, że się z mężem wyprowadzi, że zostawi mi mieszkanie ale jednak muszę sobie na utrzymanie już zarobić, przestała nade mną skakać, bo mąż, budowa domu to naprawdę ją doceniłam. jasne na początku była zła i niedobra, i 'wolała nowego męża od własnego dziecka' ale to było strasznie dziecinne, z czasem to zrozumiałam, teraz no hahaha dalej jestem leniem, studia po najmniejszej linii oporu, ale jednak do przodu, prace co mam czas jakąś łapię czy to jako barmanka czy kelnerka, czy do sklepu ale jednak potrafię się za to wziąć. i naprawdę nie doceniałam mojej mamy, gdy nade mną skakała, doceniłam dopiero gdy przestała i nie mogę sobie teraz wyobrazić lepszej mamy, jest mi wstyd jak cholera, że tak długo byłam takim głupim dzieciakiem.
powiem Ci jako 22 letnia studentka, że z tego co piszesz Twój syn naprawdę jest po prostu leniem (jak już ktoś napisał), echhh wstyd się przyznać ale jestem podobnym typem człowieka, pierwszy rok na studiach położyłam nie chciało mi się, nie podobało wszystko jedno, kolejny to samo jakoś tam zaliczałam niby na poprawkach, niby z warunkami no ale jakoś tam szło i też zawsze mama stała nade mną, jest najcudowniejszą osobą na świecie, zrobiła dla mnie tyle co nikt, ale kiedyś zawsze było mi mało, w ogóle tego nie doceniałam, zawsze było źle, zawsze miała zrobić dla mnie coś jeszcze (mimo, że robiła wszystko!) nigdy nie słyszała 'dziękuję'. dopiero jak wyszła po raz kolejny za mąż, stwierdziła, że się z mężem wyprowadzi, że zostawi mi mieszkanie ale jednak muszę sobie na utrzymanie już zarobić, przestała nade mną skakać, bo mąż, budowa domu to naprawdę ją doceniłam. jasne na początku była zła i niedobra, i 'wolała nowego męża od własnego dziecka' ale to było strasznie dziecinne, z czasem to zrozumiałam, teraz no hahaha dalej jestem leniem, studia po najmniejszej linii oporu, ale jednak do przodu, prace co mam czas jakąś łapię czy to jako barmanka czy kelnerka, czy do sklepu ale jednak potrafię się za to wziąć. i naprawdę nie doceniałam mojej mamy, gdy nade mną skakała, doceniłam dopiero gdy przestała i nie mogę sobie teraz wyobrazić lepszej mamy, jest mi wstyd jak cholera, że tak długo byłam takim głupim dzieciakiem.
Dobrze, że to napisałaś ;-).
Witaj, przeczytałam twoja historię, przeczytałam odpowiedzi i cos mi tu jednak nie styka. Niby dlaczego miałaby to byc sytuacja czarno-biała, zero-jedynkowa? Albo winni rodzice, albo dzieci.
Ja kiedyś poradziłąm mojemu synowi, żeby sam szedł do psychologa, jak jego zona miała depresję. Po co? Bo go denerwowała, że nic nie robi, tylko by spała itp. Nie poszedł, bo stwierdził, że on jest zdrowy. Może i tak , tylko małżeństwo mu sie rozpadło, a żona jest była, tylko matką dla jego dziecka została.
Wydaje mi się jednak, że coś jest z twoim synem więcej niż zwykłe lenistwo. I może poradzę tobie, idź sama do psychologa, żeby pomóc synowi.
Poświęciłaś życie dla męża, robiłaś to z ochotą bez przymusu, z własnej woli /pomijając fakt przymusu przez chorobę/, coś z tego zostawiło jednak ślad na psychice twojego syna. Oczywiście, absolutnie nie powinnaś mieć żadnych wyrzutów sumienia, czy pretensji do siebie, chodzi o zdiagnozowanie problemu syna. U męża miałaś określona chorobę , wiedziałaś jak mu pomóc, z synem jest inaczej, nie wiadomo o co chodzi, moze tylko o pieniądze, a może jest tam drugie dno, nie widoczne jak dotąd?
Tylko poszukaj dobrego, sprawdzonego psychologa, bo to ważne.
Pozdrawiam Cię i życzę satysfakcji z dzieci, bo przeciez każdemu rodzicowi na tym najbardziej zależy.
Hey wszystkim
Szarotko - najlepszą odpowiedź dała Ci : miałkowa
Twój SYN - to pasożyt - który Cię nie docenia i tyle
leń do potęgi entej - po co ma pracować - jak u Ciebie ma zapewniony wikt i opierunek ... ?????
zresztą wszyscy dobrze Ci radzą ....
:lol: pozdrawiam
21 2013-12-10 09:31:57 Ostatnio edytowany przez Anhedonia (2013-12-10 09:44:28)
A ja POPIERAM słowa KURCZE(J ?
, jak to się no boga odmienia?)
NIE SZTUKA "zrobić rozpierduchę i ROZWALIĆ" (relacje z synem w tym wypadku) - w sumie każdy kibol to potrafi
SZTUKA zrekonstruować coś co nawala... Rodząc dzieci nie przewidujemy wszak "wymiany na lepszy model"?
FAKTYCZNIE pomoc mądrego fachmana byłaby wskazana.
Bo prawnie to zdaje się syn MA prawo mieszkać w lokalu po ojcu jesli go w części odziedziczył... To co "nakręcać spiralę zbrojeń" czy szukać INNYCH rozwiązań? TRZEBA realia dopuszczać do głosu, nie tylko "potrząsać szabelką
Ps. Czy jest możliwość "pozbycia się" komputera z domu zanim syn wróci z zagranicy? (choćby pod pretekstem pokrycia jakiś braków finansowych) - wtedy:
1 - nie będzie miał przy czym cały dzień siedzieć
2 - chcąc odkupić komputer, może rozejrzy się za jakąś pracą?
Taki konkret przebiegł mi przez głowę ![]()
Powodzenia i pisz co u Ciebie. Jestem ciekawa, jak się potoczy, bo nieco podobną sytuację mam i ja.
22 2013-12-10 09:55:25 Ostatnio edytowany przez Ba-Cha (2013-12-10 09:59:18)
dam przykład swojej kumpeli dobrej
córkę - jedyną wychowywała samotnie - bo małż zwiał z Polski - jak córa miała 3 lata
najlepiej szedł handel - więc spróbowała tego chleba - strzał w 10
ale - żeby handlować trzeba było jeździć o świcie po towar
stać cały dzień na targach - do domu zjeżdżała - pod wieczór
córcia - miała wszystkie gadżety - co chciała ......... tylko Matki nie miała ![]()
doczekała się wnuczki w wieku 39 lat i "zięcia" nieroba
znowu trzeba było pomyśleć - jak utrzymać jeszcze 2 ! dodatkowe osoby
pojechała na zachód
w miedzy czasie - córka - wyszła dobrze za mąż
ładny duży dom wybudowała - Mamusia - dokładała -w wyposażeniu ( meble) .. sporo pomogła ....
kupiła sobie działkę - taką pod budowe - czy działkową ( obok ich domu )
i na jej kosiarkę elektryczną - nie ma miejsca w dużym garażu
:/:/ masakra ...
na święta BN - od kilunastu lat jej nie było w Polsce
a teraz o ironio losu
jest - ale spędzi w szpitalu - chemię bierze
:/:/
Przeczytałam tę smutną historię. Tutaj jest dużo rad, co zrobić. Dużo racji napisała Zuza, żeby zająć się swoim życiem. Konkretne porady podaje Wielokropek.
Dla kobiety, która całe życie poświęciła dzieciom, jest to wyzwanie. Jak powiedzieć synowi, przyzwyczajonemu od lat do maminych usług, że od tego momentu nie interesuje cię, co zrobi. On, który zawsze ma czas, zawsze wymyśli sposób, żeby mama uległa w czymś i ugotowała na przykład obiad, posprzątała mu czy uprała. Pomyśli, że to, co też mama ma innego do roboty.
Nie znam cię bliżej ani twojego syna. Ty wiesz najlepiej, jakimi sposobami do niego dotrzeć, by się usamodzielnił. Jak ma sobie poradzić, gdy ciebie nie będzie? Znajdzie kobietę, która będzie usługiwać? A jak nie znajdzie? W tej chwili jest w roli dziecka, za parę lat pretensje jego mogą wzrosnąć. Będzie cię obarczać winą za wszystko.
...to straszne...
Przwd laty usłyszałam /w tramwaju/słowa starszej kobiety-"dzieciom nie warto się poświecać".Wtedy pomyślałam-ale wredota.Teraz z biegiem lat,po wypowiedziach wielu "silnie dorosłych"rodzicieli,zastanawiam sie czy ta kobieta nie miała racji!
Tylko serce matczyne jest taaaaaaakie wielkie!
...to straszne...
Przwd laty usłyszałam /w tramwaju/słowa starszej kobiety-"dzieciom nie warto się poświecać".Wtedy pomyślałam-ale wredota.Teraz z biegiem lat(...)zastanawiam sie czy ta kobieta nie miała racji!
Tylko serce matczyne jest taaaaaaakie wielkie!
WCALE nie straszne.
NIKOMU nie warto się poświęcać... BO CO to znaczy "poświęcać"? PRZESTAĆ być integralną jednostką na czyjąś rzecz?
Ale to inna rzecz (to sposób funkcjonowania) aniżeli SAMA miłość.
Bo może być MĄDRA miłość, która i wyciąga konsekwencje i WYMAGA i głupia miłość. NIC jednak nie stoi na przeszkodzie by człowiek JĄ przeobrażał ![]()
Masz rację,ale...tak trudno jest oceniać samego siebie.
Ktoś kiedyś powiedział,że "dobrymi chęciami piekło jest wysłane"
No i trudno jest wszystko wyważyć.
Wiem,wiem-nikt nie obiecywał,że bedzie lekko;)
Witam,
Tyle osób się odezwało!
Po kolei:
Sprawa dziedziczenia - tu nie ma żadnego problemu. Już dawno wszystko przepisaliśmy na siebie nawzajem. I nawet do głowy nam nie przyszło,że w ten sposób zabezpieczamy się przed ewentualnym roszczeniem dzieci. Chodziło o to, że gdyby coś któremuś z nas się stało, nie trzebaby wtedy ściągać dzieci [ sądy mają długie terminy]. Syn mówiąc,że ma prawo mieszkać, mówił w emocjonalnym kontekście.
Komputer jest syna, więc nic mi do niego. Internet opłacam ja - bo jest mi potrzebny do pracy.
Nie pisałam o mojej drugiej córce, bo jest mi bardzo trudno. Zginęła w wypadku ponad rok temu. Była za granicą też już kilka lat. Nie mogę jeszcze o tym mówić.
Znów cały dzień myślałam o tym, co pisałyście. Nigdy nie myslałam o sobie,że jestem nadopiekuńcza. Jednak kiedy zaczęłam szukać w pamięci sytuacji, wyszło mi,że chyba jednak macie rację. Nie wtrącałam się w wybory dziewczynek i syna, wręcz byłam dumna z siebie,że potrafię je wspierać. Jednak jeśli tylko coś się działo w ich życiu trudnego, zaraz byłam i naprawiałam, "sprzątałam", szukałam rozwiązania, pomagałam. Zawsze potrafiłam się wytłumaczyć [przed sobą], nie ma wyjścia trzeba poukładać.Zresztą tych problemów nie było prze te lata wiele, drobne sprawy. Tylko syn od kilku lat spędzał sen z oczu. Myslałam, że jesteśmy dobrą, kochającą, wspierającą się rodziną.
Dwa lata temu wszystko się zawaliło, a ja chcę nauczyć się jak poukładać to na nowo.
Dzisiaj pojechałam kupić sobie sukienkę na święta, to w związku z myśleniem o sobie. I pierwszy raz nie kupiłam nic dzieciom, o przepraszam, kupiłam wnuczce ksiązeczkę i zabawkę. Ale to się nie liczy. To wnusia. I nie miałam wyrzutów sumienia - to chyba dużo!
Gratuluję postępów. ![]()
Taka wspaniała MATKA OJCIEC a dzieci takie niedobre???... ciekawa opowieść Wielokropek - tak tylko gratulować
Witaj SZAROTKO -
Nie chcę powtarzać innych. Wiesz co bym zrobiła? Zaczęłabym zbierać na własny komputer, albo skorzystałabym z kawiarenki internetowej. Syn musiałby zacząć myśleć jak zapłacić za możliwość użytkowania swojego. Wszystkie pieniądze trzymaj w banku. Jedzenie ledwie , ledwie, żeby przeżyć. Ty mogłabyś dożywić się poza domem. Wygadywanie nic nie da. Uzależnienie od komputera to taka współczesna choroba, jak alkoholizm. Rozwija się od wczesnej młodości i jeśli nie uda się tego pokonać w zarodku, potem jest bardzo trudno. Może psycholog?
Troszkę wątpię, raczej jakaś grupa wsparcia z podobnymi problemami.
Zatroszcz się o własne towarzystwo.
W sprawie córki - myślę,że nie bardzo jej się układa w życiu, więc jest zgorzkniała i odbija to sobie na najbliższym otoczeniu. Nie narzucaj się jej z radami.Najważniejsze, żeby ona wiedziała, że ma w Tobie zawsze życzliwą i kochającą matkę.
Życzę ci, żebyś była silna . Czas leczy rany . Tego jestem pewna. Pomyśl, że Twoja druga córka jest poza zasięgiem złych ludzi, zmartwień i jest szczęśliwa. Wszyscy Tam zdążamy.
31 2013-12-12 07:48:41 Ostatnio edytowany przez Anhedonia (2013-12-12 07:49:34)
...Nigdy nie myslałam o sobie,że jestem nadopiekuńcza. Jednak kiedy zaczęłam szukać w pamięci sytuacji, wyszło mi,że chyba jednak macie rację. Nie wtrącałam się w wybory dziewczynek i syna, wręcz byłam dumna z siebie,że potrafię je wspierać. Jednak jeśli tylko coś się działo w ich życiu trudnego, zaraz byłam i naprawiałam, "sprzątałam", szukałam rozwiązania, pomagałam. Zawsze potrafiłam się wytłumaczyć [przed sobą], nie ma wyjścia trzeba poukładać.Zresztą tych problemów nie było prze te lata wiele, drobne sprawy. Tylko syn od kilku lat spędzał sen z oczu. Myslałam, że jesteśmy dobrą, kochającą, wspierającą się rodziną.
Dwa lata temu wszystko się zawaliło, a ja chcę nauczyć się jak poukładać to na nowo.Dzisiaj pojechałam kupić sobie sukienkę na święta, to w związku z myśleniem o sobie. I pierwszy raz nie kupiłam nic dzieciom, o przepraszam, kupiłam wnuczce ksiązeczkę i zabawkę. Ale to się nie liczy. To wnusia. I nie miałam wyrzutów sumienia - to chyba dużo!
O ba... WIELKI krok naprzód
aczkolwiek unikałabym "przeginania" w drugą stronę. Prezent? Symboliczny. MĄDRA książka może?
Co do UZALEŻNIENIA od komputera syna - komputer jest JEGO? A kiedy ON na niego zapracował, jak nie pracował? ![]()
Widzisz: ZNÓW się tłumaczysz (dlaczego radykalnych kroków nie dopuszczasz do myśli) ![]()
A może WNIKLIWIE przeczytaj sygnaturkę Wielokropka? U mnie wisi na lodówce - WCIĄŻ do niej wracam, jak się "zatracam" ![]()
Witaj Szarotko ja mysle,ze twoje "zagubienie " wiaze sie ze strata Twoich dwoch bardzo bliskich osob.....myslisz i boisz sie o pozostalych czlonkow rodziny,czujesz ,ze nie jestes do konca "najlepsza" matka.....ale jestes tak dziala u nas "psychika po stracie" ktos tu pisal,ze czas leczy rany.....nie ,nie leczy ,ale przyzwyczaja z tym BOLEM zyc......jestesmy pozniej matkami nadgorliwimi....to ze strachu zeby juz nic zlego sie nie stalo.U mnie bylo podobnie,balam sie o drugiego syna strasznie....kiedys moje zycie bylo bardzo "napiete" takie ,ze nie mialam czasu na nic,az przyszedl dzien,ze "tego" czasu mialam w nadmiarze........tak bardzo chcialam uczestniczyc w zyciu rodziny syna.....ale teraz wiem ,ze to chore ,bo kazdy musi zycie przezyc sam.....tutaj na tym forum dostalam "ciegi" i dobrze zaczelam patrzec na zycie inaczej........teraz licze sie ja na pierwszym miejscu,pozniej maz......a dopiero syn i jego rodzina...........teraz bardzo dobrze sie dogadujemy...trzeba pozwolic zyc "dzieciom" na swoj koszt!
Twojego synusia postaw do "pionu' i powiedz mu ,ze od przyszlego roku....ma na to klika dni, od 1.stycznia zyje na swoj koszt,doklada do wszystkiego po polowie,a jak sie nie podoba to niech szuka lepszego "lokum",a twoje zakupy zacznij minimalizowac dla 1osoby i KONIECZNIE POSTAW MU ULTIMATUM z okreslonym czasem i badz konsekwentna.......Naucz sie asertywnosci
POWODZENIA !!!