Od kwietnia tego roku jestem w swoim pierwszym związku, z starszym o 8 lat, ale cudownym chłopakiem. Dogadujemy się, nie pamiętam żebyśmy mieli jakąkolwiek sprzeczkę, mamy podobne poglądy i wartości w życiu i układa się nam prawie doskonale. Dlaczego prawie? Od września mieszkam za granicą.
Zanim go jeszcze poznałam, chciałam wyjechać by podjąć tutaj dalszą naukę i zacząć życie od nowa. Bałam się zaangażować w ten związek... powodów było kilka, ale tym najważniejszym był właśnie wyjazd. Niesamowicie bałam się tej samotności i tęsknoty jaką teraz czuję. Bałam się tego ogromnie, bo kilku ważnych dla mnie ludzi już w życiu straciłam i nie chciałam znów tego przerabiać od nowa...ale On się nie poddawał, J. długo walczył bym się w końcu przed nim chociaż trochę otworzyła, ale mu się udało i niesamowicie jestem mu za to wdzięczna, bo to właśnie przy nim zaczęłam tak na prawdę cieszyć się życiem.
Ale bajka nie mogła trwać wiecznie. Końcem sierpnia musiałam się spakować, zostawić Go w Polsce i wsiąść w samolot, by rozpocząć roczny kurs....który jak teraz się okazuje nie wnosi praktycznie nic nowego do mojego życia oprócz szkolenia języka oraz dodatkowego bólu. Żaden potencjalny pracodawca nawet nie spojrzy na moje CV, ponieważ moje kwalifikacje są na poziomie zerowym po tym kursie.
Teoretycznie kończy się on na przełomie kwietnia i maja, ale nie wiem czy tyle wytrzymam...czy sobie poradzę. Nie chodzi mi tu o poziom trudności, tylko o samotność i tęsknotę, bo bardzo mi Go brakuje.
W chwili obecnej mój chłopak zwolnił się z pracy w Polsce i wyjechał do innego państwa, z którym nie mam nawet żądnego połączenia, na kilka tygodni do pracy sezonowej. Oboje będziemy w Polsce dopiero na święta. Niestety na tą sytuację nie jestem w żaden sposób zaradzić.
Jednak w połowie stycznia On chce znów wyjechać za granicę, do innego kraju, gdzie już spędził kilka lat. Tym razem już na stałe. Teoretycznie jest to dla mnie sytuacja bardziej komfortowa, ponieważ to tylko godzina lotu,a także spora różnica w biletach, co oznacza że moglibyśmy się częściej widywać. Jednak ja myślę o zupełnie innej sytuacji. O tym żeby zrezygnować z kursu i się do niego przeprowadzić, a od września/października podjąć właściwe studia.
Tylko teraz już sama nie wiem, bo z jednej nigdy nie wiadomo co się może w życiu przydać, a z drugiej wiem, ze nie ma nic ważniejszego niż miłość drugiej osoby... Kompletnie nie wiem co robić, bo dłużej już nie wytrzymam...