Od jakiegoś czasu zastanawiam się w jakim stopniu moje zamiłowanie samotności jest normalne...
Odkąd pamiętam przedkładałam towarzystwo książek, muzyki, czy choćby filmów nad towarzystwo ludzi. Nie pamiętam jak to się dokładnie stało, że zaplątałam się w pierwszy związek (choc przypuszczam, że miało to wiele wspólnego z wiekiem i burzą hormonów), pamiętam natomiast że wyplątałam się z niego całkiem bezboleśnie i w gruncie rzeczy z ulgą. Drugi związek jest kompletnie niewytłumaczalny - od początku do końca, z gory na dół, wszeż, w poprzek.. z której strony bym nie podeszła, z perspektywy czasu wydaje mi się zupełnie niepojęte, jak mogłam po pierwsze się w coś takiego wplątać, po drugie, tyle wytrzymać, i po trzecie, ciężko przejść rozstanie (tak, choc w gruncie rzeczy nie byłam szczęśliwa i nie mogę podać choćby jednego pozytywnego efektu, jaki ten związek miałby na moje życie, jakimś cudem zdołałam się od niego uzależnić.. w dużym uproszczeniu). Początkowo - to znaczy dwa lata temu - tłumaczyłam sobie niechęć do jakichkolwiek prób (nie, żebym ich nie podejmowała) poznania kogoś naturalnym odruchem po rozstaniu. Tyle że z czasem sytuacja tylko się pogorszyła i teraz znajduję sie w punkcie, w którym gdyby poproszono mnie o spisanie pozytywnych i negatywnych efektów bycia z kimś, pierwsza rubryka pewnie zostałaby pusta... I tak się zastanawiam, czy jest wielu ludzi, którzy tak jak ja dobrze czują się w swoim własnym towarzystwie, lubią ciszę i spokój pustego mieszkania, puste łóżko kojarzy im się z odpoczynkiem, a nie samotnością, i nie uważają, że ich życie (lub, co gorsza, oni sami) jest niekompletne tylko dlatego, że nie mają "pary"....
Podobne tematy
2 2013-10-19 07:53:00 Ostatnio edytowany przez herself (2013-10-19 07:55:16)
Tak. Ja bardzo lubiłam "swoje towarzystwo" do czasu, kiedy nie poznałam Jego.. z tym, że tak bardzo bałam się zaryzykować i porzucić swoje bezpieczne i spokojne życie, że no cóż.. zrezygnowałam. A teraz nie mogę się pozbierać, bo Go straciłam. Ludzie mówią, że taki stan jak nasz: lubienie własnego towarzystwa trwa do czasu, kiedy zorientujemy się, że nikomu nie jesteśmy potrzebni. Jeżeli jednak nie spotkasz osoby, przy której będziesz czuła się bezpiecznie i kochana i kiedy sama nie będziesz kochać, to wtedy nigdy nie zatęsknisz za drugim człowiekiem. Dlatego myślę, że aby najpierw za czymś zatęsknić, trzeba tego doświadczyć, trzeba tego kogoś najpierw mieć. Wtedy przyjdzie tęsknota.
...gdyby poproszono mnie o spisanie pozytywnych i negatywnych efektów bycia z kimś, pierwsza rubryka pewnie zostałaby pusta... I tak się zastanawiam, czy jest wielu ludzi, którzy tak jak ja dobrze czują się w swoim własnym towarzystwie, lubią ciszę i spokój pustego mieszkania, puste łóżko kojarzy im się z odpoczynkiem, a nie samotnością, i nie uważają, że ich życie (lub, co gorsza, oni sami) jest niekompletne tylko dlatego, że nie mają "pary"....
Pewnie wielu, ale... to takie "de mode"... fuj!
Bo przecież "stadni" jesteśmy! (a że czasem w ramach stada zjada się słabsze osobniki? to cóż...
)
Ludzie są różni. Upierdliwcy twierdzą, że ten, który odstaje od stereotypu to MUTANT
Ci tak twierdzący bywają wścibscy, upierdliwi, namolni... Mają "jednie słuszną rację".
"Równamy szanowni państwo do średniego - nie wystawać TAM z szeregu!"
Więc ABY nie dać się stłamsić... "dla świętego spokoju"...
JA mam (prawie) święty spokój. Odkryłam u siebie cechy autystyczne - z tym nikt nie dyskutuje
pewnie dlatego, że to taka jakaś tajemnicza, straszna i nieuleczalna choroba (myślę, że myślą
).
Ale ja : "NIGDY nie mówię nigdy..." Teraz jest jak jest - potem... kto to może wiedzieć?
...Ale ja : "NIGDY nie mówię nigdy..." Teraz jest jak jest - potem... kto to może wiedzieć?
Właśnie zostałaś przyłapana na kłamstwie. ![]()
->
http://www.netkobiety.pl/viewtopic.php?id=2041&p=2#p1552002
NIGDY nie jest za późno
A doświadczenie praktyczne pozwala czasem wyróżnić się pozytywnie... przynajmniej tak twierdzą moi wykładowcy
5 2013-10-19 09:22:21 Ostatnio edytowany przez Anhedonia (2013-10-19 09:26:13)
Anhedonia napisał/a:...Ale ja : "NIGDY nie mówię nigdy..." Teraz jest jak jest - potem... kto to może wiedzieć?
Właśnie zostałaś przyłapana na kłamstwie.
->
http://www.netkobiety.pl/viewtopic.php?id=2041&p=2#p1552002Anhedonia napisał/a:NIGDY nie jest za późno
A doświadczenie praktyczne pozwala czasem wyróżnić się pozytywnie... przynajmniej tak twierdzą moi wykładowcy
N4VV - "już Ty niebieski wiesz..." (znasz dowcip o policjancie i papudze?)
Przecież napisałam w nawiasie? napisałam. Nie przeinaczaj więc mi tu sensu wypowiedzi, proszę ![]()
Za poźno, niestety BYWA
ale NA PEWNO nie na naukę i nie na wprowadzanie zmian w swoje życie
Ale TYLKO WóWCZAS, gdy się ich pragnie i chce. Nie zaś wtedy, gdy się przed nimi broni "ręcami i nogami" ![]()
6 2013-10-19 11:25:13 Ostatnio edytowany przez N4VV (2013-10-19 11:27:41)
...N4VV - "już Ty niebieski wiesz..." (znasz dowcip o policjancie i papudze?)
Znam, wiem, żartowałem tylko. ![]()
P.S> O milicjancie. Oni chyba bardziej niebiescy byli.:)
Znam, wiem, żartowałem tylko.
P.S> O milicjancie. Oni chyba bardziej niebiescy byli.:)
Domyślałam się ![]()
Owszem, CHYBA o milicjancie... Kawał z długą, siwą brodą.
Od jakiegoś czasu zastanawiam się w jakim stopniu moje zamiłowanie samotności jest normalne...
Odkąd pamiętam przedkładałam towarzystwo książek, muzyki, czy choćby filmów nad towarzystwo ludzi.
Mamy znaczną zgodność.
.... I tak się zastanawiam, czy jest wielu ludzi, którzy tak jak ja dobrze czują się w swoim własnym towarzystwie, lubią ciszę i spokój pustego mieszkania, puste łóżko kojarzy im się z odpoczynkiem, a nie samotnością, i nie uważają, że ich życie (lub, co gorsza, oni sami) jest niekompletne tylko dlatego, że nie mają "pary"....
Dlaczego się zastanawiasz? - musi istniec wątpliwość. Z czego wynika?
Zastanawiam się ponieważ z powodów, których do końca nie rozumiem nie ufam ludziom, którzy nie potrafią być sami. Mam na myśli tych, którzy "bycie singlem" widzą jako mało wygodny stan przejściowy między jednym związkiem, a drugim, w którym wszystkie dążenia, pragnienia i myśli są skierowane w jednym kierunku: znaleźć partnera. Ok, przerysowuję ale tak czasem niektórych odbieram.
10 2013-10-29 10:45:21 Ostatnio edytowany przez N4VV (2013-10-29 10:46:21)
Ok, rozumiem.
Nie rozumiem jescze:
->
...znajduję sie w punkcie, w którym gdyby poproszono mnie o spisanie pozytywnych i negatywnych efektów bycia z kimś, pierwsza rubryka pewnie zostałaby pusta....
Jesteś osobowością, z którą nie ma potrzeby prowadzić sporów. Przy odrobinie dobrej woli, bardzo łatwo wypracować rozwiązania optymalne z punktu widzenia stanu splątanego (czyli MY, nie JA i TY). W takiej relacji występuje silna synergia, a obszary niezalezności niekoniecznie muszą zostać nagiete w stopniu nieakceptowalnym. Myślę, ze wiesz o tym. Uważasz, że to utopia? - być może. Stany idealne nie stnieją, tymniemniej można się do nich zbliżyc bardziej lub mniej. Z czego więc wynika pustka na Twojej liście? Wyłącznie z chybionych doświadczeń i zwatpieniu wynikającemu z tychże?
Najprawdopodobniej.
Widzisz, kiedyś myślałam, że ludzie są różni, mają różne potrzeby i upodobania, i że gdzieś pewnie znajdę kogoś dla siebie. Okazuje się, że jeśli chodzi o związki, niewiele się między sobą różnią. I nie chodzi o to, że zupełnie wykluczam taką możliwość, co zdaję sobie sprawę, że szanse są małe. I niestety (bądź stety, o tym było pytanie) wcale mi to nie przeszkadza.
Najprawdopodobniej.
Widzisz, kiedyś myślałam, że ludzie są różni, mają różne potrzeby i upodobania, i że gdzieś pewnie znajdę kogoś dla siebie. Okazuje się, że jeśli chodzi o związki, niewiele się między sobą różnią. I nie chodzi o to, że zupełnie wykluczam taką możliwość, co zdaję sobie sprawę, że szanse są małe. I niestety (bądź stety, o tym było pytanie) wcale mi to nie przeszkadza.
Widzisz - kiedyś myślałem podobnie. Do momentu, gdy nie spotkałem pewnej kobiety. Ona dowiodła, że jestem w błędzie. Wiele mnie nauczyła i totalnie zmieniła moje podejście do zagadnienia związków. Dziś jest moją przyjaciółką. Jest lepszym kumplem, niż jakikolwiek facet kiedykolwiek był. To ona pokazała mi, że szanse spotkania dziewczyny zgodnie skomunikowanej są niezerowe - bo właśnie ona taka jest i miedzy nami jest zgodność, porozumienie i zaufanie.
Bezpośrednią konsekwencją powyższego jest fakt, że obecnie jestem sam - mimo, że zdobycie (jakiejś) kobiety nie jest jakoś szczególnie trudne i nigdy wcześniej trudnym dla mnie nie było. Tylko motywacja padła na pysk.
Nie wiem, jak długo jesteś sama. Powiadają, że negatywne skutki zaczyna się odczuwać po wielu latach. Osobiście sądzę, że może być w tym wiele racji, bo pewne negatywne efekty dają się zauważyć. Nie przeszkadzają na tyle, by wyłącznie z ich powodu podejmować próby nawiązywania relacji. Natomiast sądzę, że wystarczająco dobry powód dla nieutrącania możliwości i podejmowania prób zawiera stare przysłowie: lepsze jest wrogiem dobrego. W końcu próbować kosztuje niewiele, a zysk może być ogromny. ![]()
Najprawdopodobniej.
Widzisz, kiedyś myślałam, że ludzie są różni, mają różne potrzeby i upodobania, i że gdzieś pewnie znajdę kogoś dla siebie. Okazuje się, że jeśli chodzi o związki, niewiele się między sobą różnią. I nie chodzi o to, że zupełnie wykluczam taką możliwość, co zdaję sobie sprawę, że szanse są małe. I niestety (bądź stety, o tym było pytanie) wcale mi to nie przeszkadza.
Ok, więc pogadam sobie sam ze sobą. ![]()
(Jak pewien literat radiooperator, w wątku dla najukochańszej nieznajomej.)
Myślę, że te słowa oznaczają, że dobrze radzisz sobie będąc sama, że masz swoje zajęcia, zainteresowania, pasje, które w rezultacie stanowią o wrażliwości i bogactwie wewnętrznego świata. Nie sądzę jednak, by oznaczały całkowity brak potrzeby bliskości, bo tą odczuwam nawet ja - w końcu facet, bądź, co bądź. Myślę, że świadomie stłumiłaś sobie te potrzeby przez zwątpienie w możliwość nawiązania relacji na zadowalającym poziomie. To jest reakcja obronna - ona minie. Niezależnie od wszystkiego, w moich oczach jesteś kimś niezwykłym. (... i mogę wnioskować/decydować w warunkach niedostatku danych.)
Być może się mylę. Nie chcę niczego udowadniać, ani zgrywać się, że wiem lepiej, co myślisz i jaka jesteś. Myślę, więc się w myśleniu swoim często mylę. W Twoich słowach widzę odbicie rzeczywistych przekonań, dlatego mogę je przyjmować jako prawdy bez dowodu ? nawet wówczas, gdy niezgodne z moimi wnioskami.
Chciałbym, byś dokonała rewizji przekonań (czyli reset zwoja
). Chcę nawiązać z Tobą komunikację na kanale prywatnym, bo wydaje mi się, że możemy się zaprzyjaźnić. Decyzja należy do Ciebie. Czas nie jest czynnikiem krytycznym. Ludzie jednak różnią się od siebie. Bywa, że w znacznym stopniu.
Zastanawiam się ponieważ z powodów, których do końca nie rozumiem nie ufam ludziom, którzy nie potrafią być sami. Mam na myśli tych, którzy "bycie singlem" widzą jako mało wygodny stan przejściowy między jednym związkiem, a drugim, w którym wszystkie dążenia, pragnienia i myśli są skierowane w jednym kierunku: znaleźć partnera. Ok, przerysowuję ale tak czasem niektórych odbieram.
Wiesz co rozumiem Cię i uważam, że masz w tym dużo racji, żeby podchodzić z rezerwą do ludzi, którzy nie potrafią być sami. Wydaje mi się, że to nie jest zdrowy objaw obawiać się aż do takiego stopnia samotności. Z własnych obserwacji wnioskuję, że tacy ludzie boją się zostać sami ze sobą, żeby nie dopadło ich to przed czym starają się uciec i co "zapychają" obecnością drugiej osoby. Takie nierozwiązane problemy różnego rodzaju. (Nie chcę generalizować, takie są po prostu moje spostrzeżenia)
Miałam takiego chłopaka, który ciągle musi być z kimś, tak jakby miał eksplodować, gdyby został na dłuższy czas sam. Jak rozpada mu się związek, to natychmiast szuka sobie "osoby zastępczej" i w ten sposób pozostaje ciągle w związku, tylko osoby się zmieniają
W każdym razie to jest przykład takiej osoby uciekającej ciągle przed samym sobą i muszę przyznać, że pół roku z nim zrobiło ze mnie wrak człowieka, czułam się jakby mnie walec przejechał.
A co do samotności w stylu "samotne łóżko oznacza odpoczynek" itp to rozumiem całkowicie i podzielam twoje zdanie. Samotność nie jest zła, może być bardzo dobra, pożyteczna i przyjemna. Po prostu ma swoje dobre i złe strony jak wszystko na tym świecie i kwestia tego czy człowiek chce widzieć te dobre strony. Ja je widzę i dobrze mi z tym, co nie zmienia faktu, że przyjdzie kiedyś dzień kiedy będę chciała się z kimś związać, ale to jeszcze nie teraz ![]()
Wszystko ładnie, pięknie, ale z tą pochwałą pustego łóżka to ja bym jednak nie przesadzała ![]()
Pewnie kiedyś mi się znudzi ale obecnie puste łóżko to dla mnie równoznacznik szczęścia bo spanie z moim byłym na przykład bardziej przypominało regularną walkę "wszystkie chwyty dozwolone", niż odpoczynek
Więc nie do przecenienia jest dla mnie fakt, że nikt notorycznie nie zrywa ze mnie kołdry i nie owija się nią niczym mumia skutecznie uniemożliwiając mi wydarcie mu chociaż małego skrawka, nie skopuje mnie na podłogę, nie chrapie, nie wpycha mi łokcia w żebra lub-jeszcze gorzej - kolana w nerki, nie przygniata mnie całym ciężarem ciała, nie gada jak najęty, nie rozwala się na całym łóżku zostawiając mi cztery centymetry kwadratowe wolnej przestrzeni i - najgorsze - nie budzi się pełen energii o 6 rano i nie oczekuje ode mnie, że zrobię dokładnie to samo..
A tak poza tym, to był dobry człowiek..
Wydaje mi się, że to nie jest zdrowy objaw obawiać się aż do takiego stopnia samotności. Z własnych obserwacji wnioskuję, że tacy ludzie boją się zostać sami ze sobą, żeby nie dopadło ich to przed czym starają się uciec i co "zapychają" obecnością drugiej osoby. Takie nierozwiązane problemy różnego rodzaju. (Nie chcę generalizować, takie są po prostu moje spostrzeżenia)
Nigdy nie zastanawiałam się właściwie dlaczego niektórzy ludzie boją się zostać sami.
Kiedy byłam młodsza, wydawało mi się, że mój naturalny stan to bycie w związku. Bycie samemu postrzegałam jako okres przejściowy między jednym związkiem, a drugim. I niestety nie wychodziło mi to na dobre. Po pierwsze, mając takie podejście nie mogłam w żaden sposób cieszyć się urokami wolności. A było nie było, jest ich kilka. I nie chodzi o to, czy jest ich więcej czy że są lepsze od uroków związku, ale o fakt, że SĄ ale postrzegając bycie wolnym jako coś nienaturalnego się ich nie widzi. Po drugie, lęk przed samotnością sprawiał, że "obniżałam standardy". I nie chodzi o to, że jestem księżniczką, a umawiałam się z synem rzeźnika, ale o to, że potrzeba bycia z kimś (którą w owym czasie myliłam z miłością) była często silniejsza niż logika i byłam w stanie iść na zbyt daleko idące kompromisy. Bo 'bycie w związku' było wartością samą w sobie, w przeciwieństwie do "bycia singlem" które nie tylko nie miało żadnej wartości, było wręcz na minusie.
Życie i doświadczenia zmusiły mnie do weryfikacji tego podejścia. I pisząc, że nie ufam ludziom, którzy boją się samotności miałam chyba na myśli fakt, że człowiek, który wie, że może całkiem nieźle żyć sam, że jest kompletny i nikt nie musi go "uzupełnić", że świat się nie zawali jeśli coś pójdzie nie tak i partner go zostawi, ma zupełnie inną motywację do tworzenia związku od kogoś, kto po prostu nie chce lub boi się być sam. To jest, wchodzi z kimś w związek bo jest pewien (na tyle na ile to w ogóle mozliwe), że spotkał właściwą osobę, a nie po prostu spotkał osobę, która dziełem przypadku również szuka czegoś poważniejszego. I w pierwszym wypadku jest to decyzja bardziej świadoma i oparta na solidniejszym gruncie. W drugim... Cóż, znam wiele par, które można określić jako "niekompatybilne", a które mimo wszystko tkwią w związku, który nikogo już nie uszczęśliwia, tylko i wyłącznie z lęku przed samotnością. I gdybym nie przewartościowała tych dwóch pojęć - samotność i związek - sama pewnie bym dalej w takim tkwiła. Ale to takie moje własne przemyslenia...
Wszystko ładnie, pięknie, ale z tą pochwałą pustego łóżka to ja bym jednak nie przesadzała
No tak, przyznaję, że nie-puste łóżko ma swoje pewne znaczące zalety
Jednak tak, jak napisała kendy, ja też czasami (lub raczej w większości) nie mogłam liczyć na takie porządne wyspanie się jak lubię, kiedy miałam "współlokatora". Najbardziej chyba mnie wkurzało, że mnie budził rano "bo on się już wyspał", a ja naprawdę lubię sobie pospać dłużej, jeśli wiem, że nie muszę wstawać.
Życie i doświadczenia zmusiły mnie do weryfikacji tego podejścia. I pisząc, że nie ufam ludziom, którzy boją się samotności miałam chyba na myśli fakt, że człowiek, który wie, że może całkiem nieźle żyć sam, że jest kompletny i nikt nie musi go "uzupełnić", że świat się nie zawali jeśli coś pójdzie nie tak i partner go zostawi, ma zupełnie inną motywację do tworzenia związku od kogoś, kto po prostu nie chce lub boi się być sam.
Bingo! Podzielam, podzielam plus dobrze ujęte ![]()