Zastanawiałam się, gdzie założyć ten wątek... Bo w sumie ciężko jest wsadzić do jednego worka to, o czym chcę napisać. Mianowicie chodzi mi o zdanie "zostańmy przyjaciółmi", kiedy dwójka ludzi się rozstaje.
Zawsze są jakieś powody, dla których dwójka ludzi się rozstaje. Zdrada, konflikt charakterów, wieczne kłótnie etc, można wymieniać i wymieniać. Czasami jest też tak, że obie osoby dochodzą do wniosku, że zwyczajnie to nie jest to. Dosyć często pada właśnie pytanie "A może zostalibyśmy przyjaciółmi?"
Wiadomo też, że strona porzucona czuje się źle i chciałaby przedłużyć "żywotność" tegoż związku, dlatego się zgadza na taki układ. Bo może się zejdą, bo może on/a zrozumie, że ją/go kocha.
Moim zdaniem nie ma to większego sensu. Zawsze ktoś jest bardziej poszkodowany i będzie żył tą złudną nadzieją, że może z tej 'przyjaźni' znów urodzi się związek. Będzie jeszcze bardziej bolało, rana dłużej będzie się goiła.
Chociaż, nie ukrywam, znam ludzi, którzy byli razem, a teraz się przyjaźnią. Zawsze się wspierają, seks się nie pojawia, kibicują sobie i są generalnie na dobre i na złe.
W moim wypadku średno taka przyjaźń wychodzi. Rozstaliśmy się trochę ponad 2 miesiące temu, ja strasznie to przeżywałam i gdyby nie fakt, że kontakt się mocno osłabił, mogłam dojść nieco do siebie. Rozmawiamy, spędzamy czas ze sobą(nie za dużo, chcę najpierw poukładać sobie wszystko - a on to rozumie), opowiadamy sobie, jeśli poznaliśmy kogoś nowego. Ale taką stricte przyjaźnią tego nazwać nie mogę. Zachowujemy się po prostu jak wcześniej, zanim zaczęliśmy być razem - jak zwykli kumple.
Myślę też, że ludzie, którzy próbowali być razem, ale im nie wyszło, mogą wrócić do poprzedniego stanu rzeczy. O ile to była świadoma decyzja obojga. Bez ranienia siebie nawzajem.
Jak odnosicie się do takiego stwierdzenia? Czy dwie osoby, które tworzyły związek, mogą zostać przyjaciółmi? Zapraszam do dyskusji.