Jak w temacie- brak deklaracji o ślubie mimo 10-cio letniego związku i dziecka, wzlotów i upadków.
Wciąż zastanawiam się czy aby na pewno mnie kocha czy po prostu jest ze mną "dla dobra" dziecka. Ale może od początku... jeśli komukolwiek chce się to czytać.
To była miłość od pierwszego wejrzenia, zamieszkaliśmy razem już po dwóch miesiącach. Byłam przeszczęśliwa, choć nie mieliśmy praktycznie nic, tylko nas i nasze uczucie. On kończył technikum, miał mieć maturę, ale dorabiał gdzie się dało. Ja studiowałam zaocznie i pracowałam. Wszystkim się dzieliliśmy, był moją miłością, kochankiem, jedynym na świecie facetem, a przede wszystkim moim przyjacielem i opoką. Przez 7 lat wynajmowaliśmy mieszkania, rozmawialiśmy o ślubie, ale nie robiliśmy nic aby zalegalizować nasz związek a mnie nie przeszkadzał ten stan rzeczy. Staraliśmy się "dojść do czegoś", "dorobić się".
Zaczęliśmy prowadzić działalność gospodarczą zarejestrowaną na mnie, pomagał mi choć sam pracował na zmiany, ale po ok. roku wszystko zaczęło się walić. Mój ukochany przestał się interesować działalnością, ja popadłam w jakiś marazm-praca po 16 godzin dziennie non stop. Bliskość gdzieś zaginęła a wolne chwile chciałam przespać. Wypaliłam się, popadłam w depresję. Działalność przestała być dochodowa i nawet nie zauważyłam jak zostałam z długami (działalność była 2 lata)- pośrednio przez źle prowadzoną księgowość biura podatkowego, ale to nie jest istotne.
Mój partner zajął się samotnymi wycieczkami, ja wdałam się w roczny związek z żonatym facetem. Choć związkiem tego nie nazwę- to była znajomość i skończyła się jednorazowym seksem. Wpadał ok. raz na miesiąc i rozmawialiśmy przy kawie. Przyznałam się do tego mojemu partnerowi. Był wściekły, ale po jakimś czasie zaczął się mną opiekować i starać się o mnie. Po czasie stwierdził, że chce być ze mną mimo zdrady. Ja chciałam go uwolnić od siebie, chciałam odejść, ale zostałam.
Do tej pory nie mogę siebie zrozumieć- po co mi była ta cała zdrada??? Jestem przecież na tyle dojrzała i przynajmniej przez szacunek dla mojego partnera powinnam z nim porozmawiać. Kochałam go i nadal go kocham. Pamiętam, że kilkanaście razy próbowałam mówić mu, że nie czuję się szczęśliwa, że mi go brakuje, że kocham go, ale nie wiem czy brakowało mi sił czy samozaparcia aby zakończyć działalność i zająć się związkiem czy odstraszała mnie jego obojętność- a może wydawało mi się, ze jest obojętny? Może to ja jednak byłam obojętna??? Gdy nie był w pracy siedział przy komputerze i piwie lub był na kolejnym jednodniowym samotnym wypadzie.
Po "moim wybryku" mój ukochany starał się, żebyśmy nadal byli razem. Też tego pragnęłam. Postanowiliśmy pracować nad związkiem. Zmieniliśmy mieszkanie na mniejsze i tańsze, powoli spłacam długi ciążące na mnie z działalności. Żyliśmy i nadal żyjemy bardzo skromnie, żeby tylko mój partner mógł kupić mieszkanie na kredyt.
Pewnego wieczora mój kochany wrócił do jeszcze wynajmowanego mieszkania pijany, zaczął mnie wyzywać, bił mnie i kopał. Straciłam zęba i poczucie godności. On niczego nie pamiętał. Zostałam. Po części bo go kocham, po części z poczucia winy, bo jednak to moja wina, że zasłużyłam sobie, zdradziłam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jestem w ciąży.
On zmienił się nie do poznania- zamknął się w sobie, wydzielał mi pieniądze (5 lub 7 zł na dzień na jedzenie i inne potrzeby), czasem uderzył, czasem kopnął, często strofował i krytykował. Ciąża przebiegała do 6 miesiąca prawidłowo, potem zaczęły się skurcze i musiałam leżeć. Nie miałam pracy, żadnych dochodów, znikąd pomocy, musiałam leżeć, więc w domu ze mnie żadnego pożytku też nie było, miałam wyrzuty sumienia, że jestem darmozjadem, utrapieniem od którego nie można uciec. On niby był, ale jakby go nie było. Tolerował mnie. Nie widziałam wyjścia. Do tego komornik zaczął pukać. Bałam się, że urodzę w więzieniu- w tym przekonaniu dotrwałam do porodu. Rodził ze mną, ale tuż po pytał się pielęgniarek czy dziecko jest do niego podobne... ja powtarzałam mu jak bardzo go i dziecko kocham.
W zeszłym roku odeszłam od niego przede wszystkim ze względu na nasze dziecko- nie dawał pieniędzy na podstawowe potrzeby, na pieluchy, lekarstwa, owoce itp., ubranka zawsze wykombinuję od kogoś, więc "tylko" buty trzeba kupować. Wróciłam do niego, bo obiecał poprawę. I faktycznie- nie wydziela pieniędzy, nie sprawdza paragonów, staramy się aby dziecko wszystko miało mimo skromnego budżetu.
Od porodu minęły ponad dwa lata. Jestem z nim i kocham go. Schudłam 36 kg po ciąży i z tego jestem dumna. On nie bije mnie, bardzo kocha nasze dziecko. Czasami mówi, że mnie kocha, ale bardzo rzadko. Seks praktycznie nie istnieje- ja jakoś nie umiem- ale za to potrafimy się przytulać i zaczynamy ze sobą rozmawiać. Wciąż nie mam pracy, do żłobka nie przyjęto mojego szkraba a na dziadków nie mamy co liczyć. Pracowałam 3 miesiące, ale nie przedłużono mi umowy, "nie pasuję do zespołu". Jestem nerwowa, często wybucham, boję się ludzi i nieznanych mi sytuacji. Od roku nie jestem zarejestrowana w PUP, boję się że policja mnie stamtąd wyprowadzi ( 4 komorników i malusieńkie wpłaty), od ponad roku mam nieważny dowód- wciąż żałuję pieniędzy na zdjęcia i mam nadzieję, że zmienię nazwisko. Jestem zaniedbana, mam braki w uzębieniu, a po drakońskiej diecie, na której byłam przez okres karmienia (17 miesięcy) wszystkie zęby mi poszarzały. Mimo iż schudłam tyle, nadal ćwiczę nad sylwetką. Być może dlatego on nie chce się ze mną ożenić? Bo nie wyglądam jeszcze jak przed ciążą. Robię wszystko jak on lubi, staram się pokazać, że jestem świetną gospodynią. Wiem, ze nie ma nikogo na boku, wraca codziennie do domu, zawsze wiem gdzie jest, ogólnie nie daje mi powodów do zazdrości. Ja tym bardziej. Zresztą całym moim światem jest nasze dziecko.
Zauważyłam ostatnio, że często mówi, że "baby to zawsze..." i coś negatywnego albo z "babami nie da się pracować",itp. Zawsze potem reflektuje się, że przecież nie mówi o mnie.
Sama już nie wiem co robić i myśleć o tym. Wiem, że mój związek nie jest idealny, ale pracujemy nad nim i nad sobą, choć chyba ja jeszcze powinnam udać się do psychologa. Kocham go i chciałabym, żeby się ze mną ożenił. On mówi, że nawet na obrączki nie mamy i podobno tylko to go powstrzymuje.
Kiedyś byliśmy tacy szczęśliwi i tacy głupi zarazem