Iceni napisał/a:Ludzie zwykle przykładają zbyt dużą wagę do wierności. Połowy problemów dałoby się uniknąć gdyby nie wmawiano nam wokół, że "i że cię nie opuszczę aż do końca życia" jest jedyną słuszną drogą.
Wyrażenie "i że cię nie opuszczę aż do końca życia" obowiązuje niejako tylko sakramentalnych małżonków (a i tak są rozwody). Innych par już nie. Gdyby tak zanalizować to zdanie, nie patrząc na całość przysięgi kościelnej, to oznacza ono tylko, że mimo wszystko z tobą będę, co przecież nie wyklucza zdrady.
Nie wiem Iceni, dlaczego tak cię irytuje to, że ludzie przykładają "zbyt" dużą wagę do wierności. Bo ja uważam, że w dzisiejszych czasach wierność jest pojęciem bardzo względnym. Niby oznacza to, że sypiamy tylko ze sobą (więź fizyczna) i jesteśmy dla siebie najważniejsi (więź emocjonalna). Ale niektórzy myślą inaczej, np. osoby będące w związku otwartym - dla nich wierność oznacza więź emocjonalną; osoby w związku poliamorycznym - dla nich wierność oznacza obie więzi, ale z kilkoma partnerami (dziwnie to brzmi).
Osobiście należę do osób 1. kategorii. Swój związek widzę tak: wymagam wierności od siebie i partnera (nie na zasadzie: nigdy ciebie nie zdradzę, ale zrobię wszystko, żeby do tego nie doszło); gdy będzie ci ze mną źle to cię nie zatrzymam na siłę (bez zemsty, szantażu); szacunek; szczerość (nie chcę wiedzieć tylko o jednym, jednorazowym skoku w bok); uczciwość; nie manipulowanie seksem; oddanie i zaufanie (ale nie ślepe); możemy porozmawiać o wszystkim na zasadzie: wysłucham cię, ale nie znaczy, że posłucham wszystkiego; jesteśmy przede wszystkim ze sobą, ale mamy prawo do swoich myśli, pasji, zainteresowań, znajomych; nie uważam cię za swoją własność, ale pragnę żeby twoje ciało i dusza "śpiewały" dla mnie.
I teraz Iceni, czy ja tak wiele wymagam? Czy tak mało chcę ofiarować? Czy mój wymysł wierności (duchowej i fizycznej) jest taki absurdalny? Czy tylko z powodu tego, że zdrad jest sporo i by "uniknąć" bólu mam rezygnować z tego, żeby być jedyną kobietą dla swojego mężczyzny? Nie, dziękuję.
Cóż, ja szacunek i miłość rozumiem inaczej, ale to już każdego indywidualna sprawa. Wszak ludzie są bardzo różni 
A nawet nie mam gwarancji, że gdybym zrezygnowała z fizycznej wierności, to nie dojdzie do niewierności emocjonalnej, a to przecież właśnie zdrada emocjonalna nas kobiet niby boli bardziej. Więc wolę wymagać więcej 
PS. Coś ciekawego przyszło mi do głowy - co do związków zamkniętych, otwartych i poliamorycznych.
Osoby w zw. zamkniętych o osobach w zw. otwartych: tłumaczycie sobie w dziwny sposób zdradę fizyczną, bo nie możecie utrzymać swojej "chuci" w ryzach, nie macie zasad moralnych.
Osoby w zw. otwartych o osobach w zw. zamkniętych: chcecie mieć na własność ukochaną osobę (np. twoje ciało należy tylko do mnie itp.), człowiek jest poligamiczny.
Więc można pomyśleć, że w zw. zamkniętych panuje hipokryzja, traktowanie partnera jak swoją własność. Ale w zw. otwartych (gdzie jest miłość) też tak jest. Jedyna różnica jest taka, że ci pierwsi wymagają obu wierności, a ci drudzy - jednej. Po prostu wymagamy więcej. Wniosek: wszyscy jesteśmy egoistami.
Idąc twoim torem myślenia Iceni, to właśnie związki poliamoryczne (kilka równorzędnych relacji) są najuczciwsze. Bo nie wymagasz żadnej z obu wierności tylko dla siebie. Każdy może obdarzać więzią emocjonalną lub fizyczną kogo chce. I też jest to związek NAJTRUDNIEJSZY. Moim zdaniem.