Mam teraz 25 lat, mój chłopak 26. Opowiem wam moją historię, bo gdzieś się musze wygadać
Zawsze nie mogłam opędzić się od facetów, nacierali na mnie z każdej możliwej strony, jednak ich odrzucałam. Nie szukałam byle kogo, nie chciałam żadnych przelotnych związków, chciałam kogoś kto mnie pokocha na zawsze i odda mi się w całości, a ja jemu. Poznałam go jeszcze w technikum, nie był jakoś specjalnie przystojny, brzydki też nie. Choć kształcił się w zawodówce był bardzo inteligentny, miał podobne podejście do życia jak ja, też szukał kogoś pierwszego już na stałe. Był jak diament wśród patologii która go tam otaczała. Od razu mi się spodobał, próbowałam jakoś go bliżej poznać, spotkaliśmy się kilka razy ale on niczego szczególnego do mnie nie okazywał. Jak mi później wytłumaczył ma problemy z psychiką i leczy się u psychiatry. Nie jest niepoczytalny ani nic z tych rzeczy, ma tylko fobie społeczną i podobne do tego problemy. Powiedziałam mu że dla mnie to nie ma znaczenia, przecież nie ma na to wpływu, że akceptuje go takim jakim jest i chciałabym być bliżej niego. Wtedy wyznał mi pierwszy raz że mnie kocha, tylko bał się wszystkiego co idzie razem z związkiem. Miałam wtedy 19 lat i wiedziałam że to właśnie on jest mi pisany, przy nim czułam się dobrze nawet kiedy miałam okropny humor. Wszystko było idealne jak z komedii romantycznej, prawie w ogóle się nie kłóciliśmy, czasami tylko powodował awantury bo nie podobało mu się to że utrzymuje kontakty z różnymi innymi facetami, i rozumiem go, ale nie potrafiłam ich zerwać więc je bardzo ograniczyłam, pisałam często że nie mam czasu, odpisywałam po kilku dniach. Dla niego, żeby był szczęśliwy. Koleżanki mi mówiły że chce mnie ograniczać, żebym się tak nie dała, ale one były zupełną jego i moją przeciwnością, więc ciężko żeby go zrozumiały. Straciłam dwie, niezbyt delikatnie mówiąc im żeby się odwaliły od mojego związku bo to moja sprawa. Z czasam utrzymywałam już kontakt tylko z trzema osobami (wszystkie z pracy) oprócz niego. Co do niego, on miał tylko dwóch kolegów od dawna z którymi utrzymywał kontakt. Byliśmy właściwie tylko dla siebie, wprowadziliśmy się do wspólnego wynajmowanego mieszkania. I tak przez 4 lata wspólnego życia, wciąż chcieliśmy tylko siebie, było mi tak dobrze... Chyba za dobrze...
Od tego momentu całe szczęście się kończy... Byłam na imprezie, chciałam poznać nowych ludzi. Poszłam sama, bo on nie trawi imprez. Po dwóch piwach zaczął mnie podrywać przystojny wysoki brunet, typowy na jedną noc. Pomyślałam wtedy jak to by było spróbować z kimś innym, mój chłopak był moim pierwszym i jedynym partnerem seksualnym, czego zresztą sama chciałam. W przypływie chwili i alkoholu w głowie dałam się namówić, pojechaliśmy do niego i tam uprawialiśmy ze sobą seks. Na początku było fajnie, jednak on robił to bez żadnej czułości, jakbym była szmacianą lalką do wydymania. Po kilku minutach przyjemność zamieniła się w wyrzuty sumienia, zdałam sobie sprawe z tego co właśnie zrobiłam. Pomyślałam o swoim chłopaku, jak go to zrani, jak zaprzepaściłam wszystko co było między nami swoją głupotą... Dosłownie wyskoczyłam tamtemu z łóżka, ubrałam się z łzami w oczach i w środku nocy biegłam w deszczu do naszego mieszkania. Zgubiłam się gdzieś, zadzwoniłam do chłopaka żeby po mnie przyjechał bo nie wiem gdzie jestem, podałam mu nazwę ulicy. Przyjechał, zabrał mnie do domu. Pytał co się stało, powiedziałam mu że nic, po prostu się zgubiłam. Czułam się potwornie, jakby ktoś wbijał mi nóż w serce gdy widziałam że on nie wie co ja mu zrobiłam. W domu gdy mnie przytulił rozpłakałam się i powiedziałam mu wszystko. Miał kamienną twarz, jakby było mu to obojętne, albo może raczej jakby miał mnie za niewartą marnowania łez. Następnego dnia powiedział mi żebym się wyprowadziła i nie odzywała do niego, że tak będzie lepiej. Nie potrafiłam od niego odejść, płakałam cały dzień przekonując go do tego że wszystko będzie jak dawniej żeby mi dał szanse. On stwierdził tylko że nic nie będzie jak dawniej i że nie chce mieć dziewczyny ku*wy. Jakoś go jednak przekonałam, nie potrafiłam wyobrazić sobie dnia bez niego, jak miałabym zostać sama wolałabym się zabić. Powiedział mi że jeśli chce tak bardzo to moge zostać, ale on już mnie nie będzie szanował. Zgodziłam się, byleby tylko móc go jeszcze poczuć na sobie, czułam się jak zwykła dziwka więc nie zdziwiło mnie to że on mnie nie szanuje. Zaczęłam się bardzo o niego starać, wszystko praktycznie robiłam za niego, kupowałam mu różne rzeczy gdy tylko czegoś zechciał, pomagałam mu jak tylko mogłam, chciałam żeby nie odszedł ode mnie. Kiedy chciałam go przytulić lub dotknąć odtrącał mnie, był dla mnie zimny jak sopel lodu. Pewnie stwierdzicie że jestem głupia, ale tak jest mniej więcej aż do teraz, już półtorej roku, a ja chce dla niego jak najlepiej. Ma wszystko czego chce, tak mu przynajmniej rekompensuje ból który sama mu zadałam. Traktował mnie jak zupełnie bezwartościową osobe, ja to rozumiem i przyzwyczaiłam się już do tego. Jest tak blisko mnie a jednocześnie tak daleko, żyje tylko dla niego, kocham go bardziej niż kiedykolwiek. Całymi dniami myślę tylko o tym by znowu go dotknąć, czekam na dzień w którym znów powie mi że mnie kocha, tak jak kiedyś to robił. Jest moim całym nieszczęsnym życiem... Do tej pory raz uprawialiśmy seks gdy wrócił podpity, było mi przyjemnie jak nigdy, był delikatny tak jak dawniej, widocznie chciał by mi też było przyjemnie. Widzę że kręci z jakimiś innymi dziewczynami, zrobił z siebie bad boya, wszystkie dziewczyny traktuje jak mnie kiedyś. Boli mnie to, ale znosze to z pokorą, może mi kiedyś wybaczy gdy sam się mi odpowiednio wg. niego zrewanżuje... Póki co żyje z nadzieją, niedawno zaczął ze mną poważnie rozmawiać, traktuje mnie mniej przedmiotowo, odkąd rozpłakał się przy mnie i mówił mi że już nie ma siły tak żyć, że kochał mnie cały ten czas ale wszystko sprawia mu tylko ból. Przytuliłam go wtedy, poczułam go na sobie. Nie odtrącił mnie, kilka innych razy też się rozklejał i go wtedy przytuliłam ale był za każdym razem pijany. To było takie cudowne, nie pamiętam kiedy ostatnio się tak czułam. Jakby zabraniali mi pić przez parę lat i nagle postawili przedemną szklankę wody. Ja też się rozpłakałam, pierwszy raz rozmawialiśmy tak normalnie ze sobą, powiedziałam mu wszystko co czuje, on się na mnie otworzył i stwierdził że powinniśmy częściej ze sobą tak rozmawiać bo to pomaga. Choć wciąż jest dla mnie dość oschły to wreszcie czuje na sobie jego miłość, raz za czas da mi się do siebie przytulić, pocałować go. Wczoraj cały wieczór leżałam wtulona w niego, a on mnie głaskał, kiedyś nie byłoby to nic wielkiego, ale teraz to dla mnie istny przełom.
Może wam to się wyda idiotyczne, może faktycznie jestem bezwartościowa, może i nie mam za kszty godności żeby się na coś takiego tyle czasu godzić, ale widocznie nie rozumiecie jak bardzo można kogoś kochać. Wiem że już pewnie nie odzyskam całkowicie jego szacunku, zawsze gdzieś w pamięci będzie miał moją zdradę i nie będzie mi już nigdy ufał. Ale co mogę zrobić? Nigdy nikogo tak nie pokochałam, i nigdy nie byłam tak głupia żeby kogoś tak zranić. Tak już przecież jest że się docenia to co się miało dopiero gdy się to straci... Byłam też dwa miesiące sama bo on wyjechał za granicę, jedyny kontakt to sms raz na kilka dni oczywiście bez żadnych czułości, i choć kręciło się wokół mnie kilku innych facetów to żaden nie zwrócił mojej uwagi, myślałam tylko o nim. Cały czas myślałam o kimś kto podle mnie traktował, wyobrażałam sobie jak jestem z nim szczęśliwa, usprawiedliwiałam go za wszystko. Co prawda nigdy mnie nie uderzył ale zwykłe słowa też potrafią mocno ranić...
Jeśli przeczytałyście ten cały tekst to tylko radzę wam byście uważały na to co robicie, nie zdajecie sobie sprawy z tego jaki ból może sprawić jedna głupia chwila, i to nie tylko waszemu chłopakowi, największy sprawia się sobie samej. I przede wszystkim nie przestawajcie walczyć o ukochanego, nie ma niczego bardziej utrzymującego przy życiu niż miłość, nawet jeśli jest odrzucana tyle czasu... Oby było tylko lepiej
Zyczę wam, byście nigdy nie musiały przez coś takiego przechodzić
Podobne tematy
Dlaczego akurat dziś Cię naszło, by o tym wszystkim pisać?
A ja Cię świetnie rozumiem... Wiem dobrze jaki ból sprawia się samej sobie zdradzając. Tak, ja też zdradziłam...
Ale jest ogromna różnica w tym jak jest "po". Mi mąż dał szansę... Jest ciepły, czuły, taki jak wcześniej. Boli go to co zrobiłam przez cały czas, ale próbujemy pozbierać to co rozwaliłam... Pisałam o tym tu na forum...
A ja Cię świetnie rozumiem... Wiem dobrze jaki ból sprawia się samej sobie zdradzając. Tak, ja też zdradziłam...
Ale jest ogromna różnica w tym jak jest "po". Mi mąż dał szansę... Jest ciepły, czuły, taki jak wcześniej. Boli go to co zrobiłam przez cały czas, ale próbujemy pozbierać to co rozwaliłam... Pisałam o tym tu na forum...
Bo Twój mąż wie, co znaczy zrobić głupi błąd i nauczył sie wybaczać sobie i otoczeniu.
Ten tu to jakiś psychopata, by tyle czasu nie poukładać sobie w głowie.
Szczególnie, że autorka nie jest ździrą, tylko jej jednorazowo odbiło.
Autorko! Każdy popełnia błędy. Na błędach się uczymy. Nie ma sensu o tym myśleć. Może skup się na tym, ile rzeczy zrobiłaś dobrze?