W pewnym okresie życia zaczyna się człowiek zastanawiać co jest jego przeznaczeniem. W moim przypadku to mam do wyboru dwie drogi:
1. Związać się z kimś kogo nie kocham i pewnie już nie pokocham, choć ta druga osoba żywi do mnie uczucia.
2. Zostać do końca życia samotną i pogodzić się z tym.
Dlaczego tylko takie wersje biorę pod uwagę? Dlatego, że zauważyłam w moim życiu pojawiającą się prawidłowość.
Mam już sporo lat, jak do tej pory nie narzekałam na brak adoratorów, ale..... no właśnie, większość swojego dotychczasowego życia próbowałam związać się z kimś licząc na pojawienie się uczucia z mojej strony i niestety nic z mojej strony nie "drgnęło", prędzej czy później sama kończyłam związki. Zaczęłam się obawiać, że nie jestem w ogóle zdolna do miłości. Jakże się myliłam. W wieku 36 lat zakochałam się, można powiedzieć, że od pierwszego wejrzenia, spadło na mnie jak grom. Moja pierwsza miłość, taka prawdziwa (to już wiem) najpierw wzniosła ponad chmury a potem powaliła na obie łopatki. Niestety, los ze mnie zadrwił, moja jedyna prawdziwa "miłość" nie zakochała się we mnie, dla niego było to tylko zauroczenie więc Pan mi w pewnym momencie "podziękował" i się zmył. Czy to nie ironia losu? ![]()
Chyba się już pogodziłam z tym, że w moim przypadku, w moim wieku, trzeba już (zachowując przyzwoitość) spasować.
Czy ktoś z Was, z wiekiem, po wielu nieudanych próbach szukania tego "szczęścia" tak jak ja powiedział sobie - dość?
p.s. nie użalam się nad sobą, ten okres mam już za sobą ![]()