Chyba po prostu nie mam serca do gotowania.
Wiem o tym nie od dziś.
Ale dziś się podłamałam. Chciałam zrobić zwyczajne naleśniki, wypełnić je danio waniliowym i bananem i polać karmelem. Było DOŚĆ smaczne (chociaż Gesslerowa by mnie wyśmiała), ale wyglądało... OKROPNIE.
Naleśnik tłusty, trochę przypalony, gruby, poszarpany. Karmel... nawet nie będę o tym pisać.
Porażka. I tak ze wszystkim czego się dotknę. Nawet zwykłego kotleta potrafię zepsuć. Nie dosolę lub przesolę ziemniaki. Spaghetti zrobię z sosem ze słoika, bo nie dość, że nie umiem zrobić sosu (niedobry, za rzadki, za gęsty) sama, to nie potrafię dobrze wykonać tego z torebki.
Normalnie chce mi się płakać. Po każdym moim "gotowaniu" kuchnia wygląda jak pobojowisko i tylko modlę się, by mama czy też chłopak tego nie widzieli, bo to jest wstyd. Rozsypuję wszystko, począwszy od mąki wsypywanej do szklanki...
Naprawdę się staram, ale chyba mam dwie lewe ręce do gotowania.
Jak to zmienić? Czy po prostu nie mam drygu i w życiu powinnam raczej się tym nie zajmować... Jak to jest, że innym z łatwością idzie gotowanie, a ja wstydzę się zrobić i podać komuś do jedzenia fileta...
Zmora straszna, a dziś to totalnie już dałam ciała.