Cześć. Mam 28 lat i właśnie zostawiła (?) mnie kobieta. Zupełnie przestałem funkcjonować, bo daję sobie rękę odciąć, że to była ta jedyna. P. była moją trzecim poważnym związkiem, z czego pierwszym, w którym... kochałem. Wyda wam się to dziwne, ale miałem już żonę, młodzieńcza fanaberia, duży błąd, bez znaczenia - ślub był tylko cywilny, bez dzieci, bez kredytów, rozstaliśmy się definitywnie po trzech latach małżeństwa w 2011 roku. Nigdy jej nie kochałem, tylko tak mi się zdawało. Cierpiałem po rozstaniu, bo wyszło od niej, ale nie da się tego porównać do cierpienia obecnego. Drugą dziewczynę miałem tylko jako pocieszenie po pierwszej kobiecie - nie umiałem być wtedy sam. Rozstałem się z nią w sierpniu 2012. Wtedy postanowiłem być sam, przez jakiś czas, zadbać o siebie.
P. podobała mi się zawsze. Pracujemy w jednej firmie, jej pokój jest "przechodni" w kierunku kuchni i wc, więc codziennie ją widywałem. Ale nie znaliśmy się. Wreszcie w grudniu 2012 nasza firma zorganizowała wielką imprezę dla pracowników. Szedłem na nią z zamiarem poznania P. Udało się to błyskiem, w pół godziny. Tańczyliśmy pół nocy, drugie pół gadaliśmy. Nie było jakiegoś kopnięcia, po prostu okazała się miłą kobietą. Nie zainteresowałem się nią jednak, stwierdziłem "nie ma tego czegoś".
Ale ona zainteresowała się mną. Dodała na facebooku, zaczęła zagadywać itp itd. Ja - wyjątkowo złośliwie - poznałem inną dziewczynę dokładnie tydzień po imprezie firmowej. I to nią się zainteresowałem. Więc P. sobie odpuściłem. Ona próbowała - ja byłem niewzruszony. Przez równy miesiąc chodziliśmy razem na herbaty w pracy, gadaliśmy mnóstwo przez neta... W lutym zaprosiła mnie do kina, ale stwierdziłem, że nie mogę z nią iść, zdobywając inną. Więc odmówiłem, jako powód podając chęć obejrzenia akurat wtedy meczu reprezentacji Polski. Po rozmowach z koleżankami (przyznała mi się do tego później), olała mnie. Nie było przez 3 tygodnie żadnego kontaktu z wyjątkiem "cześć" w pracy. Aż na początku marca z nudów zagadałem do niej na facebooku. Gadaliśmy całą noc, mieliśmy miliard wspólnych tematów. Dotarło do mnie: facet, gonisz za jakąś dziwną laską, a pod ręką masz kogoś takiego. P. jakby moje myśli przeczytała i... zaprosiła mnie na piwo, w niedzielę 10 marca. Oczywiście tym razem się zgodziłem. Było świetnie - zero sztuczności. Po wyjściu ona spytała, czy się jeszcze spotkamy na takim piwie. Powiedziałem, że tak i dam znać, co do terminu. Umówiliśmy się na 10 dni później, w środę 20 marca. Im dłużej siedzieliśmy, tym bardziej się czuło, że związku ze sobą już nie unikniemy. Chciałem ją pocałować, ale nie chciałem robić tego w barze. Więc się rozeszliśmy, obiecując sobie następne spotkanie. Zaproponowała je ona - u niej w mieszkaniu (ma własne mieszkanie, dostała od bogatych rodziców), w sobotę, przy winie. Idąc tam wiedziałem, że od dziś będziemy parą. Atmosfera gorąca od początku, my piękni (ja marynarka, koszula, dżinsy; ona zwiewna sukienka plus jej ogromna uroda), uśmiechnięci... O 23 chwyciliśmy się za ręce, o północy ona położyła mi się głową na kolanach, wzrokiem na moją twarz, o 0:30 całowaliśmy się namiętnie. Ehh, najpiękniejszy dzień w moim życiu
(( do rzeczy...
Zaczęliśmy być ze sobą. Czułem się już pierwszej nocy najszczęśliwszy na świecie. Spaliśmy w łóżku ze sobą, ale nie było seksu - tylko całowanie. Zasnęliśmy nad ranem, o 13 zakończyliśmy randkę, bo ona była umówiona z rodzicami na obiad. W jego trakcie napisała mi, że rodzice nie mogą uwierzyć w to, jak szczęśliwie dziś wygląda...
Zaczęliśmy się spotykać regularnie, co 2-3 dni. Kino, znajomi, ale przede wszystkim jej mieszkanie. Po jakimś niedługim czasie zaczęliśmy uprawiać seks (najlepszy w moim życiu; po niej widziałem, że podobnie), brać wspólne kąpiele... po miesiącu czułem, że jestem totalnie zakochany, uwierzcie - to już nie było zauroczenie. Właśnie podczas kąpieli pierwszy raz powiedzieliśmy sobie "kocham Cię" - ja powiedziałem pierwszy, ona stwierdziła, że czekała na to, że nie mogła się doczekać aż wreszcie to usłyszy.
Życie toczyło się pięknie - ona polubiła moich znajomych, ja polubiłem jej. Świrowała na moim punkcie, nigdy nie czułem się tak kochany. Zacząłem u niej spędzać 6 nocy w tygodniu, zostawiając jedną na spanie u siebie - dla zdrowego rozsądku. Mówiłem jej, że mam też znajomych, których nie mogę stracić, ona to rozumiała, choć dodawała, że gdy zmienię zdanie, mogę do niej na noc wrócić. Powiedziała, że chce być ze mną na zawsze i że NIGDY mnie nie zostawi. Spytała, czy jestem gotów na podobną deklarację. Byłem. Napisałem jej na karteczce, że świadom odpowiedzialności i tych słów, chcę być z nią na zawsze. Podpisałem datą, imieniem i nazwiskiem. Karteczkę ze łzami w oczach schowała do portfela.
Oczywiście poznaliśmy też swoich rodziców, choć przy naszej miłości wydawało mi się, że nie będą oni mieli żadnego znaczenia. Jej - bardzo bardzo bogaci (dzięki dwóm firmom taty), w dodatku mama arystokratka z dobrego domu, oczytana nauczycielka języka polskiego, moi - prości ze wsi, bez wielkich pieniędzy, ale też nie biedni jak myszy kościelne. Ojciec w towarzystwie jest ok, matka - będę obiektywny - jest wieśniaczką. Na grillu u mojej babci, na który pojechaliśmy z P. kiełbasę jadła paluchami, aż tłuszcz ściekał po dłoni (obrzydliwe). Modliłem się, by jak wszyscy wzięła widelec, ale tego nie zrobiła. Mnie to brzydziło, P. pewnie też. Do tego potrafiła raz do mnie dzwonić sześć razy a jak nie odbierałem (nie słyszałem telefonu), po przyjeździe do niej zrobiła mi przy P. wielką awanturę, jak to się martwiła (byliśmy umówieni na 20, dzwoniła od 18. My punkt 20 przyjechaliśmy do niej). Widziałem, że P. ma moją matkę za lekką wariatkę, dlatego chciałem się od niej (matki) odciąć. To dobra kobieta, chce zawsze jak najlepiej, tyle, że nie wychodzi jej. Moja była żona właśnie ją podała za powód rozstania - że szlag ją trafiał na samą myśl kontaktu z nią.
Zacząłem rozmawiać z P., że ciężko będzie, gdy nasi rodzice kiedyś się spotkają. Dwa różne światy, to byłby koszmar. Usłyszałem "czym Ty się martwisz, ważne, że my się kochamy. To spotkanie jakoś się przetrwa". Byłem zatem spokojny, bo P., w przeciwieństwie do mojej byłej żony, nie krytykowała mojej matki otwarcie. I nie sugerowała nawet, że ma ją za wariatkę ze wsi.
Było więc idealnie. W czerwcu zaplanowaliśmy wspólne mieszkanie, ale dopiero od lipca 2014. Daliśmy sobie jeszcze rok pozornej wolności, bo i tak niemal każdą noc spędzaliśmy razem. Życie miało być piękne i bezproblemowe - nieźle zarabiamy (ja 3000 na rękę, ona 2100 - plus oboje wysokie premie raz na trzy miesiące). Mojemu przyjacielowi powiedziałem: to koniec mojej drogi, to jest kobieta, z którą zawsze będę. Uwierzył, bo widział, co się dzieje. Nie znał mnie do tej pory takiego - tak zakochanego.
Niestety. 28 czerwca, w piątek, ona wyjechała w 10-dniową delegację. Oczywiście płakała wyjeżdżając, że nie wytrzyma tyle beze mnie. Mieliśmy być 650 km od siebie. Powiedziałem jej: w piątek za tydzień przyjadę do Ciebie, a w niedzielę wrócimy razem. Ty będziesz pracować, ja sobie jakoś poradzę. Zwariowała ze szczęścia na ten pomysł. Dokupiliśmy miejsce dla mnie w jej hotelu na dwie noce.
Codziennie dzwoniliśmy do siebie, pisaliśmy smsy, wyznając sobie miłość. W nocy z wtorku na środę (więc 3 dni przed moim przyjazdem) dostałem smsa o treści: "Tak bardzo Cię kocham. Odliczam już godziny do Twojego przyjazdu. Nie mogę doczekać się, kiedy wreszcie ze sobą zamieszkamy. Dzień, w którym mi się oświadczysz będzie najpiękniejszym dniem mojego życia". Kochałem ją, chciałem tego, co ona...
Przyjechałem do niej w nocy z 5 na 6 lipca. Przed hotelem rzuciła mi się na szyję. Błyskawicznie wylądowaliśmy w łóżku i zaczęliśmy się kochać. W sobotę rano zjedliśmy śniadanie, a koło południa znów się kochaliśmy. Pojechała w teren do pracy. Mieliśmy spotkać się znów koło 20, o 22 miał być wspólny koncert znanego zespołu... Ale koło 20 mi napisała, że się nie wyrobi z robotą i się przeciąga, że jest na to wściekła... czekałem, czekałem, czekałem, między czasie pisała mi "nie tak to miało wyglądać, przepraszam
". O 22:10 - gdy koncert już trwał - napisała mi "dopiero teraz skończyłam". Ale nie przychodziła, mówiła, że w tym tłumie, gdzie stałem, nie odnajdzie mnie. A stałem w bardzo konkretnym miejscu - takim, że z każdego innego by do niego dotarła i mnie spotkała. Olała to, zobaczyliśmy się dopiero o 23:50. Po koncercie, który oglądałem sam.
Byłem bardzo zawiedziony - nie tylko jej długą pracą, ale przede wszystkim tym, że nie wykazała nawet chęci dotarcia do mnie. Widziała, jak jestem zawiedziony. Ale jej powiedziałem - Kochanie, nie Tobą (skłamałem), tylko tą sytuacją. Wróciliśmy do hotelu, bez nastroju od razu poszedłem spać.
Wstaliśmy w niedzielę w nieco lepszych humorach, ruszyliśmy w 8-godzinną podróż do domu. Było... fantastycznie. Znów mieliśmy uśmiechy na twarzach, w dodatku ona była na mnie totalnie napalona (ręka jej uciekała...). Oczywiście po drodze miliard wyznań miłości i całowania na każdym postoju. Szaleństwo. No ale od 18 matka (którą po drodze mieliśmy o 20 odwiedzić - sytuacja opisana trochę powyżej) zaczęła do mnie wydzwaniać, czego ja nie słyszałem. O 20 zrobiła mi przy P. awanturę. No nic, byliśmy u niej 10 minut, pojechaliśmy do... jej mamy. Wychodząc od niej przed 22, zagadała P. "odwiedzisz mnie jutro?". P. odpowiedziała, że miała inne plany (mnie oczywiście), ale jej mama nalegała. Więc P. się zgodziła. Wróciliśmy tego wieczora do niej, wspólna kąpiel, seks, rozmowa, wyznanie miłości, spanie.
Następnego dnia umówiliśmy się, że odbiorę ją od mamy o 17:30. Ale o 16:30 napisała mi, żebym był o 20, że rozmowa się przedłuży. Więc byłem o 20. P. stała się "elektryczna" - czepiała się mnie o wszystko (pierwszy raz w związku), a gdy włączyliśmy film u niej w mieszkaniu, siadła na facebooku i zaczęła gadać sobie z ludźmi (nigdy jej się to nie zdarzało, zawsze oglądała film wtulona do mnie, z przerwami na pocałunki). Nie było nastroju na seks - spytałem, czy coś się stało. Powiedziała, że głupi jestem, jak tak myślę. Poszliśmy spać.
We wtorek powiedziała mi "dziś się nie spotkamy. Muszę mieć czas dla siebie. Rozmawiałam z mamą i ona się martwi, jak się zaniedbałam - poświęcam się tylko Tobie, a np już od dawna książki żadnej nie przeczytałam". Powiedziałem - dobrze, masz dziś ode mnie wolne, nigdy do niczego Cię nie zmuszałem (mało tego - sam w maju zaproponowałem ograniczenie spotkań, bo bałem się, że jej się znudzę. Powiedziała, że to nigdy nie nastąpi, przekonała mnie wtedy, że zawsze będę jej ideałem i że już na zawsze będziemy ze sobą, że jak myśli o innych facetach, to czuje obrzydzenie). Umówiliśmy się zatem na środę. Ale już we wtorek PIERWSZY raz od początku związku nie napisała mi sama z siebie "kocham Cię". Potrafiła jedynie odpisać "ja Ciebie też", gdy napisałem to pierwszy.
Środa. Jesteśmy u niej, leżymy na łóżku, miziam ją po twarzy, ale nie chcę całować w usta. Modlę się, by ona mnie pocałowała. Patrzymy na siebie z odległości centymetra - nie całuje, jednocześnie mnie też miziając. Nagle mówi - wstańmy i chodźmy na spacer. Poszliśmy, za rękę, siedliśmy na ławce. Pytam o co chodzi. Powiedziała, że to się dzieje za szybko, że po rozmowie z mamą zaczęła być przerażona, jak to galopuje. Że przemyślała i wcale nie chce za rok ze mną jeszcze zamieszkać. Ja jej mówię: dobrze, spotykajmy się rzadziej, sam o to kiedyś prosiłem. Ale ona mi dodała, że nie tylko o to chodzi, że ona nie wie, czy my w ogóle do siebie pasujemy, że zasugerowała jej to mama, że na początku nie chciała tego słuchać, a z każdym kolejnym argumentem... zaczynała wierzyć. Spytałem o te argumenty. Nie chciała powiedzieć, ale przyciśnięta mocno, przed snem, powiedziała. "Nasze rodziny są na zupełnie różnych poziomach". Pomyślałem, że mówi o pieniądzach, więc zacząłem mówić, że ani ja, ani moja rodzina nie chcemy ani złotówki, że ja ją kocham i tylko tyle. Ale ona, że nie o to chodzi. No to ja: "a o co?". Nie mogła z siebie tego wydusić, aż wreszcie wypaliła: "bo ja chciałabym móc np z teściową o książkach porozmawiać. W ogóle nie wyobrażam sobie, by nasi rodzice kiedyś się spotkali...". Powiedziała, że mogę u niej zostać na noc, ale spała w ubraniu (zawsze do tej pory nago), a rano wyszła ubierać się do drugiego pokoju (zawsze robiła to przy mnie). W czwartek mieliśmy się nie widzieć. Napisałem jej po 16, że ją kocham, odpisała "wybacz, ale nie odpowiem nic, bo nawet nie wiem, co miałabym powiedzieć...". W emocjach odpisałem "Jak ona mogła tak wyprać Ci mózg?! NO JAK?!". Miałem na myśli jej matkę. Odpisała: "Nie mów tak! Mam własny rozum i niektóre decyzje podejmuję sama!". Wieczorem napisałem jej tylko "Dobranoc :*". Nie odpisała.
Piątek. Nie radzę sobie w pracy, trzęsą mi się ręce, nie śpię już drugą noc z rzędu. Umawiamy się na popołudnie, ale już mi zaznacza - wieczorem jedzie na noc do mamy. Jesteśmy u niej o 16, zaczynam robić obiad, ona siedzi na fejsie. O 17 podaję - je, nie dziękuje, nie mówi, że smakował. O 17:30 ja siadam na kanapie, ona dalej na fejsie. Niby coś do mnie gada, ale nie patrzy się na mnie w ogóle, ma mnie w dupie. Nie wytrzymuję, ale spokojnie, bardzo spokojnie mówię o 18:30: jedźmy już do Twojej mamy, podrzucę Cię. Wychodząc z jej bloku chciałem złapać ją za rękę, bo nie powiedziała jeszcze, że to już skończone. Odrzuciła subtelnie mówiąc: wolałabym, byśmy w obecnej sytuacji nie zachowywali się jak para. Powiedziałem spokojnie: w takim razie nie spotykajmy się jakiś czas. Zachowujemy się jak kumple, a tego nie zniosę. Zgodziła się bez żadnych problemów.
W drodze do jej mamy spytałem: czy widzisz w ogóle szansę na uratowanie tego, na powrót do tego, co było. Powiedziała, że nie umie mi odpowiedzieć. Ani tak, ani nie. Spytałem o to "nie" - czy nie umie powiedzieć już teraz, że "nie, to jest nie do uratowania, nigdy nie chcę z Tobą już być". Powtórzyła: nie odpowiem Ci, ani tak, ani nie... Powiedziałem jej, że jak coś się zmieni, to numer ma...
Od tego czasu nie mam z nią kontaktu. Ja nie napisałem nic, bo to bez sensu, tylko ją zrażę do siebie, ona nie napisała nic, bo ma mnie gdzieś. A jeśli nie ma, pewnie zwierza się mamie i ta ją przekonuje, żeby mieć mnie i moją rodzinę gdzieś.
Teraz pytanie: jak ją odzyskać. Od razu mówię - nie przepadam za swoją rodziną, wcale nie zależy mi na kontakcie z nimi. Dla P. jestem w stanie zerwać z nimi kontakt i nie przekonujcie mnie, że to bez sensu, tylko uwierzcie, że P. jest miłością mojego życia i nie chcę już nikogo innego. Rozstawałem się z żoną i mimo doła wiedziałem, że spotkam kogoś dużo lepszego. Rozstawałem się z drugą dziewczyną i było mi lżej. Ale teraz NIE DAJĘ SOBIE RADY. Mam za sobą czwartą z rzędu noc, w której nie śpię. Zaniedbałem bieganie, co było moją pasją (nie jestem w stanie biegać, blokuje mnie, gdy włącza się głowa). Gdy P. jeszcze się kiedyś do mnie odezwie, wyjdzie z propozycją spotkania, co jej odpisać? Co jej na tym spotkaniu powiedzieć? Jak się zachowywać? Tu napiszę, że zrobiłbym dla niej wszystko, ale wiem, że nie mogę tego jej powiedzieć, bo to zadziała zupełnie odwrotnie... POMÓŻCIE!