Moim problemem jest brak chęci na seks.
Dla mnie mogłoby w ogóle tego nie być, miłość można okazywać na wiele sposobów - wolę się przytulić, porozmawiać, ale nie umiem nabrać "impulsu" do seksu. Przyznam, że dopiero uczę się współżyć i krępuję się. Nie wstydzę się przed chłopakiem, bo jest nam naprawdę dobrze, czuję się przy nim bezpieczna, podoba mi się, wiem, że mogę na niego liczyć, jest dla mnie dobry, kochany, czuły. Tym bardziej zastanawia mnie dlaczego nie chcę seksu. Wstydzę się tego, że nie potrafię się tak "kołysać", rozciągać jak wszystkie dziewczyny w filmach erotycznych czy porno.
Mam wrażenie, że po prostu nie umiem tego robić. Kilka razy próbowaliśmy pod prysznicem lub na stojąco i że tak śmiesznie napiszę - nie mogliśmy trafić w dziurkę.
I już się zniechęciłam...
Jesteśmy w związku na odległość, często gdy się nie widzimy to rozmawiamy i piszemy na pikantne tematy. A jak przychodzi się zobaczyć to... nic, nic z mojej strony. Przez to nawet boję się zaczynać o tym rozmawiać, bo nie chcę znów się zawieść gdy na żywo znów nie będę miała ochoty.
Czytałam ostatnio, że przez odległość tak może się dziać, że ten czas, w którym się widujemy to jedyna okazja na seks i strasznie mnie stresuje ta myśl, że "powinnam" być gotowa. Że chcę, ale się boję, bo wiem, że potem znów długo się nie zobaczymy i będę żałowała, że seksu nie było.
Problemem moim jest, że nie mam tego "impulsu", wielkiego podniecenia, że gdy chłopak robi mi masaż i zaczyna całować po ciele - jest mi przyjemnie, ale stresuję się zamiast się odprężyć, bo wiem do czego to zmierza. I nie mogę się podniecić tylko bardziej się spinam. A kiedy mam taki "impuls", kiedy normalnie siedzimy i nagle nachodzi mnie ochota to jakoś nie potrafię po prostu zdjąć z nas ciuchów i kochać się tak spontanicznie, a wiem, że wówczas może by się udało. ![]()
Stresuje mnie myśl o seksie i wydaje mi się to przereklamowane. Tak samo jak np mineta... Przeważnie dochodzę, ale ten orgazm jest dość mechaniczny i strasznie mocno go odczuwa moje napięte podbrzusze i głowa - tak jakbym nie potrafiła się rozluźnić. Czasem jak chłopak robi mi minetę to nie czuję zupełnie nic i jest mi przykro, że znów powiem "później", a tego później nie będzie, bo przytulę się i obejrzymy tv.
Rozmawiałam z moim o tym, on naprawdę nie naciska, dla niego to nie jest najważniejsze, naprawdę, ale ja po prostu się boję, że skoro będzie tak często to wreszcie przestanie mu to być obojętne...
Piszę tu by się wyżalić i dlatego by ktoś pomógł mi podejść do tego seksu inaczej, pokazać, że nie ma się czym stresować i może znalazł jakąś złotą radę, do której powinnam się stosować.
Bo to naprawdę mnie męczy...