To juz trzy lata odkad wszystko zaczalo sie psuc, a moje zycie jest ciagle nadal w rozsypce.
Byl moja najwieksza i chyba jedyna miloscia w zyciu, kochalam jego tak bardzo, pragnelam z nim byc juz do konca zycia, bylam na swoj sposob szczesliwa wtedy.
Przez piec lat bylam zaslepiona milosci, nie dostrzegalam wielu rzeczy, a moze nie chcialam widziec ... potem jednak zaczely pojawiac sie pierwsze pytania i watpliwosci do
do naszej wspolnej przyszlosci. Po pieciu latach nasz zwiazek powinen wygladac juz zupelnie inaczej, a on ciagle byl na takim samym etapie jak na poczatku.
Nie bylo zadnych planow, deklaracji, rozmow o przyszlosci ...
Zerwal ze mna w jednej sekundzie, kiedy doszlo do konfrontacji, w jednej sekundzie stal sie wielka bryla lodu, ale jeszcze wtedy rozmwialismy ze soba.
Stan taki trwal ponad rok, dzwonilismy jeszcze do siebie, ale juz tylko od czasu do czasu. Kazdy jednak jego telefon obudzal we mnie nowe nadzieje, nocami wylam
prawie z bolu proszac, aby on do mnie wrocil, aby nie odchodzil, tak bardzo go nadal kochalam.
Ten caly rok byl dla mnie niekonczacym sie koszmarem, hustawka nastrojow, ciaglym oczekiwaniem ne jego telefon i cud , nie moglam pracowac, jesc, spac i normalnie
funkcjonowac. Unikalam ludzi, nie chcialam nigdzie wychodzic ... czekalam tylko i czekalam , ze ON zadzwoni, ze wroci ...
Stalam sie klebkiem nerwow, na wszystko reagowalam przesadnie i z placzem .
Najgorsze jednak bylo jeszcze przede mna; ON byl moim szefem w pracy.
W pierwszym roku od naszego zerwania pojawily sie klopoty w pracy, drugi rok byl juz dla mnie podwojnym koszmarem. Moj ukochany zaangazowal cale swoje sily,
umiejetnosci w szkalowaniu mnie, ponizaniu, degradowaniu. Zaczal odsuwac mnie od zadan, pomniejszal moje obowiazki, minimalizowal waznosc zadan, odsuwal ode
mnie wspolpracownikow mowiac, ze w zasadzie nie musza juz teraz ze mna wspolpracowac, ze nie ma juz takiej potrzeby. Zostalam sama, sama i osamotniona.
Praca stala sie dla mnie katorga. Cierpialam podwojnie - jako odrzucona kobieta , ktora nadal kocha i teskni, oraz jako odrzucony i zniszony pracownik.
Popadlam w gleboka depresje. Wiedzialam, ze musze odejsc, ale ciagle nie moglam znalezc nowej pracy.
W koncu ON rozwiazal sytuacje wywalajac mnie z dnia na dzien, w ponizeniu, upodleniu, z zszargana opinia. A ja tylko milczalam, ze wstydu i upokorzenia , ze milosc do niego
doprowadzila mnie do, mozna to tak nazwac, samozniszczenia . Nie mialam nic do powiedzenia, moim bledem bylo to, ze zakochalam sie w swoim szefie , a to jest niewybaczalne i glupie.
Idiotycznie i naiwnie myslalam, ze cos dla niego znacze, ze ma jakies uczucie do mnie. Ostatecznie bylismy razem piec lat, spotykalismy sie, zwierzal mi sie, omawial ze mna swoje klopoty i rodzinne sprawy ....
Nie mial tyle odwagi by zamienic ze mna ostatnie slowo na odchodne, nie bylo z jego strony NIC. Przyslal jedynie swojego zastepce, ktory wkonal za niego brudna robote. Zastepca przekazal mi, ze ON tak wlasncie zadecydowal, skoro ja nie chce zgodzic sie na jego warunki ( czyli taki sobie uklad jaki byl, czyli cos, ale w gruncie rzeczy nic ).
Zastepca dorzucil jeszcze, ze ja ciezko pozaluje, bo moglam siedziec cicho i nie dopytywac sie o nasza przyszlosc, a i wtedy przynajmniej mialabym dalej prace.
A tak, to moge sobie teraz szukac wiatru w polu, bo pracy nie ma, i nie ma szans abym dostala podobna prace w tak dobrej firmie jak ta obecna.
Bylo mi strasznie ciezko, czulam jak zamiera mi serce, ale wyszlam z firmy z podniesiona glowa. Szlam i plakalam, szlochalam i wylam, ale mowilam sobie, ze nie poddam sie,
ze znajde prace, ze przeciez jestem profesjonalistka, ze mam dobre przygotowanie, wiedze i doswiadczenie zawodowe, ze udowodnie JEMU, ze sama tez potrafie sobie
poradzic prywatnie i zawodowo .
Mija trzeci rok, a ja z bolem przyznaje, ze ON mial racje.
Nie radze sobie, kazdy dzien jest dla mnie walka o utrzymanie glowy nad powierzchnia wody.
Wprawdzie udalo mi sie w koncu znalezc prace, ale jest ona licha i mocno ponizej moich kwalifikacji, jest to praca dla ludzi ktorzy dopiero zaczynaja swoj start zawodowy.
Dusze sie, widze, jak moja wiedza, umiejetnosci odplywaja w sina dal. Kazdego dnia szukam nowej pracy, kazdego dnia odpowiadam na ogloszenia, i nic.
Ciagle ktos tam spelnia blizsze pracodawcy oczekiwania.
Uswiadamiam sobie, ze nie mam zadnych szans na powrot do poprzedniej pozycji zawodowej, ze przyjdzie mi juz tak skonczyc.
Odsunelam sie od ludzi, znajomi odeszli, nie szukam juz ani nowych przyjaciol, ani nowego partnera.
Praca zawsze byla moim najwiekszym celem, tam sie realizowalam , sprawdzalam. Praca dawala mi satysfakcje, radosc .
Dzisiaj pytam siebie - czy doprawdy trzeba zeszmacic sie zeby utrzymac sie w pracy ?
Czy warto marzyc o milosci ? Moim grzechem bylo to, ze zakochalam sie w swoim szefie. Dzisiaj place juz tylko straszna za to cene......
Pograzam sie w depresji coraz bardziej .... nie widze juz zadnego celu dla siebie ....
Wybaczcie, ale musialam to z siebie wyrzucic.... Prosze , nie obrzucajcie mnie blotem , ja JEGO po prostu ogromnie kochalam .....