Karolina 30 lat,
Mezatka od 8 lat, w zwiazku od 13. Dwoje dzieci 7 lat i 9 mies. Maz 36lat.
Od czego zaczac? Nie wiem czy chce z nim nadal zyc...wszystko zaczelo sie psuc miedzy nami gdy zaczal prace jako kierowca tira, oddalilismy sie od siebie, zaczal mi w domu przeszkadzac po powrocie...ulozylam sobie zycie jako "kobieta samotna na codzien".
Zaczal prace, bo przyszedl kryzys i firma posatwila na transport, mialo byc na chwile...potem okazalo sie, ze szef juz nie ma dla niego nic innego, kase mial lepsza ze spedycji. Maz nie mial perspektyw na inna prace w ktorej zarobil by podobne pieniadze. Moja pensja to byla najnizsza krajowa i umowa zlecenie.
Corka skonczyla 6 lat, postanowilam ze to ostatni dzwonek by urodzic kolejne dziecko. Zgodzil sie, choc wczesniej byl przeciwny dziecku przez 5 lat. Pierwszego syna stracilismy po urodzeniu, w ciaze z corka zaszlam za szybko bo po 3 mies i ciaza byla koszmarem, lezaca, zagrozona. Nasze pierwsze pol roku z mala bylo pasmem kolek i placzu w dzien i w nocy...pewnie sie bal kolejnego.
Nasze malzenstwo zaczelo sie rozpadac juz wczesniej, stracilam jego obecnosc, wsparcie w wychowaniu corki, codziennosc...gdy wracal nie potrafilam udawac cudownej zony, bylam wykonczona samotnoscia, praca, problemami z corka...zaczynaly sie klotnie. Moj zal toczyl sie jak kula sniegowa...coraz wiekszy. Jednak posiadanie dziecka bylo dla mnie bardzo wazne, czulam, ze musze miec kolejne. Ucieszylam sie gdy on wreszcie dojrzal do tego rowniez. Stracilam prace, stwierdzil, ze trudno damy rade i mimo tego staralismy sie o maluszka.
W ciazy bylam nadal sama, tzn bez niego. Nadal liczyla sie praca, gdy urodzil sie synek, zaczal doceniac bycie z nami. Zmienil prace...zaczelo sie robic gorzej finansowo. Znowu bylam niezadowolona
ciagle pretensje...zapytal czego chce w koncu, pieniedzy czy zeby byl w domu...
Zaczal mnie oszukiwac, dostal kilka mandatow naprawde wysokich, nie przyznal sie, przyszlo pismo od komornika o zajeciu wynagrodzenia...zrobilam wojne! Po chwili przyszly kolejne mandaty...rece mi opadly, wiem ze to przezs stres, ukrywal to kolejny raz, w dzien w ktorym przyszlo pismo rano twierdzil, ze nie ma nic na sumieniu...
Tlumaczy, ze sie bal...myslal, ze sam to zalatwi bym sie nie martwila bo nie mamy pieniedzy, nie udalo sie jak widac a ja stracilam zaufanie doszczetnie...
NIe mam juz do niego sily, do siebie tez...przeciez ja nie chce taka byc, roszczeniowa i wiecznie niezadowolona...jednak gorycz i zawod przewaza szale mojego zachowania...
Powiedzialam mu ze odchodze, ze dzieci nie odczuja, bo ii tak byl weekendowym tata, ze ja chce miec prawo do szczescia, do milosci, seksu, bliskosci wieczorami gdy dzieci spia...blagal, plakalismy obydwoje, zostalam...ale jestem w matni. Nie ufam, boje sie, mamy dlugi, moze niewielkie i jak narazie u moich rodzicow ale czuje jak sie zatapiam. Stras mnie zrzera!
Seks jest jakis mechaniczny, zero uczucia...zarowno z mojej strony jak i jego...nie umiemy rozmawiac, konczy sie na tym ze ja mowie a onn robi oczy kota ze shreka i tylko w kolko powtarza, chce byc z toba, kocham ciebie i dzieci.
pisze chaotycznie...emocje biora gore. Nie wiem co robic, gdzie szukac pomocy. Czy to ja powinnam sie zmienic czy on...czy my?